środa, 16 sierpnia 2017

Wtedy chętnie słucha człowiek morskich opowieści - cz. III

To ostatni odcinek moich morskich opowieści!

W poprzednich odcinkach odwiedziłam przy pomocy bloga drugi raz Gdańsk oraz Malbork, Elbląg, Sopot i Gdynię. Pozostała część tygodniowego wypoczynku, po eskapadach tu i ówdzie, poświęcona została na wypoczynek właściwy, czyli docelowo leżenie jako wieloryb i popijanie Warki Radler (to jest moje plażowe piwo - wezmę każde miliony za zrobienie marce wiarygodnej reklamy!) w promieniach letniego słońca.

Jak wiadomo, polskie wybrzeże ma charakterek i jest nieco kapryśne, ale konkurs na "kto wejdzie głębiej w lodowatą wodę i nie umrze" też można uznać za atrakcję :)

Na wypoczynek właściwy upatrzyliśmy sobie Chłapowo - miejscowość tuż obok Władysławowa. Z Gdańska pojechaliśmy pociągiem do Władysławowa, by stamtąd zielonym autobusem podjechać do Chłapowa (choć tą drogę można spokojnie przejść też pieszo - choć raczej nie z walizką). Na mini-dworcu autobusowym we Władysławowie spotkaliśmy się z autobusem na Hel o wymownym numerze ;)


Ugościła nas Willa Visitor, gdzie za 30 zł za noc od osoby (przynajmniej we wrześniu) mieliśmy przyjemny pokoik z telewizornią i dostępem do lodówki. Na plażę szło się prosto, więc nie szło się zgubić, a po drodze był i bar z jedzonkiem, i miejsca do mojej ulubionej gry (klik!), na której straciłam więcej pieniędzy niż na gofry :)

Plaża w Chłapowie spełniła wszystkie funkcje plaży nad polskim morzem. Był piasek, było dobre dojście do morza, były parawany (ale w dość znośnej ilości - w ogóle nie doświadczyłam tych legendarnych tłumów), nie było upalnej pogody :D Na plażę schodzi się po dość długich i stromych schodkach - ale cóż to za problem dla gibkiej Ja bez Imienia! :)


Z Chłapowa można podejść sobie z jednej strony właśnie do Władysławowa, także plażą :) Po drodze mija się Ośrodek Przygotowań Olimpijskich Cetniewo, a niedaleko niego - aleję sportowych sław. Była i gwiazda mojego ulubionego sportowca - Jednego z Moich Czterech Mężów, Którzy Mnie Nie Znają :)


W drugą stronę od Chłapowa można dotuptać (ale i dojechać) do Jastrzębiej Góry - najbardziej wysuniętej na północ miejscowości w Polsce, o czym informuje średnio urokliwy znak.


Mogę z czystym sercem polecić taką to wycieczkę i pozwalam za zżynanie z jej planu pełnymi garściami! :) Polskie morze piękne jest, a Gdańsk stał się moim drugim - po Królewskim Mieście - ulubionym miastem w naszym prawym i sprawiedliwym kraju :)

Od tej właśnie wyprawy moja odpowiedź na pytanie "Morze czy góry?" nie jest już taka oczywista...


Do pozostałych dwóch części moich morskich opowieści zapraszam tutaj:
Link do części I: klik!
Link do części II - klik!

Happy End

Dzwoniła Mama. Twierdzi, że naprawiłam zmywarkę w domu o.O Bo włożyłam talerze w inny sposób niż ona i od tej pory czerwona lampka przestała się świecić na ów pralce do naczyń.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Wtedy chętnie słucha człowiek morskich opowieści - cz. II

Postanowiłam dokończyć moją morską opowieść, którą zaczęłam... prawie półtora roku temu (klik!) A która właściwie wydarzyła się dwa lata temu. I która już mocna jest zdezaktualizowana, bo towarzysz wycieczki nie jest już moim towarzyszem. Ale z tego co się orientuję, Polska ma nadal dostęp do Bałtyku, a zamku w Malborku nikt jeszcze nie odbił ani nie przerobił na hotel, więc właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, by opowieść płynęła dalej :)

Zakończyłam właściwie na wstępie, bo opowiedziałam jedynie o stolicy Pomorza - Gdańsku. A właściwie to przepiękne miasto było dla nas także bazą wypadową w inne miejsca.

Zapowiedziałam przed wyjazdem - ok, pojadę nad polskie morze, gdzie jest nudno (o, głupia ja...), żeby już mieć odhaczone zobaczenie jakiegokolwiek morza (w wieku 24 lat!), ale chcę w zamian dostać zamek!

Malbork

Zamek w Malborku. Pojechaliśmy pociągiem - Regio, więc za grosze. Zamek ogromny, w mieście trudno go i się zgubić, miasto całkiem urokliwe - pamiętam deptak, na którym za pomnikiem króla Kazimierza Jagiellończyka na koniu rozłożyły się urokliwe stragany w stylu takim, że szukać by można handlującego kątem Stanisława Wokulskiego.

W poprzednim wcieleniu musiałam być księżniczką, skoro tak mnie ciągnie do zamków i pałaców. I ten w Malborku moim zdaniem ma sporo do zaoferowania - nie tylko potencjalnemu mieszkańcowi (taki metraż!), ale i turystom. Warto moim zdaniem szarpnąć się na bilet i pochodzić po komnatach. Zdecydowaliśmy się na audioprzewodnik - nie ograniczał nas timing przewodnika, a wszystko, co nas interesowało, można było zgłębiać do woli.


Zamek wprowadza naprawdę w doniosły, mroczny, średniowieczny klimat. Zwłaszcza przejście długim korytarzem do oddalonej wieży, która... pełniła funkcję kibelka.


A na dziedzińcu spotkałam przyjaciółkę - panią Kozę. A kozy są prześmieszne i mają osobowość! Ktoś wie, czy jeszcze tam mieszka? I czy można jeszcze odwiedzić?


Pytam, bo ze względu na prace konserwatorskie, część zamku była wyłączona ze zwiedzania i właściwie - chętnie bym tam powróciła. Jeśli remont już zakończony. Ktoś też się orientuje może?

Elbląg

Jako, że ja miałam życzenie odnośnie wyprawy nad polskie morze, tak i towarzyszący mi Pan M. w ramach równouprawnienia też miał. Jego było przejechać się... statkiem po trawie.

Takie atrakcje - w Elblągu, do którego wyjechaliśmy o jakiejś nieprzystojnej porze autobusem... PKS Tarnobrzeg. Jeśli ktoś nie zaczaił, po cóż ten budujący napięcie wielokropek nadmienię, że Tarnobrzeg leży na Podkarpaciu, jakąś godzinę drogi od mojej rodzinnej wioski Hen-Hen. A skorzystałam z usług transportowych tego miasta na drugim krańcu Polski :)

Rejs statkiem po trawie to trwające prawie 5 h przepłynięcie z Elbląga do Buczyńca takim wyjątkowym statkiem, który między warmińskimi kanałami (czy tam odcinkami kanałów) przeciągany jest po trawie na specjalnych pochylniach.


