Obsługiwane przez usługę Blogger.

I always had the wings but was too scared to fly

przez - kwietnia 19, 2018


Skoro już zakończyłam z przytupem swój projekt dla mojej byłej firmy* (jeszcze do mnie wrócicie, robaczki, jak zobaczycie moją statistical analysis and data reconfiguration – piszę jako fan Friendsów i osoba mogąca się opisać jako mentally dating Chandler Bing), wstępnie zadomowiłam się w nowej firmie* (bo już przyniosłam tam swój kubek i znam kod dostępu do drzwi wejściowych) oraz zrobiłam trzy dodatkowe oddechy w międzyczasie (i jakieś piętnaście prań – lubię robić pranie!), mogę się podzielić tym, czym moim zdaniem warto się dzielić i nieść świadomości kaganek! 

W styczniu zakończyłam moją trwającą 3,5 roku przygodę pod tytułem terapia z psychologiem, zwanym dalej Panią Wspomożycielką :)))))

Było to dla mnie takie małe święto, taki mój dzień, taki trochę jak moje urodziny. 

3,5 roku zajęło mi - osobie o dość praktycznym podejściu do życia i niewierzącej w psychologię (teraz jestem nadal średnio wierząca, ale praktykująca ;)) – zobaczenie, nauczenie się i dowiedzenie się tylu nowych rzeczy!

Na ten przykład przykładowo takie przykłady:

  • Można się złościć, płakać i być smutnym. To nie są najfajniejsze rzeczy na świecie, ale takie rzeczy też są i wolno takie rzeczy mieć. Brzydka ryba pod nazwą psychrolutes marcidus (nie googlujcie) też jest i wolno jej być. I wszystkie obowiązki domowe (poza praniem, bo pranie jest spoko!) też są i niestety wolno im być i trzeba je robić -.- Tak jak czasem trzeba robić złość, płacz i smutek. Dla oczyszczenia #metaforamilion
  • Jak już się złoszczę, płaczę i jestem smutna, to nie znaczy od razu, że od tego momentu wszyscy, którzy byli świadkiem tych skandalicznych sytuacji nie będą mnie lubić. Odkrycie tego było – słowo daję – jak odkrycie nowej planety! Albo dowiedzenie się, że można gotować parówki bez tych śmiesznych folijek i się nie parzyć przed jedzeniem!
  • Co więcej – jak już się zrobi złość, płacz i smutek w obecności – kiedyś o zgrozo! – innego człowieka to jakoś tak bliżej się jest do tego człowieka. I jest się prawdziwym. Mam na myśli to, że zezłoszczony i spłakany człowiek jest prawdziwszy od zaciskającego zęby w optymistycznym uśmiechu „Ależ skąd, nie wkurza mnie to, że przejechałeś jak pomylony przez to rondo w Limanowej i byłam pewna, że zaraz uderzymy w znak i moja buźka będzie brzydsza o nieco więcej niż tylko ten pryszcz na czole, który mi nie schodzi”.
  • Ludzie się na mnie nie patrzą i nie oceniają. Nie jest tak, że wszystkie obecne trzy pary oczu patrzyły się na mnie ostatnio w biurze, gdy źle włożyłam baterie do myszki i na zarządzie w poniedziałek właściciele tych oczu komisyjnie stwierdzą, że „no, idiotkę zatrudniliśmy, nie warta tych pieniędzy, lepiej zatrudnijmy sobie jakąś małpę albo studentkę socjologii” (nie chcę niniejszym nikogo urazić!). W autobusie, na ulicy i na dworcu ludzie też się na mnie nie patrzą i nie oceniają.
  • A nawet jak się patrzą i oceniają – to co z tego. Bo wiem, że czasem patrzą i oceniają – sama tak robię. Jak ja ostatnio, gdy w autobusie jechała kobieta z włosami uformowanymi w kształt kapelusza (przysięgam...). No patrzyłam się. No i co z tego? Jej się widocznie podobała jej kapeluszofryzura. A mi się podoba chodzenie w dresie do Żabki i wymyślanie historii po drodze w głowie i – mam takie podejrzenie – robienie do nich min w realu.
  • A jeśli nawet już się popatrzyli i ocenili, że nie umiem wkładać baterii do myszki – to nie jest tak, że mnie wyśmiali i kolegialnie stwierdzili moją niepojętność. Znakomita większość ludzi nie tylko fizycznie, ale i mentalnie wyszła z gimnazjum i jej ulubioną rozrywką nie jest wyśmiewanie wpadek innych ludzi.
  • No i są wpadki. I błędy, i gafy. Śmieszna sprawa, bo samą siebie oceniam jako osobę wyrozumiałą dla innych. A dla siebie nie umiałam być wyrozumiała i biczowałam się (ok, czasem nadal to robię) za najmniejsze potknięcia. Jak wtedy, gdy pomyliłam się w pracy i niechcąco rozwaliłam całe spotkanie z partnerami projektu moim kolegom. No zdarzyło się. A przecież mogłam być bardziej uważna itd. Ale nie byłam. Stało się. Co więcej - każdemu się zdarza! I potem to anegdoty są, o których można pisać na blogu :)
  • Trzeba rzeczy przeżywać, a nie je zakopywać. Moja traumą z dzieciństwa była historia, w której to nawet nie ja byłam winna. Jakieś chłopaki (znaczy – ja wiem kto!) śmiały się ze mnie na turnieju gry w unihokeja w podstawówce, ja się rozpłakałam, a oni musieli mnie przepraszać na forum, przy wszystkich. Pierwszy raz od tego czasu opowiedziałam tę historię dopiero mojej Pani Wspomożycielce w wieku dwudziestukilku lat. I płakałam że hej. Ktoś mi powiedział (znaczy – ja wiem kto!) – po co rozdrapywać stare rany na tej terapii. Może po to, żeby je zobaczyć, zbadać, oczyścić i zagoić?
