Obsługiwane przez usługę Blogger.

Nie chcę więcej, twoje serce do życia wystarczy, czyli Jestem minimalistką

przez - stycznia 22, 2020


Potknęłam się ostatnio na YouTube o kanał Sarah Therese. Otrzepałam się po tym potknięciu, wzięłam ten kanał w dłonie, przyjrzałam się i zobaczyłam, jak ktoś totalnie wyjął mi z głowy moje myślenie i zrobił z tego filmiki (i dołożył weganizm). A już w szczególności wyraził wiele moich poglądów na to, jak się odnoszę do organizacji przestrzeni w domu.

Jako, że teraz mam co organizować i pracujemy nad tym mniej lub bardziej intensywnie (po zakończeniu projektu pt. „Kuchnia” zaczęły się prace koncepcyjne nad projektem pt. „Salon”, a Mój Mąż z Gitarą dodatkowo pracuje nad projektem uzupełniającym do projektu „Kuchnia”, który można nazwać: „Tak, potrzebujemy tej rurki nad kuchenką, przykręćmy ją, mimo, że jeszcze nigdy nie zapaliłem dwóch palników od kuchenki jednocześnie i nie wiem, gdzie w tym pomieszczeniu trzyma się sól”) – o urządzaniu domu wiem coraz więcej, nie tylko z teoretycznego punktu widzenia. I urodziło mi się przy tym sporo przemyśleń, a impulsem do ich zebrania i przedstawienia światu była właśnie Sarah Therese.

Dowiedziałam, się bowiem, że tak w głębi mojego niepozornego jestestwa jestem... MINIMALISTKĄ

No w końcu i ja jestem modna!

Czym się to objawia?

Moja autorska definicja minimalizmu brzmiałaby mniej więcej tak, że oznacza to, że każdy przedmiot, jaki się posiada, ma swoją funkcję i jest użyteczny. W ostatnim czasie zatraciłam potrzebę posiadania rzeczy tylko dlatego, że są ładne. Te kilka(naście) minut przed kasą (a najczęściej – przed kliknięciem w „zapłać”) spędzam na głębokich rozważaniach filozoficznych, których sednem jest pytanie: „Czy ja rzeczywiście tego potrzebuję?”. I często odpowiedź brzmi – nie. Bo nie potrzebuję tak naprawdę kolejnych dwóch nieskończenie pięknych kubków – mam kilka innych kubków, w których kawa smakuje tak samo, a nie odwiedza mnie zbyt często naraz więcej niż cztery osoby. Nie potrzebuję specjalnej podkładki pod łyżkę podczas gotowania – tę rolę z powodzeniem może pełnić mały talerzyk (akurat podkładkę pod łyżkę mam, bo dostałam w prezencie – bożonarodzeniową, dzięki temu będę świętowała narodzenie Jezusa cały rok). Nie potrzebuję siedmiu różnych zestawów ścierek kuchennych, aby mieć inne na każdą porę roku i fazę księżyca – potrzebuję ich tyle, żeby móc zetrzeć, co trzeba zetrzeć, a mieć zapas na czas prania tych, które wyrobiły już swój etat. Nie potrzebuję całego zestawu noży – ja akurat nie, bo mam jeden duży wypaśnik-zapaśnik ceramiczny nóż do chleba i wędlin, mniejszy z IKEA nóż-komandos do zadań wszelakich oraz mały nożyk-skurczybyk do warzyw i mając na koncie już kilkanaście obiadów w nowej kuchni właśnie tylu noży używałam (sorry, skurczybyk jeszcze nie wychylił ostrza z szuflady). 

Nie potrzebuję – więc nie mam. Ludzie często wydają swoje pieniądze po to, by zaimponować ludziom, których najczęściej nie lubią (to cytat z Kogoś Mądrego). Staram się takie myślenie u siebie ograniczać i zastanawiać się, jakie są motywy moich zakupów.