Statek płynie przez bogate przyrodniczo tereny - wkoło są trawy, pola, ptaki i woda. Moim ulubionym momentem było przeprawienie się przez jezioro, na którym pływały nenufary.


Jak wspomniałam - rejs trwa długo. Jest nieprzyzwoicie drogi (ponad 100 zł). Przeprawia się człowieków wprawdzie przez piękne, nieskażone ręką człowieka tereny, ale po czasie zachwycanie i natychanie się wartościami przyrodniczymi robi się trochę nudne. Przyznaję, że ja umiarkowanie polecam.

Sopot

Po eskapadach w inne części województwa, a nawet poza nie, przyszedł czas na bliższe spotkanie z pozostałymi dwiema nogami Trójmiasta.

Sopot nie rzucił mnie na kolana. Pamiętam z tego miasteczka jarmarcznokomercyjny deptak prowadzący do chyba jedynej atrakcji - mola oraz wspaniale symetryczny hotel z fontanną. Właściwie to miasto zaspokoiło w wielu wymiarach moją niewytłumaczalną potrzebę symetrii. Molo ok, choć właściwie molo w innym miejscu w Trójmieście (już teraz nie pamiętam gdzie, mógł to być Gdańsk...) podobało mi się nawet bardziej. Ale odhaczyłam - moje zwiedzanie Trójmiasta nie było więc kulawe!


Gdynia

A potem poznałam moje chyba ulubione miasto z tej całej trójcy świętej - Gdynię. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego, ale to miasto urzekło mnie bardzo bardzo. I nie wiem, dlaczego potraktowało mnie tak okrutnie, bo akurat tam zepsuła się pogoda...

Wizytę w Gdyni zaczęliśmy od Centrum Nauki EXPERYMENT, które miało być bratem nieodwiedzonego jeszcze przeze mnie warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. Myślę, że miejsce rzeczywiście ciekawe, jednak mam stamtąd raczej średnie wspomnienia i poczucie niewykorzystanego potencjału. Owszem, eksponaty ciekawe, ale były też takie, które nie działały i nikt nie dopilnował, by je naprawić. A po drugie - MILION dzieciorów! Mnóstwo. Krzyczących, rozpychających się i niespecjalnie grzecznych. A nade wszystko - nieupilnowanych. A dorosłemu człowiekowi nie przystało bić się o jakieś stanowisko do eksperymentu z dzieciakiem. Ja bez Imienia było smutno, że nie mogła wykorzystać do końca potencjału miejsca...

W Gdyni obejrzeliśmy poza tym nabrzeże, gdzie stały statki - słynne Dar Pomorza i ORP Błyskawica. Lubię statki!

Zdecydowaliśmy się zażyć trochę morza i wybraliśmy się na bardzo ciekawy rejs po porcie gdyńskim, gdzie można było zobaczyć statki, żurawie, kontenerowce, statki marynarki wojennej. Nie umiem teraz znaleźć ofert tych rejsów w Internetach - my sami zdecydowaliśmy się na niego spontanicznie, słysząc ofertę na brzegu. Kosztował jakieś naście złotych, ale myślę, że zdecydowanie warto!


I jak na złość, gdy schodziliśmy z pokładu, przyszedł okropny deszcz... Gdy my byliśmy ubrani najbardziej lekko jak dotychczas, a ja nawet miałam kapelusz i gdy planowaliśmy zobaczyć jeszcze ORP Błyskawica.

Gdynio, zmusiłaś mnie tym deszczem do odwiedzenia Cię jeszcze raz!

Tak też spędziliśmy pierwsze cztery dni naszego morskiego urlopu, stacjonując w Gdańsku. Potem przyszły przenosiny, ale o tym już w kolejnym poście :) Oby szybciej niż za rok!

A to jeszcze raz link do części I: klik!
I link do części III: klik!

Happy End

Ciekawostka! Panu M. tak bardzo spodobało się morze, że przeniósł się w tym roku do Gdańska! Ze swoją nową towarzyszką.

piątek, 11 sierpnia 2017

Z radiem na uszach i wartości swej / W pełni świadomy - świadomy, że hej!

Jak wspominałam już tu i tam, szukam nowego źródła funduszy na chleb i ciastka.

Ta zabawa w berka mojego konta bankowego z kontem bankowym mojego wymarzonego chlebodawcy trwa już dwa miesiące (z kawałkiem). W tym czasie zapytano mnie we wszystkich językach, jakie znam, jak sobie radzę w sytuacji stresu, multitaskingu, wrednego współpracownika i tsunami. Zostawiłam swoje odciski palców na niejednej klawiaturze, rozwiązując excelowskie szarady i wybierając wordowskie czcionki. Na każdej z rozmów pożaliłam się na życzenie, jak to mój ostatni chlebodawca musiał zrezygnować z takiego przodownika pracy jak ja z powodu problemów finansowych. Ot, taka rekrutacja.

W sumie mam czas, więc chciałabym się podzielić ciekawostkami z życia niestrudzonego poszukiwacza skarbu - tj. nowej superpracy (czuję się jak Indiana Jones w ołówkowej spódnicy w miejskiej dżungli!).

Najdziwniejsza rozmowa kwalifikacyjna, jaką miałam (do tej pory -.-), pozwoliła mi odczuć na własnym tyłku różnicę między sektorem publicznym i sektorem prywatnym. Jak wspomniałam, na wszystkich rozmowach we wszystkich firmach (przedsiębiorstwach! - kto zna różnicę?) samozwańczy mistrzowie HR nie mają litości w sprawdzaniu każdego mojego punktu w CV (kiedyś ktoś nawet zapytał mnie o moje zainteresowanie innymi kulturami - a ja się zapędziłam w odpowiedzi aż do wyznania, że chce pojechać kiedyś koleją transsyberyjską). Tymczasem w pewnej instytucji publicznej rozmowa kwalifikacyjna zaczęła się o 8:00 i zakończyła o 8:06. W tym krótkim czasie zapytano mnie jedynie o moje oczekiwania finansowe. Odpowiedziano o trudach i etosie pracy bezpośrednio dla dobra państwa i zapytano, czy chciałabym kiedyś przyjść na rozmowę z prezesem. Całej instytucji (ok, szło o szpital, to nie był ani sąd, gdzie może być prezes ani inna organizacja, gdzie prezes, a zwłaszcza Ten Prezes, urzęduje). Widocznie inteligencją aż biję po oczach, a spojrzenie na moje dłonie pozwala odgadnąć, że Excel to aż pali mi się pod palcami.