  • Można się przyznać, że się nie wie. I poprosić o pomoc. Można się przyznać, że jest się zawstydzonym. Że się czuje się (o.O) zagubionym. Że potrzebuje się więcej informacji, żeby czuć się pewniej. Kiedyś w przedszkolu malowaliśmy farbami i z mojego pędzelka po kolei wylatywały włoski tak, że prawie żaden już nie został. A mi było się tak wstyd to tego przyznać, że uparcie byłam gotowa malować samym tym patyczkiem. Tak się bałam poprosić o pomoc. A to nic strasznego!
  • Porównywanie się z innymi jest bolesne i bez sensu, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto lepiej śpiewa, pisze bloga i dzierga pokrowce z muliny na telefony (chyba nie ma takich rzeczy...). I bywa niewymierne, bo ktoś może moim zdaniem lepiej pisać bloga, bo mi się bardziej podoba jego styl, a ktoś inny może stwierdzić, że w ogóle nie rozumie co ten koleś pisze i bardziej przemawiają do niego moje metafory z praniem i gotowaniem parówek w tych śmiesznych folijkach (a raczej bez).
  • I porównywanie się jest... łatwe. Bo to bardzo prosty sposób określenia swojej wartości – na podstawie tego, jak wypadam w relacji z innymi. I koniecznie z dodatkiem informacji o sobie od innych – co ktoś inny o mnie mówi! Budowanie poczucia własnej wartości na podstawie własnych przekonać jest trudne as hell! Ja czasem nadal nie umiem – mimo 3,5-rocznego szkolenia!
  • No bo to, co inni mówią o nas i o innych obiektach we wszechświecie nie jest wyznacznikiem. Warto i trzeba mieć własne przekonania. To też trudne – jak to piekło (żeby już nie stosować zapożyczeń ;)).
  • Nie można wszystkiego zaplanować i przywiązywać się do tych planów. Warto być elastycznym, bo jeśli coś nie pójdzie zgodnie z planem – to nie znaczy, że będzie źle. Będzie tylko inaczej :)
  • Nie zawsze trzeba robić tylko praktyczne rzeczy, które koniecznie muszą się przydać i z których się coś konkretnego ma. Można robić rzeczy, które się lubi – na przykład pisać bloga bez większego celu albo pójść na kurs czeskiego, bo to śmieszny język. (A ostatecznie i tak nie wiadomo, co się komu w życiu przyda – na przykład można spotkać lektorkę czeskiego, która umówi cię na spotkanie biznesowe – sprawdzone info!)
  • W ogóle trzeba robić rzeczy, które się lubi. I trzeba robić rzeczy, które się chce. I nie robić rzeczy, których się nie chce. I bardzo się cieszę, że zaczęłam tak robić! Zatem jeżdżę na rowerze - gdy chcę, gotuję dobre rzeczy - gdy lubię, nie gotuję wcale - gdy nie mam ochoty, kupuję sobie ładne rzeczy - gdy mi się podobają, nie robię nic – gdy chcę właśnie robić nic. Trochę mnie to gubi, bo lubię pracować, kiedy chcę, a powrót do biura w pewnym wymiarze czasu odczuwam jako zagonienie mnie w jakiś nienormalny kierat, którego symbolem ucisku jest budzik nastawiony na 6:07. Ale mam swoje bezpieczniki swobody nawet w pracy ;)
  • Trzeba upominać się o swoje. Nawet o czas przy kasie w supermarkecie (mogę pakować zakupy tak długo jak trzeba – nie muszę swoich dwóch pękatych toreb pakować szybciej niż paniusia przede mną dwóch batoników i portfela w panterkę), o 5 złotych komuś pożyczone (a niby nie pieniądze), o wypite bez pytania przez koleżankę kilka kropel najlepszego na świecie soku malinowego (i zostawienie pustego słoika...), o uwagę, o należne mi informacje, o prawdę.  Bo nie ma granicy ważności, od której sprawy są na tyle ważne, by o nie się ubiegać.
  • I zasługuję na wszystko, co dobre. Zasługuję na to, żeby nie być okłamywaną, poniżaną i lekceważoną, a na to, żeby być ważną, dostrzeżoną, zaopiekowaną i kochaną.
  • Aczkolwiek osobą, dla której mam być najważniejsza, która ma mnie dostrzegać, się mną opiekować i kochać jestem na sama :) Nauczyłam się by nie szukać akceptacji, uwagi i miłości nie tylko w innych, ale przede wszystkim w sobie :) To ja muszę ze sobą wytrzymać całe życie :)

