środa, 16 sierpnia 2017

Wtedy chętnie słucha człowiek morskich opowieści - cz. III

To ostatni odcinek moich morskich opowieści!

W poprzednich odcinkach odwiedziłam przy pomocy bloga drugi raz Gdańsk oraz Malbork, Elbląg, Sopot i Gdynię. Pozostała część tygodniowego wypoczynku, po eskapadach tu i ówdzie, poświęcona została na wypoczynek właściwy, czyli docelowo leżenie jako wieloryb i popijanie Warki Radler (to jest moje plażowe piwo - wezmę każde miliony za zrobienie marce wiarygodnej reklamy!) w promieniach letniego słońca.

Jak wiadomo, polskie wybrzeże ma charakterek i jest nieco kapryśne, ale konkurs na "kto wejdzie głębiej w lodowatą wodę i nie umrze" też można uznać za atrakcję :)

Na wypoczynek właściwy upatrzyliśmy sobie Chłapowo - miejscowość tuż obok Władysławowa. Z Gdańska pojechaliśmy pociągiem do Władysławowa, by stamtąd zielonym autobusem podjechać do Chłapowa (choć tą drogę można spokojnie przejść też pieszo - choć raczej nie z walizką). Na mini-dworcu autobusowym we Władysławowie spotkaliśmy się z autobusem na Hel o wymownym numerze ;)


Ugościła nas Willa Visitor, gdzie za 30 zł za noc od osoby (przynajmniej we wrześniu) mieliśmy przyjemny pokoik z telewizornią i dostępem do lodówki. Na plażę szło się prosto, więc nie szło się zgubić, a po drodze był i bar z jedzonkiem, i miejsca do mojej ulubionej gry (klik!), na której straciłam więcej pieniędzy niż na gofry :)

Plaża w Chłapowie spełniła wszystkie funkcje plaży nad polskim morzem. Był piasek, było dobre dojście do morza, były parawany (ale w dość znośnej ilości - w ogóle nie doświadczyłam tych legendarnych tłumów), nie było upalnej pogody :D Na plażę schodzi się po dość długich i stromych schodkach - ale cóż to za problem dla gibkiej Ja bez Imienia! :)


Z Chłapowa można podejść sobie z jednej strony właśnie do Władysławowa, także plażą :) Po drodze mija się Ośrodek Przygotowań Olimpijskich Cetniewo, a niedaleko niego - aleję sportowych sław. Była i gwiazda mojego ulubionego sportowca - Jednego z Moich Czterech Mężów, Którzy Mnie Nie Znają :)


W drugą stronę od Chłapowa można dotuptać (ale i dojechać) do Jastrzębiej Góry - najbardziej wysuniętej na północ miejscowości w Polsce, o czym informuje średnio urokliwy znak.


Mogę z czystym sercem polecić taką to wycieczkę i pozwalam za zżynanie z jej planu pełnymi garściami! :) Polskie morze piękne jest, a Gdańsk stał się moim drugim - po Królewskim Mieście - ulubionym miastem w naszym prawym i sprawiedliwym kraju :)

Od tej właśnie wyprawy moja odpowiedź na pytanie "Morze czy góry?" nie jest już taka oczywista...


Do pozostałych dwóch części moich morskich opowieści zapraszam tutaj:
Link do części I: klik!
Link do części II - klik!

Happy End

Dzwoniła Mama. Twierdzi, że naprawiłam zmywarkę w domu o.O Bo włożyłam talerze w inny sposób niż ona i od tej pory czerwona lampka przestała się świecić na ów pralce do naczyń.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Wtedy chętnie słucha człowiek morskich opowieści - cz. II

Postanowiłam dokończyć moją morską opowieść, którą zaczęłam... prawie półtora roku temu (klik!) A która właściwie wydarzyła się dwa lata temu. I która już mocna jest zdezaktualizowana, bo towarzysz wycieczki nie jest już moim towarzyszem. Ale z tego co się orientuję, Polska ma nadal dostęp do Bałtyku, a zamku w Malborku nikt jeszcze nie odbił ani nie przerobił na hotel, więc właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, by opowieść płynęła dalej :)

Zakończyłam właściwie na wstępie, bo opowiedziałam jedynie o stolicy Pomorza - Gdańsku. A właściwie to przepiękne miasto było dla nas także bazą wypadową w inne miejsca.

Zapowiedziałam przed wyjazdem - ok, pojadę nad polskie morze, gdzie jest nudno (o, głupia ja...), żeby już mieć odhaczone zobaczenie jakiegokolwiek morza (w wieku 24 lat!), ale chcę w zamian dostać zamek!