To nie jest tak, że nie mam zupełnie rzeczy ładnych, a nie do końca użytecznych. Wymarzyłam sobie półeczkę w kuchni z IKEA – bez specjalnego powodu, ale... okazała się użyteczna, bo wisi na niej rękawica kuchenna i pojemnik na mokre sztućce oraz jest miejscem spoczynku dwóch pojemników (w jednym z nich jest sól, Mój Mężu z Gitarą!). Kiedyś kupiłam – także w IKEA – lampkę nocną z materiałowym kloszem, bo mi się bardzo spodobała i... fajnie się sprawdza w wieczory, gdy duże światło to za dużo, a brak światła to za mało (na przykład przy oglądaniu filmów). Odpatrzyłam od siostry Mojego Męża z Gitarą śliczną paterę na ciasto ze wstążką i bardzo chciałam ją mieć – mam i robi ona świetne miejsce na podanie okrągłego ciasta marchewkowego. 


Po drugie – skupianie się na tym, żeby przedmioty, jakie posiadam były użyteczne sprawia, że zbędne się okazuje posiadanie rzeczy w liczbie więcej niż 1 (jakie mam pojedyncze rzeczy oraz czego nie kupuję to tematyka dwóch filmów Sarah Therese – na pewno też napiszę takie posty; tamte filmiki są po angielsku, może ktoś czegoś nie zrozumie, to ja w swojej wersji się rozpiszę w bardziej przystępny dla Polaka sposób, nie żebym ściągała od niej ;)). Dlatego poświęcam sporo czasu, na znalezienie rzeczy idealnych, które będą maksymalnie funkcjonalne, dobre, ładne i będą mnie długo cieszyły (nie tylko pod względem estetycznym – bo to implikuje wybieranie klasyki, ale i pod względem praktycznym – a to implikuje wybieranie rzeczy porządnych). Nie kupuję pod wpływem impulsu (ciężko, jeśli zakup poprzedza wewnętrzny dyskurs filozoficzny o użyteczności), a dokładnie sprawdzam, jakie opcje są dostępne i jaka będzie najlepsza. Chyba z tydzień szukałam idealnego pojemnika na pranie (znalazłam – drewniany, dwie komory z materiału, można wyprać, półeczka na górze – polecam, tu jest – klik!), idealnego chlebaka (po czym się okazało, że nie jest idealny – jeśli myślicie, że będziecie używać zdejmowanego wieczka chlebaka jako deski do krojenia to, spoiler alert!, nie będziecie) albo idealnych pojemników kuchennych. Uciążliwe to, ale mam satysfakcjonujące poczucie, że posiadam rzeczy, które są najlepsze z możliwych z najlepszym możliwym stosunkiem jakości do ceny i mogę się nimi cieszyć na maksa.

Po trzecie – nie kupuję bezużytecznych dekoracji i pamiątek. Nie rozumiem w ogóle, po co ludzie stawiają sobie po półkach i szafkach te wszystkie figurki, stroiki, świecidełka, miliony ramek na zdjęcia. Nie rozumiem, po co to kupować. Główną funkcją takich przedmiotów jest zbieranie kurzu – a ja nie lubię sprzątać. Nie ma to innych funkcji. Ktoś powie – dekorują pomieszczenie. Każdy ma swoje poczucie stylu i gust – w moim guście są przestrzenie, czystość i prostota, to uważam za piękne (dlatego tak lubię IKEA stajl! :D). Rzeczy w stylu figurek i dekoracji mam tylko z prezentów. Wyjątkiem są świeczki – niestety, miłość do świeczek mi wróciła. A jak już ktoś chce dekorować, to można to robić przedmiotami użytecznymi – wazonami (czasem się dostaje kwiaty – zwykle nie więcej niż trzy bukiety jednocześnie, więc nie potrzeba całej kolekcji), lampami, zastawą stołową (moja patera!). Po cichu dodam, że także świeczkami ;)

To, co się wiąże z poprzednim zagadnieniem – nie mam potrzeby stosowania sezonowych dekoracji. Jaki jest sens posiadania rzeczy, która jest widoczna przez miesiąc w roku, a przez kolejne jedenaście miesięcy trzeba ją gdzieś kitrać po szafkach? Ponownie – mam kilka sezonowych rzeczy, które pochodzą z prezentów. Nic więcej nie potrzebuję. Nawet nie potrzebuję tych prezentów. To miłe, ale zupełnie niekonieczne.

