Obsługiwane przez usługę Blogger.

Kolejna strona: mieć czy być - czyli Zalety minimalizmu

przez - stycznia 30, 2020


Zapraszam na amatorską rozprawkę na temat tego, dlaczego minimalizm w podejściu do organizacji swojej przestrzeni (ale i życia! – wszak o ile łatwiej jest znaleźć, a o ile bezpieczniej i legalniej jest posiadać jednego męża!) jest spoko.

Dla mnie minimalistyczne podejście do organizacji przestrzeni jest przede wszystkim korzystne estetycznie. Ja się najbardziej zachwycam miejscami, gdzie „oddycha się bez ścisku gęstych form” i można nabrać powietrza nie wciągając do nosa frędzli z dywanów i kokardek z firan. Tę zaletę jednak uznajmy za bardzo subiektywną, bo „gust jest jak dupa – każdy siedzi na swojej” (jako rzekł Ktoś Mądry) i przejdźmy do tej bardziej profesjonalnej części naszych rozważań, gdzie prezentuje się zalety obiektywne oraz nie używa się słowa „dupa”.


Drugą, a właściwie pierwszą z zalet właściwych minimalizmu w przestrzeni domowej są udogodnienia w kwestii sprzątania i zauważalny wpływ na długość tego jednego z najmniej pociągających obowiązków domowych. W moim domu rodzinnym – jak w każdym przyzwoitym domostwie z potomstwem datowanym na lata 90. – była i meblościanka, i telewizor z dupą (miało nie być już dupy...), i zestaw tych takich ceramicznych figureczek, głównie w kształcie słoni, które funkcjonowały wyłącznie jako magnesy na kurz. Nie cierpiałam tego sprzątać, podnosić, przecierać, ustawiać. Dla mnie ewentualna (i w moim mniemaniu wątpliwa) korzyść estetyczna z tworzenia stroików i kompozycji z porcelanowych figurek, tiulu i fejkowych diamencików nie wynagradza wysiłków, jakie trzeba podjąć, by to wszystko odkurzyć. Wolę mieć mniej udekorowane domostwo, ale sprzątnąć je w krótszym czasie. Ja też za bardzo nie umiem sprzątać, więc nie kładę sobie kłód pod nogi, tak jak niechcąco kładła mi Moja Pierwsza Mama (a druga mama Mojego Męża z Gitarą) w domu rodzinnym. Z pewnym miłym zniecierpliwieniem czekam na sprzątanie naszego przyszłego salonu, gdzie w kwestii planów organizacji najfajniejsze jest to, że... nie planujemy za wiele. Ja mam swój dziwny katalog przyjemnych obowiązków domowych, do których należą prasowanie i ścieranie mojej nowej kuchenki i mam podejrzenie, że przecieranie nowych niezagadżetowanych półek może do tego katalogu dołączyć (to nie jest deklaracja, Mój Mężu z Gitarą!).

Po trzecie, a właściwie po drugie – jako rzecze klasyk: „Why? For money”. Minimalizm wpływa na długość sprzątania i na szerokość portfela (choć może teraz – na długość zapisu na rachunku bankowym). Dzięki temu, że przez dział z dekoracjami i zestawami garnków czy noży kuchennych (przypomnę z poprzedniegoposta, jakby ktoś przeoczył tę błyskotliwość i zgrabność językową, mam jedynie trzy noże: wypaśnik-zapaśnik, nóż-komandos oraz nóż-skurczybyk) mogę przejść sobie tak: klik!, prawdziwie oszczędzam. Tym samym mam więcej funduszy na chleb i ciastka, rożki czekoladowe w lecie, a w ostatnim czasie - na bataty (bataty są super!). 

Opcja minimalistyczna jest także bardzo bezpieczna dla kogoś takiego ja jak ja, kto nie ma zmysłu artystycznego i nie posiada talentu umiejętnego łączenia rzeczy ze sobą. Wydaje mi się, że takim beztalenciom wnętrzarskim jak ja łatwiej jest nieładnie zagracić przestrzeń niepasującymi do siebie rzeczami niż jej nie dociążyć przedmiotami tak, że pokój wygląda jak hala produkcyjna, na której hula wiatr, a nuda „echem odbija się od ścian”. Ponadto jak się korzysta z trzech kolorów w organizacji przestrzeni to trudno o wnętrzarskie faux pas ;) 

Bariera umysłowa blokująca myśl o tym, że mogę mieć więcej niż jedną na przykład cukiernicę, sprawia, że poszukuję przedmiotów idealnych i bardziej jestem skłonna do szastnięcia mamoną na rzeczy droższe, lepszej jakości, idealnie dopasowane albo bardziej ekologiczne. Wszak będę miała jedną cukiernicę aż dokończy swojego żywota (zapewne w jakichś zupełnie nieromantycznych okolicznościach), więc mogę wydać na nią więcej niż 5 złotych by dobrze pasowała do mojej kuchni, była ładna, estetyczna, funkcjonalna, zrobiona z eleganckiej ceramiki, a nie z plastiku, a do tego wyprodukowana przez polską firmę* - tak, to wszystko naraz!

