Obsługiwane przez usługę Blogger.

Ktoś na niebie owce wypasał, czyli Podsumowanie wiosny 2020, cz. I

przez - sierpnia 30, 2020

Mamy koniec sierpnia, a więc wydaje mi się, że wszyscy już nabraliśmy odpowiedniego dystansu by podsumować... wiosnę. Tym samym moje słowo obróciło się w g..., yyy, gigantyczną nierzetelność i nie było ani jednego zapowiadanego podsumowania miesiąca.
 
Wiosnę liczę po rusku, czyli od marca do maja, a więc mam za nic i rzetelność wobec ludzi, i wobec natury mimo, że zawsze dotrzymuję deadlinów i myję się mydłem w kostce.
 

Wszystko się może zdarzyć, czyli wydarzenia

Na początku marca nasza mała rodzinka powiększyła się o nowego członka o imieniu Nutka. Nutka szybko stała się radosnym urozmaiceniem naszego żywota, stałym źródłem spamu na moim instagramie i okazją do włączania się do dotychczas przechodzących bokiem dyskusji ze zdaniem: „A nasze dziecko to już przesypia całe noce!”. Już tłumaczymy, że nasze psie dziecko nie jest podobne do nas, bo jest adoptowane – według deklaracji pierwszych właścicieli pod względem biologicznym jest owocem dość zaskakującego aktu miłosnego między suczką rasy beagle i labradorem, co czyni z niej niespodziankę i charakterologiczną, i pod względem tego, czy trzeba będzie powiększać dla niej budę, jaka została po naszym poczciwym Felku. Z pewnym przerażeniem odnotowujemy, że krnąbrnością i włóczykijstwem do beagle’a jej chyba jednak bliżej. Jako szczeniaczek spędziła z nami kilka tygodni w domu, przyuczając nas do posiadania w przyszłości bardziej podobnych do nas pociech poprzez budzenie w nocy na kupę i siku. Z naszej perspektywy na ten moment posiadanie ludzkiego dziecka wydaje się nieco bardziej atrakcyjne, bo jak ludzkie dziecko chce kupę to nie trzeba z nim iść na mróz na pole (bo my wychodzimy na pole). Generalnie kupa przez długi czas pozostawała słowem-kluczem w rozmowach o Nutce – pewnego dnia Nutka została skarcona za niewłaściwe zainteresowanie firanką, na co zareagowała podbiegnięciem pod drzwi i zrobieniem kupy w dosłownie 3 sekundy w ramach odwetu (#mistrzynitoaletowejszybkości, #imimpressed). Nutka pozostaje ulubienicą wszystkich dzieciaków w rodzinie i w okolicy (mała sąsiadka powrzucała jej nawet własne zabawki za nasze ogrodzenie...), obieżyświatem (była z nami na kilku górkach!) wielką miłośniczką domowego spa (podczas kąpieli stoi w wannie jak dama z miną „polewaj mnie, niewolniku”) i mimo, że raczej nie poślemy jej na studia, to uważamy, że jest całkiem mądrym pieseczkiem, który wie, na który jedyny fotel w domu może wskakiwać, nie pogryzła nam ani jednego mebla w domu (choć zostawiona za karę w toalecie zjadła nam dywanik i rolkę papieru) i który z domowników nie pozwala po sobie skakać. Taki nasz pieseczek :)
 

 
Działo się u nas także to, co u wszystkich, czyli ogólnopolska kwarantanna. Aż chciało mi się zawołać „Welcome to my world!”, bo ja na kwarantannie jako osoba zdolna w pracy zdalnej jestem od dobrych kilku lat, choć przez pewien czas w kwarantannie straciłam biurko oraz mogłam na własne uszy się przekonać, kto najgłośniej gada ze współpracowników Mojego Męża z Gitarą (jak dobrze pracować samotnie......). O kwarantannie już pisałam co nieco i już nic fajniejszego raczej nie wymyślę (może oprócz tego, że maseczka staje się modnym akcesorium – raz dostałam jedną w gratisie do zakupów - oraz pobudza rozmowy w stylu „Ej, a skąd masz taką fajną maseczkę o takim wygodnym kroju?” – dosłownie dzisiaj rzekł to do mnie Mój Mąż z Gitarą). W każdym razie mimo tego, że trwa to już na tyle długo, by się przyzwyczaić oraz że zainstalowałam w domu specjalny Koszyczek Małego Pandemika, moje wyjścia z domu nadal wyglądają tak: klik! #zakażdymrazem.
 