Myślę, że łatwo mi być minimalistką, bo mam całkiem mało marzeń materialnych. Chciałam mieć białą kuchnię – zdarzyło się, jestem niesamowicie szczęśliwa z tego powodu i wszystkim wysyłam zdjęcia i jestem taka dumna z tego, że wyszło to tak fajno. Chciałabym kanapę na nóżkach w salonie. No i wiadomo – ten fotel... (mamusia kiedyś przyjdzie po ciebie, trzymaj się!). A poza tym... Moim marzeniem jest raczej, żeby mieć pokoje pełne przestrzeni, stylowe, bez zbędnych kurzozbieraczy. 

Innych marzenia są bardziej bujne widocznie. Inni lubią się otaczać rzeczami i bibelotami (widocznie bardziej lubią sprzątać niż ja). Ja w minimalizmie widzę mnóstwo zalet (o tym będzie kolejny post, stay tuned, może kogoś przekonam! ;)).

Happy End

Podczas pełnej wrażeń wycieczek do Miasta Powiatowego, gdzie zdarzyła się historia z kartką z ostatniego Happy End, zdarzyła się (i to nie pierwszy raz!) jeszcze jedna rzecz – do autobusu, którym jechałam, wszedł pan i z dwoma osobami (w tym z kierowcą) głośno rozmawiał o polityce i wychwalał miłościwie nam panujących. Zaczynam mieć podejrzenie, że ktoś tych ludzi wynajmuje, żeby w komunikacji zbiorowej siali propagandę. I uważam, że... to by był genialny pomysł na wiarygodną i nienachalną kampanię polityczną!

Może Ci się spodobać

35 komentarze

  1. No tak, ja też nie lubię przepychu nadmiernej ilości bibelotów. Jednak do końca tak nie jest, bo na przykład na Boże Narodzenie to lubię dużo i pięknie :-). Co do wydawania kasy to raczej przemyślam wydatki, ale hm nie zawsze:-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że dla niektórych minimalistów właśnie Boże Narodzenie jest wyjątkiem ;)

      Usuń
  2. Dziołcha, dokłądnie tak jak ja. U mnie wszystko musi mieć jakiś użytek, a te wszystkie durnostojki co mam w domu to zawsze są od kogoś dostane :P Mam miecz, no replike. Uwielbiam miecze, ale jaką to ma funkcje, no ŻADNA! Stoi i się kurzy, dobrze wygląda, ale sama bym nie kupiła. Także pod minimalizmem podpisuje się rękoma i nogoma ;P

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem pod wrażeniem twojego rozwoju, półeczka świetna. My zaczynamy remont w poniedziałek, teraz mam pusty pokój z telewizorem tylko...
    Ile razy jestem w Ikei, mam wrażenie, ze wielu ludzi mebluje się od nowa, tyle kupują.
    My po 20 latach zmieniliśmy talerze i sztućce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powodzenia w remoncie! I dzięki za pochwalenie półeczki - wiem, że jest super, warto było akurat na tę rzecz wydać trochę kaski ;)

      Usuń
  4. Ja bardzo rzadko kupuję jakiekolwiek pamiątki chociażby z wycieczek, bo z czasem te rzeczy zwyczajnie zalegają i potem nie ma co z nimi zrobić. Pozdrawiam! wy-stardoll.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. jestem zdecydowaną przeciwniczka minimalizmu, chociaż miałam okres w życiu, że próbowałam, no próbowałam ;d

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja jestem za minimalizmem - nie potrzeba wiele aby mieć wszystko i:)

    OdpowiedzUsuń
  7. "No w końcu i ja jestem modna!" - hahah ;)
    Półeczka bardzo mi się podoba widziałam ją kiedyś w Ikei ale szkoda mi było kasy... A jest urocza! Ja lubię zdanie że cenię bardziej jakość nie ilość to dla mnie minimalizm :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się rzadko zakochuję w przedmiotach i w tej półeczce się zakochałam :)

      Usuń
  8. Dokładnie taki jest mój Mąż. Nie kupuje nic bez zastanowienia. Szuka różnych opcji jakie są dostępne. Długo męczył mnie na zakupach pytaniem - Czy to Ci jest na pewno potrzebne? Do czego to czy tamto ubierzesz? No i samo weszło mi w nawyk ;) Po pewnym czasie stwierdzam, że jest to dobry nawyk :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba stereotypowo męska cecha - a ja wiem, że trochę takich "męskich" cech posiadam i praktyczność to jedna z nich ;)