Innym razem pan na rozmowie zrobił mi test wiedzy o świecie, zadając nie kilka, a kilkanaście pytań typu: co jest walutą Indii?, ile państw jest w Unii Europejskiej?, proszę wymienić 3 Emiraty Arabskie, jak się nazywa prezydent Czech?, ile leci samolot z Warszawy do Nowego Yorku? (wtf...), czy kupując coś w Szwajcarii zapłacimy cło? Na koniec pan skonkludował, że mam trudne do nadrobienia braki w wiedzy o świecie, łatwiejsze do nadrobienia, choć ma wątpliwości, czy w krótkim czasie w wiedzy merytorycznej, no i w sumie niewiadomo, czy poradzę sobie z pisaniem długich raportów (co z tego, że tworzyła prezentacje zawierające po 200 slajdów -.-). Pan zaproponował umowę o dzieło na wstęp, by sprawdzić, czy w ogóle UDŹWIGNĘ pracę, jaką mi proponuje. Ja stwierdziłam, że w sumie to nie udźwignę pracy z kimś, kto oczekuje gotowego materiału na pracownika i nie zostawia przestrzeni dla jego rozwoju i nauki. I nie zauważa czegoś, co ja - jako wytrawny konsultant! - na wstępie zdiagnozowałam jako element zagrażający sukcesowi jego przedsiębiorstwa. Pan rzekł, że ma zamiar zatrudnić w tym roku z 5 osób. A zespół ma jakieś naście osób. Coś mi tu śmierdzi duża rotacją - nie bez powodu zapewne...

Oczywiście na wspomnianej rozmowie musiałam strzelić swoją gafę, wiadomo, odpowiadając, że walutą Indii jest drahma. A to dawna waluta Grecji xD Na moją obronę mój znajomy, zapytany przeze mnie wyrywkowo, czym jest drahma według niego, bez wahania odpowiedział: "waluta Indii!" xD

Ostatnio byłam na rozmowie, gdzie sprawdzał mnie cały potencjalny przyszły zespół. Jakieś 7 osób. I ja. Która strzeliła sobie w stopę na koniec, mówiąc na informacje o firmowych turniejach piłkarzyków, że ja jestem beznadziejna w piłkarzyki. I po co te pieniądze wydane na kurs rosyjskiego - trzeba było uczyć się gier biurowych!

Wczoraj dostałam zaproszenie na kolejną rozmowę. Zgodnie ze zwyczajami rekrutacji, dostałam po niej maila z datą spotkania, godziną, wskazówkami dojazdu, blablabla, podpisane przez panią, której nazwisko wywołało u mnie: "Ej, Siostra, patrz, jakie dziwne nazwisko!". Bo pierwsze nazwisko naszej prezydentowej to przy tym pikuś. Chichy się skończyły, gdy doczytałem maila lepiej i na końcu zdanie, które brzmi jak absurdalny żart: "W recepcji proszę się powołać na moje nazwisko"...... To chyba pierwszy etap rekrutacji :D

Dwa razy otarłam się o umowę o pracę.

Raz, gdy po wielu etapach rekrutacji, naprawdę wielu i feedbacku, jakie to mam ponadprzeciętne zdolności analityczne, jak pięknie napisałam tekst po angielsku i rozwaliłam zadanie w Excelu, belgijska menadżerka po rozmowie ze mną stwierdziła, że mój sprawdzany wcześniej 3 razy poziom angielskiego jest zbyt niski. I co z tego, że angielski nadrabia się szybciej w międzynarodowym środowisku niż umiejętności ujarzmiania Excela...

Innym razem pół dnia spędziłam na realizowaniu szalenie ciekawego zadania rekrutacyjnego, będącego przedostatnim - bo przed rozmową z tym razem czeskim menadżerem - etapem rekrutacji, by dzień przed rozmową otrzymać maila, że rekrutacja z przyczyn organizacyjnych zostaje zawieszona...

Sporo doświadczeń. Odwiedziłam krakowski Mordor, gdzie pomiędzy korpoklatkami biegają informatycy (z daleka poznać można informatyka :)). Rozwaliłam sobie rajstopy dopiero co siadając do rozmowy - zgodnie z zasadą, że żywotność rajstop to maksymalnie 15 minut. Wyjechałam nawet na drugą strefę biletową Królewskiego Miasta. I byłam w urzędzie pracy!

To był prawdziwy urząd! Ludzie siedzący w kolejce na pastelowych krzesełkach. Przerwa śniadaniowa między 10:15 a 10:45 (pół godziny!),  na którą idą panie ze wszystkich 3 stanowisk obsługujących jednocześnie - co jest zupełnie uzasadnione, bo smutno samemu pić kawę przecież. I te rozżalone głosy umęczonych służebnic systemu państwowego na korytarzach: "Agnisiu, mnie to już TAK boli gardło od tej klimatyzacji...".

Uch!

Na ten moment, nadal jestem na bezpłatnym urlopie. Kto ma wolne ręce - niech trzyma kciuki!

Happy End

Jak ktoś szuka miejsca, gdzie nie ma burzy, to na Podkarpaciu jeszcze nie ma!

czwartek, 10 sierpnia 2017

Jesteśmy wolni / Możemy iść

8. sierpnia zarządziłam zakończenie mojego One-year-long Happiness Embargo.

To nie pierwszy "koniec", "the end", "конец" - wcześniej w sylwestra deklarowałam wszem i wobec kończenie - jak to pożyczyłam od samej królowej Elżbiety - "annus horriblis". Ale właśnie dwa dni temu minął dokładnie rok odkąd Pan M. zebrał swoje układane w kostkę koszulki, swoje garnki do gotowania na parze i swoją pedantyczność i postanowił być niedojrzały gdzie indziej. A rok to chyba ten przepisowy czas na żałobę - potem już wypada chodzić w kolorowych szmatkach.

Zaplanowałam sobie zatem wskoczenie w kolorowe szmatki właśnie we wtorek. Dobrze się złożyło, bo akurat ostatnio ciepły powiew nadziei nadął moje pozszywane z gałganków żagle. Coś jest chyba w tym przepisowym roku żałoby!

Trochę się przestraszyłam rano... Bo obudziłam się po jakimś retrospektywnym śnie z postaciami z brodami lub bez, w humorze nieprzystającym do manifestowania przełomu życiowego. A wszak rewolucji się nie planuje. I trudno mi wypchnąć z głowy to zestawienie - bo mam umysł analityczny - jak ten 8. sierpnia wyglądał rok temu.

No ale zakończenie One-year-long Happiness Embargo nie oznacza, że teraz już w każdej minucie mego żywota będę tryskać energią, łamać z rozmachem smutki jak karate kid, a mój pot sprzedawać jako eliksir na migreny. To nieludzkie! Będę smutać i żalić czasem.

Koniec końców (nomen omen) jak na ten moment od wtorku dzieje się dobrze i dużo. Jako osoba chwilowo bezrobotna (powiedziałabym, że na przymusowym urlopie bezpłatnym o nieokreślonej długości) mogę pochwalić się całkiem długą listą czynności wykonanych w ciągu tych ostatnich dwóch dni.

Mianowicie.