Malbork

Zamek w Malborku. Pojechaliśmy pociągiem - Regio, więc za grosze. Zamek ogromny, w mieście trudno go i się zgubić, miasto całkiem urokliwe - pamiętam deptak, na którym za pomnikiem króla Kazimierza Jagiellończyka na koniu rozłożyły się urokliwe stragany w stylu takim, że szukać by można handlującego kątem Stanisława Wokulskiego.

W poprzednim wcieleniu musiałam być księżniczką, skoro tak mnie ciągnie do zamków i pałaców. I ten w Malborku moim zdaniem ma sporo do zaoferowania - nie tylko potencjalnemu mieszkańcowi (taki metraż!), ale i turystom. Warto moim zdaniem szarpnąć się na bilet i pochodzić po komnatach. Zdecydowaliśmy się na audioprzewodnik - nie ograniczał nas timing przewodnika, a wszystko, co nas interesowało, można było zgłębiać do woli.


Zamek wprowadza naprawdę w doniosły, mroczny, średniowieczny klimat. Zwłaszcza przejście długim korytarzem do oddalonej wieży, która... pełniła funkcję kibelka.


A na dziedzińcu spotkałam przyjaciółkę - panią Kozę. A kozy są prześmieszne i mają osobowość! Ktoś wie, czy jeszcze tam mieszka? I czy można jeszcze odwiedzić?


Pytam, bo ze względu na prace konserwatorskie, część zamku była wyłączona ze zwiedzania i właściwie - chętnie bym tam powróciła. Jeśli remont już zakończony. Ktoś też się orientuje może?

Elbląg

Jako, że ja miałam życzenie odnośnie wyprawy nad polskie morze, tak i towarzyszący mi Pan M. w ramach równouprawnienia też miał. Jego było przejechać się... statkiem po trawie.

Takie atrakcje - w Elblągu, do którego wyjechaliśmy o jakiejś nieprzystojnej porze autobusem... PKS Tarnobrzeg. Jeśli ktoś nie zaczaił, po cóż ten budujący napięcie wielokropek nadmienię, że Tarnobrzeg leży na Podkarpaciu, jakąś godzinę drogi od mojej rodzinnej wioski Hen-Hen. A skorzystałam z usług transportowych tego miasta na drugim krańcu Polski :)

Rejs statkiem po trawie to trwające prawie 5 h przepłynięcie z Elbląga do Buczyńca takim wyjątkowym statkiem, który między warmińskimi kanałami (czy tam odcinkami kanałów) przeciągany jest po trawie na specjalnych pochylniach.


Statek płynie przez bogate przyrodniczo tereny - wkoło są trawy, pola, ptaki i woda. Moim ulubionym momentem było przeprawienie się przez jezioro, na którym pływały nenufary.


Jak wspomniałam - rejs trwa długo. Jest nieprzyzwoicie drogi (ponad 100 zł). Przeprawia się człowieków wprawdzie przez piękne, nieskażone ręką człowieka tereny, ale po czasie zachwycanie i natychanie się wartościami przyrodniczymi robi się trochę nudne. Przyznaję, że ja umiarkowanie polecam.

Sopot

Po eskapadach w inne części województwa, a nawet poza nie, przyszedł czas na bliższe spotkanie z pozostałymi dwiema nogami Trójmiasta.

Sopot nie rzucił mnie na kolana. Pamiętam z tego miasteczka jarmarcznokomercyjny deptak prowadzący do chyba jedynej atrakcji - mola oraz wspaniale symetryczny hotel z fontanną. Właściwie to miasto zaspokoiło w wielu wymiarach moją niewytłumaczalną potrzebę symetrii. Molo ok, choć właściwie molo w innym miejscu w Trójmieście (już teraz nie pamiętam gdzie, mógł to być Gdańsk...) podobało mi się nawet bardziej. Ale odhaczyłam - moje zwiedzanie Trójmiasta nie było więc kulawe!


Gdynia

A potem poznałam moje chyba ulubione miasto z tej całej trójcy świętej - Gdynię. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego, ale to miasto urzekło mnie bardzo bardzo. I nie wiem, dlaczego potraktowało mnie tak okrutnie, bo akurat tam zepsuła się pogoda...