      Usuń
  9. Ja jestem zdecydiwanie przeciwko konsumpcjonizmowi☺

    OdpowiedzUsuń
  10. ja też jestem minimalistką i dobrze mi z tym. nie lubię zagracać się niepotrzebnymi rzeczami, które tylko burzą mi porządek i wprowadzają chaos.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja też cenię sobie minimalizm , ale w pewnym stopniu- za to jestem bardzo sentymentalną osobą więc swieczki, ramki ze zdjęciami, magnesy na lodówce itp rzeczy towarzyszą mi w codziennym życiu

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja powoli przechodze na minimalizm i staram się robić rozsądne zakupy i mam wrażenie, że z roku na rok coraz bardziej zbliżam się do minimalizmu, bo często jak nie potrzebuje dodatkowych rzeczy to po prostu ich nie kupuje :)
    Wspaniale napisany post.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozsądne zakupy to coś, czego się w sumie nadal uczę!

      Usuń
  13. Bibelotów w domu mam mało, ale jednak często coś kupuję, gdy tylko zachcę, chociaż pewnie nie wydaje się tego sporo w domu, bo mam duży metraż :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się właśnie muszę dostosować do małego metrażu ;)

      Usuń
  14. Mój mąż na pewno nie jest minimalistą, bo gdy idę z nim przez dział kuchenny, to łapie co drugą rzecz i pyta mi się czy jej nie chcę i nie potrzebuję, bo jest... fajna/ładna/może kiedyś się przyda :D Ja sama powiedziałabym, że jestem gdzieś po środku - bo kocham kupować kolejne kubki, ale bardzo często zadaję sobie przed zakupem innych rzeczy pytanie czy znajdą u mnie użytek (nawet z ubraniami tak robię!), jednocześnie mam mnóstwo świeczek i ramek, które tylko wyglądają :D Także widzisz... Gdzieś tam po środku jest moje miejsce

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja ostatnio też nie lubie "nadmiaru" Kiedys kupowałam dużo pierdół bo były ładne... teraz raczej nie ciągnie mnie już do kupowania niepotrzebnych rzeczy, które zabierają tylko miejsce.

    OdpowiedzUsuń
  16. To chyba też jestem minimalistką, bo zadaję sobie takie samo pytanie i zwykle odpowiedź brzmi NIE. Nieużywane rzeczy tylko zagracają nam przestrzeń życiową, wprowadzając poczucie chaosu. Nie znoszę tego, dla mnie gwarantem spokoju ducha jest przejrzystość w każdym kącie, szufladzie, na półce czy gdziekolwiek, dotyczy to też laptopa i poczty elektronicznej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, to laptop u mnie jest chyba tym miejscem, gdzie daję upust chaosowi :D

      Usuń
  17. Również jestem minimalistką. I uczę tego wszystkich :D wiele razy stojąc na zakupach z koleżanką, ona mowi: ale to jest piękne! Odpowiadam: a potrzebne Ci to? No nie. Problem rozwiązany :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze Cię na pewno zabierać do IKEA, gdzie nawet mi się trudno czasem oprzeć...

      Usuń
  18. Ja się uczę minimalizmu. W sensie, nie zmuszam się do tego, ale powoli dochodzę do wniosku, że nie potrzebuję wielu rzeczy. Niektóre nadal trzymam z sentymentu, ale powoli i sukcesywnie pozbywam się coraz większej ilości gratów. Zazwyczaj oddaję je tym, którzy potrzebują ich bardziej niż ja. I powiem Ci, że czuję się z tym świetnie.

    A odnośnie kampanii politycznych i reklam - marketing szeptany itp - na tym to właśnie polega. I nie byłabym zdziwiona, gdyby okazało się, że to właśnie było ustawione ;)

    OdpowiedzUsuń

Hej, echo odpowiada!

Pst! Jak nie masz konta Google to kliknij Nazwa/adres URL i wpisz tylko nazwę.
Tak, wiem, mnie też przestrasza to URL :)