Uzyskałam poczucie względnego poukładania odnośnie wieczoru panieńskiego, który zdaje się, że organizuję z 4 innymi druhnami (organizowanie czegoś bez lidera jest totalnie niezgodne z wszelkimi zasadami zarządzania projektami). Napisałam scenariusz zabaw na wspomniany wieczór panieński (nie na zasadzie w stylu Monica Geller - "Mamy się dobrze bawić za 15 minut!" tylko na zasadzie związania tych zasad w spójną całość połączoną motywem wiodącym), co dało mj poczucie tego, że nieźle u mnie z kreatywnością i może szukam pracy w niewłaściwej branży. Zrobiłam ze współlokatorką zupełnie ad hoc wieczór włoski we dwie (bo nie we dwoje), okraszony aromatyczną bruschettą (pisać to łatwiej jest niż mówić :D), szynką parmeńską za milion pieniędzy, pesto ze świeżej bazylii i winem z Biedry, tj. z Wenecji. Oddałam wcześniej wyselekcjonowane ubrania biednym ludziom. Pojechałam wydać trochę pieniędzy w IKEA, kupując mojej koleżance pluszową świnkę, odwiedzając fotel, który kiedyś zabiorę do domu i ustalając, że nie da się wyjść z tego sklepu bez świeczek. Co ciekawe - udało mi się kupić tylko te rzeczy, po które przyjechałam! (to jest heroizm XXI wieku - odpowiednik powrotu ze wszystkimi członkami z krucjaty w średniowieczu). Zorientowałam się, że nożyczki w moim pokoju są położone wreszcie w miejscu, które dla nich zaplanowałam (co sprawiło, że szukałam ich po całym pokoju, bo wydało mi się nieprawdopodobne, bym położyła je w miejscu, które dla nich przeznaczyłam). Spakowałam się w góry, łącznie z zabraniem apapu, plastrów na rany i nożyczek (czyli aktualnie nie są w ustalonym miejscu) - jestem coraz bardziej dorosła. Przygotowałam materiał, który ma uzupełnić obraz mojej skromnej osoby, jaki nakreśliłam na ostatniej rozmowę kwalifikacyjnej - i mam nadzieję, że referencje i fragmenty moich dotychczasowych analiz zmyją odczucie, że jestem wystraszoną dziewczynką, którą trochę przeraża wielkie biuro i 7 (!) rekruterów. Przyjechałam do domu.

I najbardziej mnie cieszy to, że cały ten ocean produktywności przepłynęłam nie po to, żeby się zmęczyć i nie mieć siły myśleć, wspominać i wypominać. Ale z chęcią i zapałem :) I radością :)

Happy End

Jechałam wczoraj do domu. Z moją ulubioną firmą, która ma w swoich busach Wi-Fi, klimatyzację i miłych kierowców. Tym razem w środku znalazł się także pewien wyrośnięty Sebix w koszulce patriotycznej - a sorry! - którą zdjął zaraz po wejściu do busa (!) i postanowił otworzyć dach. Jakiś przytomny szpakowaty pan zamknął dach by pozwolić działać klimatyzacji. Na co pan Sebix polazł podzielić się z innymi całym bagażem swojej racjonalności życiowej i "uratować" ludzkość zamykając ów dach, z pedagogicznym pouczeniem, że "jak komuś zimno (!) może jechać pekaesem"...

niedziela, 6 sierpnia 2017

Wodą, ogniem, burzą, perłą na dnie

Doznałam ostatnimi czasy egzystencjalnego mindfucku. Miałam przekonanie, że ludzkość dorosła do niekwestionowania pewnych rzeczy i że pewne postulaty rodzą się tylko w niedokształconych i niedokształtowanych głowach. Tymczasem - bang! - nic nie jest takie znowu oczywiste.

Jednym z powodów zakończenia mojej ostatniej przygody sercowej było zdanie kolejnego Pana (przyjmijmy oznaczenie Pan T. - i ja się serio boję, że kiedyś zabraknie mi alfabetu :D), że według niego, zupełnie na serio, kobiety nie powinny mieć prawa do głosowania. Bo są emocjonalne, podejmują nieracjonalne decyzje i głosują na to słynne "lewactwo" (z tym, że tym razem nie chodziło o prawa paradujących "odszczepieńców", a te wszystkie 500+ i inne plus).

Posłużę się teraz elementem kultury: klik!

Myślę sobie - nie no, wykształcony, dojrzały (przynajmniej o dojrzałym PESELu), na pewno ma jakieś argumenty, może nawet logiczne, może nawet można podyskutować - ja nawet lubię.

Dowiedziałam się zatem, że statystycznie kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn (i co ze mnie za ekonomista, co nie czai statystyki), najlepiej by było, gdyby zajmowały się domem (bo wtedy dzieci nie mają problemów ze sobą) i wejście kobiet na rynek pracy zepsuło ten rynek, bo płace się zmniejszyły (ten argument w sumie nawet poruszył nerw dociekliwości w moim ekonomicznym umyśle, ale - co ze mnie za ekonomista, skoro nie czaję statystyki -.-).

No i ta cała historia o uciśnieniu kobiet na przestrzeni wieków to ta słynna "lewacka propaganda". I to w książkach do historii dla dzieci! :O Och!

Jako, że od jakiegoś czasu moja głowa otwarta jest trochę szerzej, tkanki mózgowe wytwarzają trochę więcej wyrozumiałości, a do serca przytuliłabym i wojującą feministkę, i panią Krysię z Wiejskiej, wzięłam się nad tym zastanawiać.

I zaiste, na pewno dla rodziny i dzieci obecność matki w domu jest nieoceniona. I jest mnóstwo, mnóstwo kobiet - może nawet większość, które najchętniej rzuciłyby swoje ołówkowe spódnice i bluzy z Tesco w diabły - gdyby tylko mogły, gdyby jedna pensja w domu wystarczała na wszystko, co tam kto sobie marzy (a jak niektórzy mają małe te materialne marzenia - bo można - to i wystarcza). I nie uważam, że takie kobiety są mniej warte czy nie mają ambicji - można lubić się realizować na różnych polach, a zawód "mama" to nie taka znowu prosta fucha.

Ale!

Właśnie można lubić się realizować na różnych i wielu polach jednocześnie. Przynajmniej ja żyję takim przekonaniem (pewnie niektórzy bardziej doświadczeni życiowo mnie poprawią, że to raczej żyję złudzeniem, no nie wiem...). Ja to lubię moją pracę (jeśli ją mam - bo nadal nie mam, jakby co), ale też lubię dla kogoś gotować i mam podejrzenie, że lubiłabym też bycie mamą. I ja to bym nie zniosła, gdyby ktoś mnie ograniczył tylko do jednego pola realizowania się. I to tylko z tego powodu, że jestem XX.

Poza tym.

Wracając do kwestii prawa do głosowania - to z tego pola też miałabym być wyrugowana, bo jestem XX? I mam ponoć zapisane w genomie infantylność, przewrażliwioność i nieracjonalność? Może rzeczywiście to cechy przypisane bardziej kobietom niż mężczyznom. Ale są kobiety, które potrafią być bardzo silne, zdecydowane i racjonalne, a i mężczyźni są, którzy są wrażliwi, niezaradni i niekonkretni. Znów posłużę się elementem kultury - klik!

A nade wszystko!!!

Tak, kobiety - i to całkiem niedawno - dostały wiele praw, których nie miały do tej pory, a w wielu krajach i kulturach nie mają do tej pory. Wyszły spod mniej lub bardziej opiekuńczych skrzydeł mężów i ojców i mogą decydować o sobie zupełnie same. Mogą, ale i muszą.