Wizytę w Gdyni zaczęliśmy od Centrum Nauki EXPERYMENT, które miało być bratem nieodwiedzonego jeszcze przeze mnie warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. Myślę, że miejsce rzeczywiście ciekawe, jednak mam stamtąd raczej średnie wspomnienia i poczucie niewykorzystanego potencjału. Owszem, eksponaty ciekawe, ale były też takie, które nie działały i nikt nie dopilnował, by je naprawić. A po drugie - MILION dzieciorów! Mnóstwo. Krzyczących, rozpychających się i niespecjalnie grzecznych. A nade wszystko - nieupilnowanych. A dorosłemu człowiekowi nie przystało bić się o jakieś stanowisko do eksperymentu z dzieciakiem. Ja bez Imienia było smutno, że nie mogła wykorzystać do końca potencjału miejsca...

W Gdyni obejrzeliśmy poza tym nabrzeże, gdzie stały statki - słynne Dar Pomorza i ORP Błyskawica. Lubię statki!

Zdecydowaliśmy się zażyć trochę morza i wybraliśmy się na bardzo ciekawy rejs po porcie gdyńskim, gdzie można było zobaczyć statki, żurawie, kontenerowce, statki marynarki wojennej. Nie umiem teraz znaleźć ofert tych rejsów w Internetach - my sami zdecydowaliśmy się na niego spontanicznie, słysząc ofertę na brzegu. Kosztował jakieś naście złotych, ale myślę, że zdecydowanie warto!


I jak na złość, gdy schodziliśmy z pokładu, przyszedł okropny deszcz... Gdy my byliśmy ubrani najbardziej lekko jak dotychczas, a ja nawet miałam kapelusz i gdy planowaliśmy zobaczyć jeszcze ORP Błyskawica.

Gdynio, zmusiłaś mnie tym deszczem do odwiedzenia Cię jeszcze raz!

Tak też spędziliśmy pierwsze cztery dni naszego morskiego urlopu, stacjonując w Gdańsku. Potem przyszły przenosiny, ale o tym już w kolejnym poście :) Oby szybciej niż za rok!

A to jeszcze raz link do części I: klik!
I link do części III: klik!

Happy End

Ciekawostka! Panu M. tak bardzo spodobało się morze, że przeniósł się w tym roku do Gdańska! Ze swoją nową towarzyszką.

piątek, 11 sierpnia 2017

Z radiem na uszach i wartości swej / W pełni świadomy - świadomy, że hej!

Jak wspominałam już tu i tam, szukam nowego źródła funduszy na chleb i ciastka.

Ta zabawa w berka mojego konta bankowego z kontem bankowym mojego wymarzonego chlebodawcy trwa już dwa miesiące (z kawałkiem). W tym czasie zapytano mnie we wszystkich językach, jakie znam, jak sobie radzę w sytuacji stresu, multitaskingu, wrednego współpracownika i tsunami. Zostawiłam swoje odciski palców na niejednej klawiaturze, rozwiązując excelowskie szarady i wybierając wordowskie czcionki. Na każdej z rozmów pożaliłam się na życzenie, jak to mój ostatni chlebodawca musiał zrezygnować z takiego przodownika pracy jak ja z powodu problemów finansowych. Ot, taka rekrutacja.

W sumie mam czas, więc chciałabym się podzielić ciekawostkami z życia niestrudzonego poszukiwacza skarbu - tj. nowej superpracy (czuję się jak Indiana Jones w ołówkowej spódnicy w miejskiej dżungli!).

Najdziwniejsza rozmowa kwalifikacyjna, jaką miałam (do tej pory -.-), pozwoliła mi odczuć na własnym tyłku różnicę między sektorem publicznym i sektorem prywatnym. Jak wspomniałam, na wszystkich rozmowach we wszystkich firmach (przedsiębiorstwach! - kto zna różnicę?) samozwańczy mistrzowie HR nie mają litości w sprawdzaniu każdego mojego punktu w CV (kiedyś ktoś nawet zapytał mnie o moje zainteresowanie innymi kulturami - a ja się zapędziłam w odpowiedzi aż do wyznania, że chce pojechać kiedyś koleją transsyberyjską). Tymczasem w pewnej instytucji publicznej rozmowa kwalifikacyjna zaczęła się o 8:00 i zakończyła o 8:06. W tym krótkim czasie zapytano mnie jedynie o moje oczekiwania finansowe. Odpowiedziano o trudach i etosie pracy bezpośrednio dla dobra państwa i zapytano, czy chciałabym kiedyś przyjść na rozmowę z prezesem. Całej instytucji (ok, szło o szpital, to nie był ani sąd, gdzie może być prezes ani inna organizacja, gdzie prezes, a zwłaszcza Ten Prezes, urzęduje). Widocznie inteligencją aż biję po oczach, a spojrzenie na moje dłonie pozwala odgadnąć, że Excel to aż pali mi się pod palcami.