Mimo, że nadal nie tykam książek i poradników psychologicznych i często przewracam oczami na motywujące teksty, bardzo uważnie pochylam się nad tą psychologiczną częścią mnie i staram się używać tych wszystkich narzędzi, w które zaopatrzyłam się podczas terapii. Bo wiem, że koniec mojej terapii to nie koniec mojej przygody z radzeniem sobie z moimi myślami, emocjami, potrzebami itd. 

Ja to się myślę, że każdy powinien sobie czasem pójść do Pani Wspomożycielki albo Pana Wspomożyciela. Ja też myślałam, że ja tego nie potrzebuję, bo w sumie jestem całkiem normalna, a inni to w ogóle mają większe problemy (porównywanie!). Ale wydaje mi się, że jeżeli komuś w głowie choć trochę świta myśl, że coś jest nie tak – niechże idzie po pomoc. 

Widzę to teraz trochę tak, że człowiek składa się z dwóch kawałków – tego fizycznego i tego psychicznego. 

Jak kogoś boli ząb to nie mówi „A, to taka mała drobnostka! Nie pójdę do lekarza, bo inni to mają raka – co tam mój ząb! A w ogóle to się boję i nie chcę cierpieć leczenia na fotelu”. 

To czemu jak kogoś boli mały kawałek duszy to mówi: „A, to taka mała drobnostka! Nie pójdę do psychologa, bo inni to mają depresję albo byli bici i gwałceni w dzieciństwie – co tam mój smutek! A w ogóle to się boję i nie będę cierpieć wałkowania mojego życia na kozetce”. (tak serio to nigdy nie byłam na kozetce).

To tyle (aż tyle!) na dziś. 

Wszystkie zdarzenia przedstawione w niniejszym tekście są prawdziwe ;)

*firma – mam na myśli cały czas przedsiębiorstwo!

Happy End

Chciałam ostatnio zacząć swoją przygodę z eyelinerem. Chyba jednak moja ambicja mnie – podświadomie – przerosła, bo przez przypadek kupiłam... fioletowy. A to chyba wyższy level mejkapowania -.-

Może Ci się spodobać

35 komentarze

  1. Wygooglałam psychrolutes marcidus :P To Blobfish po prostu :D Podoba mi się ta ryba, jest niezwykła.

    Już o tym myślałam, ale za granicą nie znalazłam w pobliżu mnie polskiego psychologa. W Polsce bywam zbyt krótko, nie wiem, czy jednorazowa akcja ma jakikolwiek sens. Tylko żeby się wygadać? Nie o to chodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podejrzewam, że z psychologiem nie-polskim byłoby ciężko - nawet przy świetnym zdolnościach językowych, dla najtrudniejszych rzeczy zawsze jest bariera :/ Szukaj dalej! Życzę powodzenia! :)

      Usuń
  2. Nigdy nie byłam u psychologa czy to normalne?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli za normalne uznamy to, co robi większość - tak, jesteś normalna :)

      Usuń
  3. Wiesz co, powiem Ci, że miałam podobnie, przez długi czas nie dawałam sobie prawa do złości, smutku, zaprzeczając oczywistemu faktowi, że te emocje istnieją...Praca nad sobą pomogła. Cieszę się, że u Ciebie takie pozytywne zmiany :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wpuszczenia negatywnych emocji - pozytywne zmiany! Cóż za paradoks!

      Usuń
  4. Moim zdaniem czasem jest tak jak u Ciebie, że trzeba poprosić o pomoc, aby zrozumieć siebie. Dziś takie sytuacje są coraz bardziej powszechne i właściwym jest to, że coraz więcej osób nie robi tajemnicy ze swoich terapii.

    Tak wymyśliłem sobie tytuł. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Wydaje mi się, że w toku terapii sam się człowiek przekonuje, że nie ma się czego wstydzić, a nawet warto się podzielić.