W poprzednim poście pisałam o książce Tomka Michniewicza, w której opisuje konserwatywne społeczeństwa muzułmańskie w sposób, w jaki my może nie patrzymy na nie. Kulturę, w której kobiety mogą mniej niż ich zachodnie koleżanki, ale i mniej muszą. Nie muszą chodzić do pracy i mają wolny czas na sprawy urodowe (noo, one pod tymi szmatkami ponoć czasem chowają niezłe skarby) czy towarzyskie. I nie zazdroszczą. A można im trochę pozazdrościć.

Ale gdy trochę mają pecha - mają raczej najgorzej, bo nic nie mogą zrobić. Nie mogą wziąć spraw w swoje kobiece łapki i budować życia po swojemu, bez męża albo z kimś innym.

Ja mam na przykład mocne poczucie tego, że jestem odpowiedzialna za swój los i niechętnie oddaję różne części swojego życia w czyjeś ręce (i to też niedobrze w sumie...). Lubię poczucie, że jeśli mi się nie poszczęści w jakichś obszarach życia - poradzę sobie. Wiele moich koleżanek w sytuacji, gdy opuści je ich mężczyzna - zostają z bardzo skromną bazą do działania, bo brakuje im wykształcenia czy doświadczenia w wielu sprawach.

I podczas, gdy jestem gotowa - a przynajmniej chciałabym być - oddać swój czas, trochę kariery zawodowej i niezależności, by być z kimś, za nic w świecie nie oddałabym prawa do decydowania o sobie. Bo rezygnacja z prawa głosu dla kobiet oznacza, że tylko mężczyźni będą decydowali, jak będzie wyglądało państwo, w którym żyją i mężczyźni, i kobiety. A jest sporo zagadnień z zakresu prawa, które dotyczą tylko kobiet.

A może zwyczajnie trzymam się takich rzeczy by nie czuć się niewartościowa jako kobieta - skoro nie mam swojego mężczyzny i dzieci...

Zaiste, zastanawiam się, czy może rzeczywiście moimi poglądami gdzieś nie wpisuję się w naturalny porządek rzeczy. Może rzeczywiście mam jakieś braki jako kobieta. Może rzeczywiście pewne sprawy są idiotycznym wymysłem cywilizacji, wykraczającym poza porządek, jaki był i nie zaprowadzi nas to w żadnym dobrym kierunku. Serio się zastanawiam - nie, że ironizuję. I że rzeczywiście nie umiem być kobietą.

Happy End

Zepsułam rower. Chłopak mojej współlokatorki pomógł mi naprawić. I zepsuła się inna rzecz... Jak żyć?

poniedziałek, 31 lipca 2017

Fantazja przeczy nudzie

Przed państwem coroczny post książkowy! Poprzedni post tutaj - klik!

Jak widać - nadal mam rozstrzał gatunkowo-tematyczny, zaczynam nowe serie książek, nie kończąc poprzednich i mam luki w pamięci co do książek, które po przeczytaniu mi się podobały.

Enjoy!

Klasyki i chyba klasyki

Lśnienie, S. King
*******
Nie przepadam za tego typu książkami, gdzie są jakieś paranormalne historie. Ale to klasyk - musiałam sprawdzić, co to :)

Popiół i diament, J. Andrzejewski
*******
Ciekawa historia o tematyce czasów powojennych. To jedna z tych książek, które najpierw chcę przeczytać, by obejrzeć film - który chyba jest jeszcze większym klasykiem.

Ptaki ciernistych krzewów, C. McCullough














Biografie

Brigitte Bardot, M. Oleksiewicz 
***
Byłam strasznie zawiedziona tą książką. Szukam innej o tej ikonie.

Rotmistrz Pilecki. Ochotnik do Auschwitz, A. Cyra
********
Rotmistrz Pilecki to ostatnio dość modna osobistość i odkurza się pamięć o nim. Dla tych, do których info o Pileckim jeszcze nie dotarło - to pewien szalenie (i to dobre słowo) odważny człowiek, którego najbardziej doniosłym zadaniem życiowym było DOBROWOLNE dostanie się do Auschwitz w celu zbadania i zraportowania tego, co się tam dzieje. Pilecki jest jednym z żołnierzy wyklętych - po wojnie został uwięziony i zabity przez nową władzę. Chciałam dowiedzieć się więcej na jego temat. Książka składa się z dwóch części. Pierwsza to biografia samego Pileckiego, w której autor zarysowuje go jako takiego patriotę okresu międzywojennego, wojennego i krótko po wojnie, jakiego sobie zwykle wyobrażam. Druga to raport Pileckiego z pobytu w Auschwitz. Raport skrupulatny, ciekawy, pokazujący codziennie życie więźniów - tak, to była ta ciekawsza część książki! Momentami raport... humorystyczny? Na przykład, gdy Pilecki oświadcza znajomemu w Auschwitz, że decyduje się na ucieczkę, na co ten reaguje: hola hola, stary, ty myślisz, że możesz sobie po prostu tak wyjść? Na co Pilecki, że w sumie sam zdecydował, że tam się znalazł, to i sam zdecyduje, kiedy wyjść.

Obywatel Stuhr. Z Jerzym i Maciejem rozmawia Ewa Winnicka, J. Stuhr, E. Winnicka, M. Stuhr
*******
O rodzinie taki wywiad. I o filmie "Obywatel", którego nie widziałam. Anegdoty w planu i scenariusz.

Tajemnice Windsorów, M. Rybarczyk
******
Na pewno było w tej książce kilka rzeczy, których nie wiedziałam i byłam nimi zaskoczona. Na pewno to była fajna lekcja historii brytyjskiej rodziny królewskiej. Ale chyba jeszcze poszukam czegoś ciekawszego w tym temacie.

Tak sobie myślę, J. Stuhr
*******
Lubię bardzo postać pana J. Stuhra i z przyjemnością przeczytałam. Książka w formie dziennika. Dużo komentarzy na temat sytuacji w kraju. Trochę wspomnień dawnego studenckiego Krakowa (to już nie ten klimat chyba :/). Sporo uwag o aktorstwie - czuje się, że w wykonaniu pana Stuhra to sztuka, rzeczywiste, świadome przeradzanie się w wymyśloną postać, a nie recytowanie tekstów i robienie min.

Książki o innych krajach i kulturach

Biała Masajka, C. Hofmann
*****
Opowieść o kobiecie, która zakochała się w Masaju i postanowiła zostać jego żoną. Książka bardzo ciekawa, zdaje się, że na faktach, ale... nie mogłam znieść naiwności tej kobiety i jej usilnych prób podporządkowania tego świata, w jakim się znalazła swoim regułom i temu, jakby chciała go widzieć.

Gringo wśród dzikich plemion, W. Cejrowski
*******
Uwielbiam niesamowity styl opowiadania o innych światach przez pana Cejrowskiego. Książka utrzymana w podobnym tonie - dużo informacji i dużo charakterystycznego humoru.