Minimalizm w ogóle wpisuje się w nurt ekologii (nie ekologizmu – komuś chyba strasznie przeszkadza, że ktoś inny zwraca mu uwagę, ojej albo robi fajniejsze rzeczy w jakimś zupełnie innym aspekcie życia i ludziom się to podoba i strach, że jego fajne rzeczy z zupełnie innej dziedziny przestaną się podobać, okurcze). Zakłada wszak posiadanie raczej niewielkiej liczby przedmiotów, co ograniczonym zasobom naturalnym, jakości powietrza czy górom odpadów jest raczej na rękę (gdyby te pojęcia miały ręce, ofkors). Ponadto jak ktoś buduje swoje minimalistyczne gniazdko w oparciu o bardziej ekologiczne materiały – na przykład o drewno, a mniej o plastik (to jeden z powodów, dla których nie lubię nowoczesnych wnętrz...) – to już w ogóle Ziemia powinna się kręcić radośniej. 

Inni powiedzą, że gospodarka tak radośnie nie będzie się kręcić, gdy duża część ludzi stwierdzi, że „walić to, potrzebuję tylko jednej cukiernicy!”. I tu moglibyśmy płynnie przejść do minusów, choć ja akurat uważam, że minimalistyczne podejście do życia i ogarniania przestrzeni może mieć negatywny wpływ na gospodarkę co najwyżej chińską. Bo minimaliści chętniej znajdą sobie dobrej jakości przedmioty, za które oddadzą nawet i miliony monet – i tu pole do popisu dla tak rzetelnych i porządnych przedsiębiorców, czyli zupełnie takich jak ja (ja niczego nie produkuję poza analizami, raportami i tekstami, niemniej jednak jestem rzetelna i porządna, zapraszam do współpracy!).

*przedsiębiorstwo

Happy End

Dlaczego cukiernica? Bo kupiłam wczoraj cukiernicę w Internetach. I nawet dorobią dla mnie w modelu ze strony internetowej otwór na łyżeczkę zupełnie za darmo (no bo wiadomo, że cukiernica bez otworu na łyżeczkę to nieporozumienie). A z innego sklepu internetowego dostałam pięknie zapakowaną paczkę z mydłami na prezent oraz gratisy w formie kosteczek... No właśnie musiałam napisać maila z pytaniem, czym są te kosteczki – czy to kawałki mydła, czy wosków zapachowych czy – w najlepszym wypadku – czekolady! Jak poradzić sobie z takim nadmiarem szczęścia od rzetelnych i porządnych przedsiębiorców z Internetów??

Może Ci się spodobać

29 komentarze

  1. minimalizm zdecydowanie nie jest dla mnie, wolę twórczy bałagan :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja mama jest totalnym zbieraczem i kolekcjonerem. Nie powiem, w domu ma pięknie, ale utrzymać ład i porządek w pomieszczeniu pełnym bibelotów... No cóż... Trudne zadanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi to by się nie chciało ;) Ale lepiej powiedzieć, że jestem minimalistką niż że nie chce mi się sprzątać ;)

      Usuń
  3. Moja mam była zakupoholikiem, wiec ja dla odmiany wyrzucam, co zbędne, a po remoncie jeszcze raz przejrzę wszystko i jeszcze ograniczę ilość przedmiotów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj tak podpisuj się rękoma i nogami! Jak ja nie cierpię tych wszystkich durnostojek (wszystkie prawa autorskie do wyrazu ma Wiedźma Rodzicielka), w domu rodzinnym stoją do dziś filiżanki z których nikt nie korzysta a kurz ino zbierają. Masakra jakaś. U siebie też mam rzeczy jak najmniej a jedyne durnostojki jakie posiadam są za szybą (by się nie kurzyły nadmiernie) no i oczywiście są dostane od kogoś bo ja sobie takich rzeczy nie kupuję. Wolę mniej, a lepszej jakości (chyba, że chodzi o lakiery hybrydowe wtedy wolę więcej lepszej jakości :P) i szybciej kończyć sprzątanie by zając się czymś przyjemniejszym hehe :) Także w pełni popieram!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Durnostojki to dobrze określenie! I w chyba każdym domu są te filiżanki!

      Usuń
  5. Lubię minimalizm ale nie zawsze mi się to udaje :) Jeśli chodzi o wystój pomieszczeń to nie przepadam za zbieraniną oraz kiczem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się nie udaje za bardzo w kwestii ubrań. Ale pracuję nad tym!