W ferworze kwarantannowych wyzwań podjęłam się próby nauki gry na klarnecie. Całkiem to było interesujące, jednakże uświadomienie sobie długości, żmudności i wyboistości drogi między pierwszym dmuchnięciem w ustnik (a do pierwszego dmuchnięcia trzeba jeszcze wszystko skręcić i stroik zamontować i w ogóle nauczyć się w to dmuchać, żeby nie nabawić się rozedmy płuc!) a występowaniem w lokalnej orkiestrze oraz niesnaski wynikające z odmienności roli żony i roli uczennicy sprawiły, że po opanowanej niecałej gamie zaprzestałam ćwiczeń. Tak serio to najbardziej deprymowała mnie konieczność przegrania wszystkich znanych dźwięków od góry do dołu i z powrotem z każdą rozpoczętą lekcję (nuda...) oraz czyszczenie całego ustrojstwa po jej zakończeniu (nie wiedziałam, że mogę się tak ślinić...). No i dźwięk E. 
 
W maju świętowaliśmy z Moim Mężem z Gitarą półrocznicę ślubu. Zorientowaliśmy się o tym na szczycie naszej sąsiadki – Mogielicy, gdzie wybraliśmy się z Nutką i Naszymi Ulubionymi Znajomymi. Tym samym na naszych zdjęciach z półrocznicy wyglądamy jak Karyna i Seba w najbardziej reprezentacyjnej odsłonie prawilności (są dresy z trzema pasami :D). Tym samym kurczowo trzymamy poziom – podczas zaręczyn także mieliśmy niebardziej uroczystą stylówkę.
 

Wiosenną porą otrzymaliśmy pierwsze zapisy naszego ślubu i wesela w postaci zdjęć od Marioli Suder. Udokumentowany został i pies obszczekujący gości, którzy przybyli pod mój dom rodzinny, i mandat, który dostała moja siostra jadąc do fryzjera, i szalony sms mojej koleżanki, która musiała mi przelać trochę radości, bo nie umiała jej sama pomieścić, i te dwie minuty, w jakie miałam podwiązkę na nodze (nie chciałam ryzykować zaplątania się w spadający kawałek tiulu w kościele), i zaciekawienie świadka nad kunsztem składania poszetki przez Mojego (jeszcze wtedy nie) Męża z Gitarą, i rodzinne rozkminy nad tym, jak zamontować mu ten cholerny biały goździk, i kwiat mojej wsi, czyli mężni strażacy robiący tradycyjną bramę, i nasz spontaniczny minitaniec po krojeniu tortu, i spontaniczny solowy występ naszego kolegi z regionalnymi przyśpiewkami przy stołach, i zaciekawienie gości naszymi unikatowymi prezentami dla rodziców (napiszę o tym post!), i szalone tańce dające nam obraz tego, że to serio była dobra impreza ;) 
 

Na urodziny sprawiłam sobie nową szatę graficzną bloga, by mieć jeszcze boleśniejsze poczucie winy, gdy odstępy między postami będą oscylować w granicach dwóch miesięcy. Jestem z tego nowego wyglądu bloga całkiem ukontentowana i cieszę się, że sięgnęłam po pomoc specjalisty, bo sama nie byłabym w stanie wyciągnąć z blogspota czegoś więcej niż tylko przestawienia zupełnie nieestetycznego menu z prawej na lewą stronę.
 

W pięciu smakach, czyli omnonom

Szalejąca kwarantanna oczywiście musiała zawirować także w mojej kuchni – dołączyłam do wielkich, ogólnonarodowych glutenaliów (pojęcie stworzone przez Paulinę z bloga Zabawy jedzeniem), bo choć od jakiegoś czasu już piekę własny chleb, to szerokim łukiem omijałam wszystkie przepisy kończące się słowami „na zakwasie”, będąc przekonaną, że robienie zakwasu to jakaś skomplikowana czynność, którą parają się tylko szeptuchy i zwariowane blogerki kulinarne. Tymczasem wpadła kwarantanna i... zakwas to moje odkrycie roku! Jest wcale nietrudny do zrobienia (polecam zaglądnąć do Pauliny i się przekonać), a wchodzi się z pieczeniem chleba na taki poziom, że już nigdy nie wróci się do korzystania z (luksusowych swego czasu) drożdży. Moją poranną dewizą wiosną stały się słowa: „Nakarmić męża. Nakarmić psa. Nakarmić zakwas”.
 
Na Wielkanoc po raz pierwszy w życiu upiekłam babkę. Nie bez przygód, bo w prawdziwą konsternację wprawił mnie moment zaraz po wyjęciu z piekarnika, gdy się okazało, że babka sama nie wychodzi z babkowej (babcinej?) formy. Na szczęście jako człowiek, który ma ciuchy, meble i męża z internetów szybko znalazłam w sieci sposób, jak wyjąć babkę z formy by nie straciła formy i... ciacho prezentowało się ja trza :)
 

 
I po raz chyba trzeci w życiu zrobiłam pierogi ruskie. Pierogi ruskie to jedno z moich ulubionych jedzeń. Zamrożona porcja pierogów ruskich w dni, kiedy nie chce się gotować to najlepszy prezent od siebie z przeszłości. A jeszcze świadomość, że nikt mi tej porcji nie wyje, bo domownicy to nie #teamruskie to już w ogóle! Mam w planach kolejną turę robienia sobie takich upominków!
 