Heban, R. Kapuściński
*********
O, jakie to było dobre! Myślę sobie - phi, reportaż! Co może mnie zaskoczyć? I jak można osiągnąć w tym mistrzostwo, co ponoć udało się Kapuścińskiemu? I to było tak dobre! Poza opisem samego pobytu w Afryce autor opisuje specyfikę tego kontynentu i mentalność ludzi. Było tam tyle spostrzeżeń, na które nigdy nie bym nie wpadła! Na przykład, co może być jednym ze źródeł zacofania cywilizacyjnego Afryki. Może to, że w mentalności Afrykańczyków to, co obce, pochodzące od białego z zasady jest gorsze i trudno jest przekonać Afrykańczyków do wynalazków - nie tylko materialnych - białych ludzi. Europejczycy na przestrzeni wieków podpatrywali inne kultury i korzystali z ich zdobyczy (Wschodu, Dalekiego Wschodu), sprawdzali, co może być lepsze niż ich rodzime pomysły. Trochę to na czasie patrząc na to, jak teraz cywilizacja zachodnia nosi głowę wyżej niż inni i się zamyka na to, co z zewnątrz.

Swoją drogą, T. Michniewicz
********
To jest ulubiony autor mojej współlokatorki i to ona podsuwa mi książki jego autorstwa - choć to nie tylko książki. To albumy pięknych zdjęć z ciekawym tekstem! O co w książce chodzi - muszę zacytować: "Wszyscy troje usłyszeli taką samą propozycję: Zabiorę cię w dowolne miejsce na świecie. Pod jednym warunkiem – decyzję, dokąd chcesz lecieć i po co, musisz podjąć już, w tej chwili. Więc gdzie chciałbyś teraz być?”. Bardzo, bardzo, bardzo ciekawy jest fragment o świecie ortodoksyjnego islamu, a zwłaszcza o kobietach w nim! Mówi o tym, że tak - kobiety mają wiele ograniczeń w tym świecie. Ale po pierwsze - są one dla nich czymś normalnym, czymś, do czego przywykły (nie mam tu na myśli rzeczy turboekstremalnych, wiadomo). A po drugie - będąc po opieką mężów, nie martwią się o wiele rzeczy, o które martwią się kobiety Zachodu - praca, bieganina. Jedno z bardzo ciekawych spostrzeżeń książki. Dwie pozostałe lokalizacje to Afryka dzika i amerykańska kolebka jazzu i bluesa - Orlean.

Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej, B. Demick
**********
Bardzo interesuje mnie tematyka Korei Północnej, a nie ma za wiele literatury i w ogóle informacji w tym temacie. Ta książka zdecydowanie zaspokoiła mój apetyt! Długa opowieść o życiu kilku uciekinierów z tego surrealistycznego państwa i ich życiu najzupełniej codziennym, daleko od stolicy. Polecam gorąco!

Książki o historii

Cynkowi chłopcy, S. Aleksijewicz
*********
Uwielbiam reportaże tej autorki - noblistki! Ten jest o młodych mężczyznach ze Związku Radzieckiego, którzy brali udział w wojnie w Afganistanie. Wojnie, której do końca nie rozumieli, która wydawała się bez sensu, nie przyniosła bohaterstwa jakiego oczekiwano, bo nie była to walka o własny kraj, a wojnie, która przyniosła im śmierć, kalectwo i traumy.

Historia Rosji. Tom I, L. Bazylow
*******
Ok, każdy jest trochę stuknięty. Ja czytam książkę o historii Rosji :D Wiecie, że rdzennym sercem Rosji nie była Moskwa, a Kijów? Książka wyczerpuje temat, ale i wyczerpała trochę mnie - przed drugim tomem muszę odpocząć :)

Mała Zagłada, A. Janko
*******
Myślałam, że to będzie książka ogólnie o dzieciach w trakcie wojny, a to była historia konkretnej wsi i konkretnych dzieci, które zostały osierocone po akcji Niemców. Poza samą historią ładnie zarysowane było to, jak trauma z dzieciństwa ciągnęła się za bohaterami w późniejszym czasie, nawet już w życiu dorosłym.

Polska Piastów, P. Jasienica
*******
Tak tak, no serio każdy jest trochę stuknięty. Ja czytam o historii Polski :D Sięgnęłam po tę książkę po filmiku o jej autorze na YouTube z kanału Historia bez cenzury. Że niby z lekkością opowiada o historii. I istotnie, prawda! Są momenty mniej interesujące i bardziej zawiłe, ale generalnie - czytało się to jak ciekawą opowieść. Bardzo spodobał mi się początek, gdzie autor pokazując fakty, osiągnięcia cywilizacyjne ziem polskich, dowodzi, że nasza państwowość była już całkiem-całkiem rozwinięta nawet przed chrztem. Jak ktoś też jest stuknięty - polecam!

Wszystkie wojny Lary, W. Jagielski
*********
Świetna książka. Tyle spostrzeżeń, wniosków, na które bym nie wpadła. Koncentruje się na historii Czeczenii - wyjaśnia, skąd wzięły się problemy w tym regionie (a o czym - wstyd się przyznać - nie wiedziałam nic). I ładnie łączy się z tym, z czym mamy do czynienia teraz - problemem radykalizującego się islamu i Syrii.

Książki z historią w tle

Służące, K. Stockett
******
Historia o czarnoskórych kobietach służących w domach białych rodzin w Stanach Zjednoczonych. Nie rzuciło mnie to na kolana, ale przeczytałam z pewną przyjemnością :)

Światło, którego nie widać, A. Doerr
********
Książka, w której przeplata się kilka historii, które potem razem się łączą i to w niewymuszony sposób. I historia w tle!

Tańcząc z wrogiem, P. Glaser
*******
Książka, napisana przez bratanka głównej bohaterki. Ta jest kobietą, której udało się przetrwać wojnę i wykorzystała do tego swoją umiejętność - taniec.

Ulica tysiąca kwiatów, G. Tsukiyama
*******
Akcja książki dzieje się w Japonii, w czasach od wojny do lat 60, w obrębie rodziny japońskiej, którą dotykają wydarzenia historyczne.

Książki, których nie tykam, a coś mnie tknęło
...a ja nie czytam poradników, książek psychologicznych i harlequinów. Resztę wszystko biorę jak leci :)

Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu, R. Brett
*******
To jest klasyczny przykład typu książek, których nie lubię i to nawet widać w tytule. Ale myślę, że przeczytałam ją w dobrym momencie życia - gdy zaczęłam wierzyć w psychologię i sama poddawać się praktykom psychologicznym (pod okiem specjalisty - rzecz jasna!). Było w tej książce tyle rzeczy, które kiedyś po prostu bym przeczytała i nawet nie zwróciła na nie uwagi, uznając za psychologiczny bełkot, a tutaj pomyślałam kilka razy: "Tak! Tak miałam! Ale już to wiem!". I mój ulubiony fragment tej książki - o tym, jak zacząć pisać. Bo autorka marzyła by pisać. Fragment z wymienieniem wszystkich warunków, których NIE TRZEBA spełniać, by zacząć.