      Usuń
  5. To dobrze, że wychodzisz na prostą:) Powodzenia:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Powiem Ci, że podbudował mnie Twój post. Już się czuję, jak po wizycie u psychologa. :) Niby piszesz o rzeczach, które są oczywistą oczywistością, ale tak na prawdę nie zdajemy sobie z nich sprawy na co dzień. Dlatego warto by ktoś nam o nich przypomniał. :) Na prawdę super. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Gdyby nie informacja ''nie googlujcie'' to bym nie wygooglował tej nazwy ryby -.- (czy to jakiś psychologiczny trik?)
    Nie wiem jak skomentować ten ciąg problemów i ich rozwiązań, ale utożsamiam się i czuje podobne spostrzeganie na świat. Może odniosę się do tego z porównywaniem siebie do innych. No bo w sumie w okresie gimnazjum miałem bardzo podobnie i gdy CIAŁO PEDAGOGICZNE mówiło ''ej ej monika patrzcie jak ona super sie uczy a wy nie wy wy nieuki'' to było mi smutno i sobie czasem powtarzałem ''ja tez chce być jak monika i sie dobrze uczyć'' (co mi oczywiście nie wychodziło) ale z biegiem czasu (i oczywiście zmianą szkoły) Monika poszła w zapomnienie, a ja jestem w szkole którą bb lubię i czuje, że się tam realizuje jako artysta (no wiesz liceum plastyczne malarstwo itp) a monika podobno jest w liceum i ostatnio rozmawialiśmy i mówi ze nie wie gdzie na studia ma iść bo nie wie co chce robić w życiu (ehh bieda monika) I być może, wydawać się może, że ja śmieje się z moniki, ale ja tak naprawdę chcę powiedzieć, że jeśli ma sie pasje i się jej oddaje to nie ważne jest gadanie kogoś ''wyższego'', że ''jesteście do bani bo sie nie uczycie jak monika''. Bo oceny kieeedyś zniknął w zapomnienie, i przychodzi życie.
    A jak się robi to co się kocha to walić zdanie innych i ich wartości.
    Chodzenie do psychologa w naszej tradycji jest troche takie ''ONIE ON IDZIE DO PSYCHOLOGA JAKIS CHORY NA GLOWE JEST MOZE GO W PSCYHIATRYKU ZAMKNĄŁ'' Ale tak naprawdę wygadanie się komuś (ze świadomością, że ten ktoś ukończył jakieś studia i teoretycznie powinien odnaleźć rozwiązanie) jest takie dobre dla naszej duszy bo... hmmm po prostu gadanie o swoich problemach pomaga i tyle.
    Aż czasem coś we mnie się gotuje, gdy słyszę gadanie rodziców : ''MOJE DZIECKO NIE BĘDZIE DO PSYCHOLOGA JEST NORMALNE''
    :)))))) a gdy staram się im wytłumaczyć... że no twoje dziecko potrzebuje pomocy psychologicznej, to oni udają debili i mówią ''BĘDZIE MIAŁO 18 - PÓJDZIE''
    Ugh dobra kończę przepraszam za brak składni i błędy i wgl.
    Obserwuje bloga i pozdrawiam serdecznie bardzo.
    tutajjestem-lekkomyslny.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za podzielenie się swoimi przemyśleniami :)
      I nie musisz być jak Monika :)

      Usuń
  8. Czyli wychodzi na to, że razem z Twoją terapeutką zrobiłyście ogromne postępy :) Dla niektórych takie wnioski, jakie wyciągnełaś z zajęć mogą być oczywiste, ale innym dochodzenie do nich zajmuje nie raz całe życie :) Więc cieszę się, że teraz bliżej Ci do spokoju wewnętrznego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, niektórzy wiedzą takie rzeczy bez pomocy specjalistów - ja musiałam troszkę się natrudzić mentalnie, by do tego dojść :)

      Usuń
  9. Mnie te psychologiczne gadki jakoś od siebie odpychają xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie w większości też, ale jakoś teraz bardziej wierzę w psychologię.

      Usuń
  10. Do tej pory nie korzystałam z pomocy psychologa, jakoś sama daję sobie radę i jestem dla siebie najlepszym terapeutą. Jednak wszystko jest dla ludzi, nie widzę nic złego w korzystaniu z pomocy 'specjalisty od duszy' i cieszę się, że Ci pomógł:)
    Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musiałam nabrać narzędzi, by stać się sama terapeutą dla siebie :) Teraz się tak czuję :)

      Usuń
  11. Fajny tekst. U psychologa mnie nie było. A czy się kiedyś wybiorę? Może ...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  12. Osobiście miałam przykre doświadczenia z lekarzami-specjalistami. Jednak uważam, że gdy nie dajemy sobie z samym sobą rady, to powinniśmy z takiej "Wspomolożki" korzystać. Nie za bardzo zrozumiałam metaforę z praniem i parówkami, ale może dlatego, że prania nigdy nie lubiłam, a parówki zawsze grzałam bez osłonki. Bardzo mnie cieszy to, że nie wstydzisz się już płaczu(bo on oczyszcza z emocji), smutku(jest potrzebny, bo wtedy bardziej doceniamy radość),a złość wcale piękności nie szkodzi tylko pozwala rozładować nagromadzone napięcie. Trzeba w pewnym stopniu liczyć się z opinią czy oceną ludzi, bo nie zawsze chcą wyśmiać, skrytykować lecz zwrócić uwagę, że może coś źle robisz, bez złych intencji. Należy jednak zawsze czuć własną wartość, bez biczowania. Pozostań nadal optymistyczna wobec siebie i otoczenia. Ludzie pozytywnie myślący zawsze mają lżej. Trzymam kciuki za dobrze obrany kurs życiowy i serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję serdecznie za komentarz :) Ja miałam szczęście z lekarzem-specjalistą, bo od razu trafiłam na kogoś, kto mi bardzo odpowiadał. Ale wiem, że bywa z tym różnie - można trafić na kogoś kiepskiego, albo kogoś zwyczajnie niedobranego do siebie.