      Usuń
  6. Zgadzam się z Tobą w jednym, że osoba nie odczuwająca potrzeby otaczania się przedmiotami "Opcja minimalistyczna jest także bardzo bezpieczna dla kogoś takiego ja jak ja, kto nie ma zmysłu artystycznego i nie posiada talentu umiejętnego łączenia rzeczy ze sobą.", przestawia się na minimalizm. Osobiście jednak uważam, że przy przedmiotach użytkowych warto mieć dana rzecz podwójnie, bo gdy kupiona przez Ciebie cukiernica zbije się w sobotni wieczór, a w niedzielę nie będzie gdzie kupić następnej, albo będziesz się źle czuła i po nią nie pojedziesz, to do poniedziałku musisz pić gorzką herbatę(kawę) lub trzymać cukier w naczyniu zastępczym(a po co , wtedy z szafki wyciąga się cukiernicę nr 2 i problemu nie ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że nic by mi się nie stało, gdybym w niedzielę korzystała z cukru ze słoika na cukier (takowy mam) albo nawet z torebki, zanim w poniedziałek nie kupiłabym nowej cukiernicy. Choć w moim wypadku bardziej prawdopodobne jest - gdybym do środy nie dostała przesyłki z cukiernicą od kuriera ;)

      Usuń
  7. Minimalizm :) Jestem na tak, ponieważ po przeprowadzce za granicę miałam tyle rzeczy, które trzeba było rozdać, a część schować na poddaszu u rodziców. Powiedziałam sobie nigdy więcej. Za granicą wynajęłam puste mieszkanie i to było coś cudownego. Po czasie zaczęło przybywać rzeczy - niby mam pod kontrolą ;) Kiedy pojawiło się dziecko zaczął się chaos. Rodzina dostała bana na nowe zabawki, bo sterta rosła z miesiąca na miesiąc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie drżę w obliczu powiększania rodziny o góry zabawek - zwłaszcza tych plastikowych - od cioć i wujków... Chyba też pójdzie ban w pewnym momencie...

      Usuń
  8. Ja to jestem taka po środku. Ni to minimalistka, ni to rupieciara... Nie lubię nowoczesności, modernistycznych wnętrz. Dla mnie w domu ma być ciepło, przytulnie ale i praktycznie, więc minimalizm wchodzi tu do akcji. Ale mimo wszystko ozdóbki, pierdółki, bibeloty to moje życie. Co prawda też nie szaleję do tego stopnia, żeby spod dywanów nie było widać podłogi, ale lubię dobrze dobrane dodatki i jak wszystko ze sobą fajnie współgra, jak Twoja cukiernica z otworem na łyżeczkę z łyżeczką na przykład :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest całkiem dobre rozwiązanie - a w przytulnym, dobrze urządzonym, a nie przebibelotowanym domu dobrze się mieszka!

      Usuń
  9. Też preferuję więcej wydać na rzeczy lepszej jakości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U wielu osób w życiu nadchodzi w końcu moment, by tak zadziałać :)

      Usuń
  10. Bardzo lubię minimalizm, przestrzeń i jasne kolory, w zagraconych wnętrzach źle się czuję :) pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  11. U mnie jak zawsze króluje zasada złotego środka, a moją granicą jest pojemność moich szaf (nie mam ich zbyt wiele) :) Skoro szafy są pełnie to znaczy, że nie potrzebuję kolejnych rzeczy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie mnie też sporo ogranicza, dlatego ja też ograniczam rzeczy ;)

      Usuń
  12. Lubie minimalizm, ale do tego musiałam dorosnąć 😉

    OdpowiedzUsuń
  13. U mnie z tym minimalizmem jest różnie....

    OdpowiedzUsuń
  14. Hello,
    Usually, I never comment on blogs but your blog is so convincing that I never stop myself to say something about it. You’re doing a great job Man, Keep it up

    OdpowiedzUsuń
  15. Cześć. Podobnie jak Ty wychowałam się w domu z meblościanką. Na półeczkach tejże było wszystko: kryształy, obrazki, porcelanowe i szklane figurki. Wszystko co się dało upchnąc i co miało ozdabiać. Potem poszłam na swoje wraz z nawykiem zbieractwa i chomikowania oraz dwama nieśmiertelnikami "bo to sie przecież przyda", "no żal wyrzucić".
    Od roku mnie naszło i pozywam się nadmiaru. Nie, nie uległam modzie na minimalizm. Po prostu przestałam ograniać ilość ciuchów, pierdół i pierdółek. Zauważyłam też, że im mniej posiadam tym lepiej się czuję. O wygodzie sprzątania nie wspomnę, bo nie ma porówania. Także oddaję, sprzedaję, wystawiam wszytkie przydasie i jest mi z tym dobrze.

    OdpowiedzUsuń

Hej, echo odpowiada!

Pst! Jak nie masz konta Google to kliknij Nazwa/adres URL i wpisz tylko nazwę.
Tak, wiem, mnie też przestrasza to URL :)