Pewnego wiosennego wieczoru odkryłam także, że mogę ugotować sobie ziemniaki w mundurkach nie tylko w sytuacji, gdy chcę je podjadać ze składników do sałatki jarzynowej. Czasem nie mogę się nadziwić, ile przyjemnych rzeczy jest jeszcze przede mną nieodkryte tylko dlatego, że mam w głowie jakąś policję obyczajową, która pilnuje różnych schematów. Tym samym kilka dni z rzędu jadłam na kolację ziemniaki ugotowane w mundurkach i nie zrobiłam w tym czasie ani grama sałatki jarzynowej.
 
Maj i czerwiec to oczywiście miesiące truskawkowe – gdyby truskawki działały jak alkohol, ja na pewno byłabym dzień w dzień nabombiona w sztok, a stężenie soku truskawkowego we krwi daleko przekraczałoby dopuszczalne limity. Ja jestem z tych, co jedzą nawet kanapki z truskawkami. Kto także ma poważny problem z chorobą truskawkową i teraz na odwyku opycha się śliwkami jako nędznym substytutem? 

Wiosną zrobiłam sobie także w domu... dom. Bo z domem kojarzy mi się jedyne poprawne połączenie, czyli kotlety mielone z buraczkami ćwikłowymi. Kotlety mielone nie stykają mi z niczym innym, a i buraczki z innymi połączeniami zjadam niechętnie. To jedyna prawidłowa kooperacja jak dla mnie.
 

 

cdn.
 

Happy End

Dwa dni temu... eksplodowała nam kuchenka gazowa. Nie, nie że gaz. Płyta kuchenna z hartowanego szkła. I to nie dlatego, że gmerałam w niej śrubokrętem. Ba! Mnie nawet nie było wtedy w kuchni! Moja kuchenka umarła młodo bez wyraźniejszego powodu – no chyba, że powodem był jeden (jeszcze raz: jeden) garnek, który się gotował (jak to na kuchence bywa). Płyta nagle z trzaskiem rozsypała się na mozaikę małych szklanych kawałeczków, które teraz mogę sobie w wolnym czasie odskubywać z krańców. Może to jest tak, że ten model po 8 miesiącach użytkowania po prostu ewoluuje do nowego designu i ja zwyczajnie nie doceniam tego rozwiązania, a może po prostu Amica powinna się wstydzić i płakać, że straciła klientkę, który dodatkowo usilnie będzie namawiać znajomych do omijania tej marki w researchu jakichkolwiek urządzeń dla siebie -.-
 


 

Może Ci się spodobać

39 komentarze

  1. No to widzę, że dużo się zadzialo :p Kilka razy bylam tutaj i się zastanawiałam co się z Tobą stało, że nie piszesz :p
    Ja niedlugo tej kupuję sobie zwierzaka, a nawet dwa - świnki morskie hehe
    Współczuję kuchenki XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Praca mnie jak zwykle odciągnęła od pisania... Postaram się nadrobić ;)

      Usuń
  2. Też jestem truskawkoholikiem 🤪... aktualnie na odwyku, do czerwca 2021...

    Twój piesek jest przeuroczy. My planujemy sprawić dziewczynkom kotka... Kotek nie woła na siku i kupkę 🙃!!!

    Awaria płyty z Amiki to jakiś kosmos... już wiem, że takiej nie kupię!!!

    Pozdrawiam wrześniowo 😊!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem bardzo za kotkiem, ale jestem przegłosowana w domu niestety w tej kwestii :/

      Usuń
  3. Uroczy piesek; świetnie wygląda.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nutka wygląda uroczo. Pogłaszcz ją ode mnie za uszkiem.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postaram się, choć z takim szaleńcem to czasem ciężko po prostu pogłaskać ;)

      Usuń
  5. Tak własnie myślałam, co widzę na ostatnim zdjęciu, a to spękana płyta, jeszcze o takim wypadku nie słyszałam...a piesek cudny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno poprowadzę jakąś mini-akcję informacyjną, co się dzieje w tymi kuchenkami...

      Usuń
  6. Piesek od razu przyciągnął uwagę :D Ja nie jestem stworzona do pracy zdalnej- podziwiam osoby, które to wytrzymują. Pewnie przez mój ekstrawertyzm- ludzie to dla mnie zbawienie. Gratulacje z okazji Waszej rocznicy. Wiele pomyślności na kolejne lata i półrocznice ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piesek jest najbardziej atrakcyjną częścią naszego domu - wszyscy o niego pytają teraz, co u Nutki ;)

      Usuń
  7. Ja też mam od niedawna pieska i z ciekawością poczytałam o Nutce, musi być słodkim psiakiem :) Narobiłaś mi też smaka na mielone ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Aż nie do wiary, że tak z kuchenką się stało!!!