Bóg w wielkim mieście, K. Olubińska
******
Książka, którą dostałam od mojej współlokatorki z okazji... załamania. Chyba ku pokrzepieniu serca. W środku - rozmowy z różnymi znanymi osobami, które deklarują się jako osoby kierujące się wiarą w życiu. W ramach spoilera mogę zdradzić motyw, który przewijał się często w tych rozmowach - zaufania i zawierzenia w Opatrzność. Takie: Panie Boże, działaj, ja ufam. Albo może ja szczególnie zwróciłam uwagę na ten wątek, bo mi trudno zawierzyć tej Opatrzności, czy - jak kto woli - opatrzności, losowi, siłom natury czy jak to tam zwał. Ja to lubię wsadzić wszędzie swoje paluchy i kombinować. Ale może napiszę kiedyś o tym post. Ocenę dałam średnią, bo ja to nie lubię takich książek. Może ja nie wszystko w takich książkach rozumiem, ale sporo w nich takiego czczego gadania, blablabla, trzymajmy się za rączki, tekstów jak z kolorowych gazetek dla kur domowych, bądź sobą, ale się zmieniaj, bądź przyjaciółką przyjaciółki. A, i dzięki tej książce poznałam Wojciecha Modesta Amaro, dla którego obejrzałam na moim bezrobociu wszystkie odcinki Hell's Kitchen. Programu, z którego zrezygnował zdaje się właśnie ze względu na wartości, do jakich się zwrócił w pewnym momencie życia. Oj, od początku wiedziałam, że on tak na serio to nie umie się tak pieklić <3

Dasz radę. Ostatnia rozmowa, J. Podsadecka, J. Kaczkowski
*******
Tego typu książek raczej nie tykam, ale akurat postać księdza Kaczkowskiego bardzo lubię. Wiadomo, ogromna motywacja, pasja, pozytywna energia itd. Styl bycia i wypowiadania się, który mógł się przebić w teraźniejszym świecie, ale jednocześnie nieodchodzenie nawet na krok od zasad religijnych, co raczej nie jest popularne.

Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika, S. King
*********
Sporo tknęłam w tym roku tego, co niby nie tykam. Byłam ciekawa, jak można napisać poradnik pisania. I czy coś można z tego wyciągnąć. Można!

Serie książek

SERIA: CYKL TUDOROWSKI
Wieczna księżniczka, P. Gregory
*******
Bardzo upodobałam sobie książki o księżniczkach i królowych. Po Marii Antoninie i carycy Katarzynie przyszedł czas na Katarzynę Aragońską.

SERIA: FRANCIS URQUHART 
House of Cards. Bezwględna walka o władzę, M. Dobbs
********
Książka, która zainspirowała do stworzenia serialu, z tym, że - jeśli dobrze się orientuję - akcja serialu dzieje się w USA, a książki - w Wielkiej Brytanii. O, zaiste - bohater cechuje się bezwzględnością. A zakończenie jest mocne i jak dla mnie niespodziewane - sięgnę po dalszą część.

SERIA: HARDA
Harda, E. Cherezińska
********
To była jedna z moich ulubionych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Opowiada o początkach polskiej państwowości - historii Mieszka I i jego dzieci - Bolesława Chrobrego i tytułowej Hardej - Świętosławy. Historia tej drugiej była w książce zarysowana tak nieprawdopodobnie, że musiałam zweryfikować, co było faktem, a co tym, co na podstawie historii domalowała autorka. A więc Świętosława, córka Mieszka I - władcy dopiero co narodzonego państewka, na wpół jeszcze pogańskiego, została rzeczywiście królową Szwecji i Danii (jako Sygryda Storrada). Wow, nie? Biorę się za resztę książek sagi! I widziałam na mieście plakaty z nową książką autorki!

SERIA: HARRY POTTER
Harry Potter i Przeklęte Dziecko, J.K. Rowling, J. Thorne, J. Tiffany
******
Jako przedstawicielka pokolenia Harry'ego Pottera - musiałam to dorwać! Zacznijmy od tego, że to nie epika, a dramat. Więc już czytało się mniej chętnie niż pozostałe książki serii. Trochę nie przekonała mnie sama historia. Ale cudownie znów było przenieść się w ten świat <3

SERIA: MARIA ANTONINA
Maria Antonina. Z pałacu na szafot, J. Grey
*******
Ostatnia część serii. Przypieczętowała moje zdanie o tym, że to jedna z moich ulubionych serii książek. O pozostałych książkach - klik!

SERIA: NIEZGODNA
Niezgodna, V. Roth
********
Zbuntowana, V. Roth
*******
Wierna, V. Roth
****
Tak, jak miałam podejrzenie, czytając zapowiedź serii (o niej w poprzednim poście), jak i oglądając film - to jest MOCNO inspirowane "Igrzyskami śmierci". Trudno powiedzieć, czy lepsze czy gorsze. Generalnie podobało mi się, choć widzę, że z każdą książką coraz mniej. Zdaje się, że zakończenie serii było dla mnie niezrozumiałe.

SERIA: PIEŚŃ LODU I OGNIA
Nawałnica mieczy #1: Stal i śnieg, G.R.R. Martin
*******
To już trzecia część tej słynnej "Gry o tron", którą najpierw postanowiłam przeczytać, a potem obejrzeć (na razie unikam ze strachu, że mnie wciągnie). Ale coraz bardziej nabieram ochoty na oglądanie... O pozostałych książkach z serii w tym poście: klik!

SERIA: PROFESOROWA SZCZUPACZYŃSKA ZOFIA
Tajemnica Domu Helclów, J. Dehnel, P. Tarczyński, M. Szymiczkowa 
********
To było tak lekkie i tak urocze, i tak zabawne! Lekki kryminał z akcją dziejącą się w XIX-wiecznym Krakowie (dowiedziałam się, czym był lub nawet jest tytułowy budynek, który tyle razy mijałam i mnie ciekawił!) ze świetną postacią wścibskiej pani Szczupaczyńskiej. Na pewno sięgnę po kolejną książkę!

SERIA: SAGA O LUDZIACH LODU
Zauroczenie, M. Sandermo
*****
Ta książka podobała mi się tak bardzo, że... na pewno NIE sięgnę po kolejne części.

SERIA: STULECIE CHIRURGÓW
Stulecie chirurgów, J. Thorwald
*********
To jedna z najciekawszych książek, jakie przeczytałam w tym roku! Autor wskazuje w niej początki chirurgii - od operacji wyrostka robaczkowego (robionej kiedyś na żywca lub... w ogóle) poprzez początki narkozy (i bardzo nieufne podejście do niej lekarzy) aż po odkrycie, że higiena w pracy lekarza może ratować życie (pokazanie irracjonalnej obecnie początkowej niechęci lekarzy do mycia rąk). Bardzo ciekawa książka! Każdy rozdział to inne zagadnienie, o którym można dowiedzieć się bardzo interesujących rzeczy. Ja się na przykład dowiedziałam, że sto lat temu mając atak wyrostka robaczkowego w wieku 4 lat - już bym nie żyła. Tylko sto lat temu!

SERIA: STULECIE WINNYCH
Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli, A. Grabowska
********
Napiszę najpierw coś, co ktoś powinien mi powiedzieć zanim wezmę się za tę książkę - Winni to nazwisko :D Lubię sagi rodzinne, a jeszcze jak z historią w tle to już w ogóle, a jeszcze jak bohaterkami są kobiety to już w ogóle, w ogóle! Wkrótce sięgnę po kolejną książkę :)

SERIA: TEODOR SZACKI
Uwikłanie, Z. Miłoszewski
******
Taki to kryminał. O zabójstwie uczestnika terapii grupowej. Chyba mi się podobało, choć umiarkowanie.