      Usuń
  13. No ja to jestem eksponat na dłuższe leczenie, ale... zawsze znajduję jakieś ,,ale" :).
    Bardzo fajnie się Ciebie czyta i wiesz... ja też ,,lubię sobie" popłakać. Jak jestem smutna, ale i wesoła, czasem ze złości, lub ze wzruszenia. Kiedyś mnie to wkurzało, teraz... oczyszcza :)!!!
    Pozdrawiam :)!!!

    OdpowiedzUsuń
  14. Warto wyrażać swoje emocje, nie ma co w sobie tłumić, bo kiedyś wszystko eksploduje.
    To prawda, nie da się wszystkiego zaplanować, bo zawsze coś nieoczekiwanego się pojawi i plany zawieszone.

    Przeskakujesz poziom wyżej w malowaniu, każdy zaczyna przygodę z czarnym, a Ty z kolorem, jak dobrze być unikatowym, nawet jeśli nieświadomie coś się kupiło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, zupełnie nieświadomie chciałam być unikatowa z tym fioletem :D

      Usuń
  15. Hejka! Bardzo podoba mi się twój blog jest taki schludny! Ja co dopiero zaczęłam blogować ale może wpadniesz na clutterblog112.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi czytać, że mój blog Ci się podoba :) I to dlatego, że jest schludny! A ja taka bałaganiara...

      Usuń
  16. Zrób kreskę permanentną, wówczas nie będziesz miała problemów z eyelinerem :)
    Wpis ciekawie napisany:) A parówki to też zawsze bez folii gotuję :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niechże najpierw zaliczę pierwszy etap - próba zrobienia CZARNEJ kreski i sprawdzenie, czy mi pasuje :D

      Usuń
  17. Interesujące, nawet bardzo spostrzeżenia i doświadczenia. Świetnie się czytało.Głowa do góry, taki mały kolokwializm, ale o to chodzi, że czasami trzeba spojrzeć światu w twarz i głośno powiedzieć, że jestem, żyję i czuję i mam do tego prawo.

    OdpowiedzUsuń
  18. I wygooglałam! W sumie spodziewałam się czegoś gorzego! :P
    Z punktem 2 też mam problem :( Bo chyba wszyscy zawsze czujemy się oceniani...

    "Znakomita większość ludzi nie tylko fizycznie, ale i mentalnie wyszła z gimnazjum" - i tak i nie...

    Moja trauma - ja przeżywam ją wewnętrznie cały czas. I nie wiem jak z tego wyjść. Jak słowo daję - nie mogę się z tego wyrwać, męczy mnie to, gnębi, nie daje spać, jestem podirytowana, zestresowana i nie mam już na nic siły. Czasem spycham to w kąt, ale zawsze wraca. Zawsze :(

    Pokrowce z muliny istnieją :D Tak, serio :P Chciaąm kiedyś zrobić, ale zabrakło mi zapału :P

    Dwa ostatnio podpunkty są chyba do mnie. Ostatni najtrudniejszy. Od bardzo wielu lat nie umiem tak myśleć.

    OdpowiedzUsuń

Hej, echo odpowiada!

Pst! Jak nie masz konta Google to kliknij Nazwa/adres URL i wpisz tylko nazwę.
Tak, wiem, mnie też przestrasza to URL :)