    OdpowiedzUsuń
  9. Koleżanka kiedyś stwierdziła, że mając doświadczenie z psem, nie rusza ją wizja zmieniania pieluch ewentualnemu dziecku. :D W ogóle pies i malutkie dziecko czasami są do siebie podobne, nawet niektóre zabawki na pierwszy rzut oka trudno odróżnić. :P
    Wybierając kuchenkę trafiłam na historie o popękanych płytach, nie pamiętam tylko, o jakie marki chodziło. :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różnica jest jednak taka, że Nutka raczej nie zostanie lekarzem, a jedyna rzecz, jaka może napawać nas przy niej rodzicielską dumą to gdy uda jej się nie nasikać w domu :D

      Usuń
  10. Dużo działo się u Ciebie :)
    Pierwszy raz widzę, żeby coś takiego stało się z kuchenką :O
    Cudny piesek! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja pierwsza własna kuchenka i też pierwszy raz mi się zdarzyło takie coś...

      Usuń
  11. Śliczny piesek. Od kiedy u nas jest więcej zwierząt dom stał się weselszy tym bardziej gdy Młody poszedł do szkoły. A co do płyty. Szkoda jej ale może jeszcze ma gwarancję?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gwarancja niestety nie obejmuje elementów szklanych. Taki zonk ;)

      Usuń
  12. jestem pod wrażeniem całego podsumowania, a zwłaszcza zdjęć. Cóż, życzę kolejnych półprocznic! ;)
    Pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Tak się zastanawiam, czy mielone z buraczkami jako połączenie idealne to pogląd wszystkich nas, zdolnych w pracy zdalnej :) A pies na medal!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze przed jakimikolwiek laurami, ale może w końcu zostanie wymyślona konkurencja, w której Nutka będzie mogła zdobyć medal. Na razie to może być liczba nagłych ruchów na minutę :D

      Usuń
  14. Ale słodki piesek :)
    „Zapraszam także do siebie na nowy post - KLIK

    OdpowiedzUsuń
  15. Ale psinka cudna. Bym wyściskała naprawdę kocham takie pupile :) widzę że u ciebie mimo kwarantanny sporo się działo to dobrze bo dużo osób się lenilo a to dobra okazja by porobić rzeczy których się nie robiło przedtem

    OdpowiedzUsuń
  16. Dużo się działo. Nie możesz narzekać na nudnę :)

    A piesek. Słodziak:)

    OdpowiedzUsuń
  17. Jak mi się podoba ten Twój język w tych opowieściach haha! Po pierwsze to trochę Ci zazdroszczę tej pracy zdalnej, bo też jestem typem siedzącym, choć starającym się być choć trochę aktywnym dla czystego zdrowia, czy zaręczyny były spontaniczne w tych dresiorach? Ja oczywiście czekam na te prezenty dla rodziców, bo niedługo czeka mnie ich realizacja, stąd muszę szukać #inspiracji :D A co do piesia, to widzę, że to imię stało się mega popularne, ale skoro masz męża z gitarą, to nawet nie muszę daleko szukać, skąd narodził się ten pomysł!:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaręczyny były w górach, więc siłą rzeczy w dresiorach... :D Prezenty dla rodziców muszę zatem przyspieszyć, skoro takie oczekiwania! :) I nie znam nikogo, kto by tak nazwał pieska... Serio, Nutka jest popularne?

      Usuń
  18. Jesteś o długość pierogów ruskich przede mną, bo o ile zakwas opanowałam, wzbogaciłam się w tym czasie o kota, to do pierogów ruskich nie dotarłam w tych ciężkich, pandemicznych czasach...
    Widziałam już wiele takich fajerwerków, jak te, które zafundowała Ci Amica i nie wiem na czym polegać ma ten dowcip dla użytkowników, że szkło strzela i w blatach i w piekarnikach, ale jako, że ja tego poczucia humoru nie podzielam, z góry przekreślam u siebie tę markę. Życie człowiekowi miłe, więc po co fundować sobie zawał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, poczytuję sobie to za swoisty laur być od kogoś dalej o długość pierogów ruskich ;)

      Usuń
  19. Gratulacje z okazji powiększenia rodziny :D Nutka jest urocza i życzę Wam jak najwięcej wspólnych lat <3
    Kuchenka w tej formie wygląda całkiem ciekawie :D Trzeba przyznać, że ma niepowtarzalny styl ><

    OdpowiedzUsuń

Hej, echo odpowiada!

Pst! Jak nie masz konta Google to kliknij Nazwa/adres URL i wpisz tylko nazwę.
Tak, wiem, mnie też przestrasza to URL :)