SERIA: TRYLOGIA WOJENNA
Stąd do wieczności, J. Jones
******
Ta książka kojarzy mi się z samolotem - bo tam ją czytałam :) Bardzo męska książka o realiach w wojsku. Dużo ciekawych przemyśleń. Z punktu widzenia kobiety trochę rzucała mi się w oczy kwestia potrzeb mężczyzn w wojsku i zaspokajania ich w burdelach - jakby to była każda inna zwykła potrzeba fizjologiczna. Czytałam bez świadomości tego, że są dalsze części. Chyba sięgnę po kolejną


Inne, inne, inne


Ewangelia Judasza, S. Mawer
****
Chyba serio musiała mi się nie podobać, skoro w ogóle jej nie pamiętam...

Historia pszczół, M. Lunde
********
Chyba nie jestem jedyną osobą, która widząc tytuł pomyślała sobie: yyy, co? A czytając etykietkę "bestseller" pomyślała sobie: yyyyyy, co?? A czytając opis "Trzy intrygujące historie, zwyczajni, a jednak niezwykli bohaterowie, pszczoły i walka o przyszłość naszej cywilizacji" pomyślała sobie: yyyyyyyyy, co??? Ale potem bardzo mnie wciągnęła ta książka i była bardzo sprytnie napisana. To trzy historie z trzech różnych punktów w czasie, w których ważnymi bohaterami są pszczoły. Mi najbardziej przypadła do gustu historia sięgająca w przyszłość - do Chin za 100 lat. Bardzo pouczająca historia, otwierająca oczka, bo pokazująca, jak może zmienić się waga czegoś niepozornego, czego obecność jest tak oczywista, gdy tego stopniowo zacznie brakować.

Szczygieł, D. Tartt
***
Myślałam, że ta książka nigdy się nie skończy... Jest turbogruba, a historii i esencji starczyłoby na jedną czwartą z tego. Jakby wywalić bezsensowne opisy i powtarzające się sytuacje. I padłam ofiarą tego, że nie umiem znieść psychicznie tego, by książki nie skończyć - nawet, jak jest kiepska.

Śnieg, O. Pamuk
*******
Pamiętam, jak moja kuzynka dostała tę książkę pod choinkę - wtedy, gdy O. Pamuk dostał za nią Nobla. Powiedziałam sobie, że muszę przeczytać to kiedyś, żeby wiedzieć, za co można dostać Nobla :)

Trafny wybór, J.K. Rowling
*******
Tak, to ta Rowling! Kobieta ma na pewno talent do tworzenia świata z dużą liczbą postaci, z których każda ma swój charakter, a mimo wielości wątków - dobrze się książkę czyta.

W sumie: 49 książek. To prawie książka na tydzień! :) Które z nich przeczytaliście? Może macie mi coś do polecenia? :)

Happy End

Moją ulubioną formą spożywania jabłek jest cydr.

sobota, 29 lipca 2017

And even when I’m walking straight I always end up in a perfect circle

Wróciłam. Nie wiem, na jak długo. Na pewno na długość co najmniej jednego wpisu.

Jakbym miała określić swoje współrzędne geograficzne to jestem w tym samym miejscu, co dokładnie rok temu i robię dokładnie to samo. Z tym, że mam jedno rozczarowanie sercowe więcej (czyli tych już jest w sumie sztuk 3 - jakby ktoś nie prowadził na bieżąco rachunkowości - choć o różnej wadze) i jedną pracę mniej (a rok temu miałam prac sztuk 1, więc jeśli ktoś przeszedł z pierwszej do drugiej klasy podstawówki nawet bez świadectwa z paskiem i ma dwa styki w mózgu to już wie, że nie mam w ogóle pracy, nawet tej, a zwłaszcza tej, którą tak bardzo lubiłam). Mam poza tym jeszcze przynajmniej dwa strachy więcej, ale za to jeden zbiór ideałów i przynajmniej trzy cele życiowe mniej (wartości zostały urealnione). Nadal jest aktualne to, że chcę kiedyś pojechać do Rosji. Wynajmuję komnatę w Mojej Willi i śpię z pięcioma pluszowymi świnkami - dwie duże i trzy małe, wszystkie z pochodzenia ikeanki.

Próbuję dzisiaj pobyć sama ze sobą. Me, myself and I, które zamieniło mi się na Me, My song and Katie.

Trudności w byciu samą ze sobą są w moim przypadku dwie.

Po primo.

Strasznie trudno jest się zebrać na wyjście na spotkanie samej ze sobą. Wiedząc, że to spotkanie będzie teraz niespecjalnie radosne, a nikt nie lubi płakać. Nikt by nie chciał kłaść się spać z tym: klik! - tak bym siebie teraz zwizualizowała - a ja muszę (i biedne pluszowe świnki z IKEA!). A to dziadostwo najbardziej aktywne jest w nocy (i w drodze ze sklepu i w środkach transportu - taka ciekawostka). Wiedząc, że jak to otworzę, to ten "whole mess of crap comes out", zaczytuję się lub zaogląduję w internecie na śmierć, by kładąc się spać być na tyle zmęczoną, by ignorować elektryczne buczenie jądra ciemności i szybko zasnąć, bez tykania tykającej bomby. Paradoksalnie zatem trudno jest się nie zmęczyć. Trudno jest położyć się do łóżka z nadmiarem energii na przyglądanie się temu crapowi, babranie się w nim i poddawanie go flotacji.

Po secundo.

Jak już się wyjdzie na spotkanie samej ze sobą, to trudno mi na nim usiedzieć bez statystów i rekwizytów. Rekwizytów w postaci komputera, telefonu, filmiku, facebooka, zadania do wykonania jak na przykład sprzątanie (choć to akurat powinnam zrobić...), czegokolwiek, co odwraca uwagę. Co uwagę rozszczepia. I statystów - ludzi w internecie, schowanych za instragramem czy snapchatem, którzy mogą odnotować, jakiej słucham piosenki, bo wrzuciłam w internety od siebie (bo depresyjnych wpisów na facebooku nie wstawiam, ale piosenka to co innego, może ktoś się domyśli, jak mi źle...). Albo wyimaginowanych ludzi, rozmówców, kogoś, kogo mogłabym ironicznie zapytać w twarz: "No, dlaczego ja??" i kto by mi współczuł, i się mną zaopiekował.

A to ja się muszę sobą zaopiekować. Nad sobą pochylić i siebie wysłuchać. To mój czas.

Wstawiam kawałek z Mojej Piosenki na Dziś. To jeden z tych, przy słuchaniu którego myślę sobie: "Jak autor tekstu wlazł do mojej głowy i czemu nawet tego nie poczułam??".

"Why am I fighting, what’s it for,
Must let my mask drop to the floor.
My scars I shouldn’t hide from the people who are on my side,
Rolling up my sleeves to fight against,
All the things I locked up and all the things I fenced.
But it’s time to let it out so we can build a brand new castle."

Happy End

Wydałam ostatnio jakieś nienormalne pieniądze na ciuchy. Następny wydatek w kolejce - nowa szafa!