Innym razem pan na rozmowie zrobił mi test wiedzy o świecie, zadając nie kilka, a kilkanaście pytań typu: co jest walutą Indii?, ile państw jest w Unii Europejskiej?, proszę wymienić 3 Emiraty Arabskie, jak się nazywa prezydent Czech?, ile leci samolot z Warszawy do Nowego Yorku? (wtf...), czy kupując coś w Szwajcarii zapłacimy cło? Na koniec pan skonkludował, że mam trudne do nadrobienia braki w wiedzy o świecie, łatwiejsze do nadrobienia, choć ma wątpliwości, czy w krótkim czasie w wiedzy merytorycznej, no i w sumie niewiadomo, czy poradzę sobie z pisaniem długich raportów (co z tego, że tworzyła prezentacje zawierające po 200 slajdów -.-). Pan zaproponował umowę o dzieło na wstęp, by sprawdzić, czy w ogóle UDŹWIGNĘ pracę, jaką mi proponuje. Ja stwierdziłam, że w sumie to nie udźwignę pracy z kimś, kto oczekuje gotowego materiału na pracownika i nie zostawia przestrzeni dla jego rozwoju i nauki. I nie zauważa czegoś, co ja - jako wytrawny konsultant! - na wstępie zdiagnozowałam jako element zagrażający sukcesowi jego przedsiębiorstwa. Pan rzekł, że ma zamiar zatrudnić w tym roku z 5 osób. A zespół ma jakieś naście osób. Coś mi tu śmierdzi duża rotacją - nie bez powodu zapewne...

Oczywiście na wspomnianej rozmowie musiałam strzelić swoją gafę, wiadomo, odpowiadając, że walutą Indii jest drahma. A to dawna waluta Grecji xD Na moją obronę mój znajomy, zapytany przeze mnie wyrywkowo, czym jest drahma według niego, bez wahania odpowiedział: "waluta Indii!" xD

Ostatnio byłam na rozmowie, gdzie sprawdzał mnie cały potencjalny przyszły zespół. Jakieś 7 osób. I ja. Która strzeliła sobie w stopę na koniec, mówiąc na informacje o firmowych turniejach piłkarzyków, że ja jestem beznadziejna w piłkarzyki. I po co te pieniądze wydane na kurs rosyjskiego - trzeba było uczyć się gier biurowych!

Wczoraj dostałam zaproszenie na kolejną rozmowę. Zgodnie ze zwyczajami rekrutacji, dostałam po niej maila z datą spotkania, godziną, wskazówkami dojazdu, blablabla, podpisane przez panią, której nazwisko wywołało u mnie: "Ej, Siostra, patrz, jakie dziwne nazwisko!". Bo pierwsze nazwisko naszej prezydentowej to przy tym pikuś. Chichy się skończyły, gdy doczytałem maila lepiej i na końcu zdanie, które brzmi jak absurdalny żart: "W recepcji proszę się powołać na moje nazwisko"...... To chyba pierwszy etap rekrutacji :D

Dwa razy otarłam się o umowę o pracę.

Raz, gdy po wielu etapach rekrutacji, naprawdę wielu i feedbacku, jakie to mam ponadprzeciętne zdolności analityczne, jak pięknie napisałam tekst po angielsku i rozwaliłam zadanie w Excelu, belgijska menadżerka po rozmowie ze mną stwierdziła, że mój sprawdzany wcześniej 3 razy poziom angielskiego jest zbyt niski. I co z tego, że angielski nadrabia się szybciej w międzynarodowym środowisku niż umiejętności ujarzmiania Excela...

Innym razem pół dnia spędziłam na realizowaniu szalenie ciekawego zadania rekrutacyjnego, będącego przedostatnim - bo przed rozmową z tym razem czeskim menadżerem - etapem rekrutacji, by dzień przed rozmową otrzymać maila, że rekrutacja z przyczyn organizacyjnych zostaje zawieszona...

Sporo doświadczeń. Odwiedziłam krakowski Mordor, gdzie pomiędzy korpoklatkami biegają informatycy (z daleka poznać można informatyka :)). Rozwaliłam sobie rajstopy dopiero co siadając do rozmowy - zgodnie z zasadą, że żywotność rajstop to maksymalnie 15 minut. Wyjechałam nawet na drugą strefę biletową Królewskiego Miasta. I byłam w urzędzie pracy!

To był prawdziwy urząd! Ludzie siedzący w kolejce na pastelowych krzesełkach. Przerwa śniadaniowa między 10:15 a 10:45 (pół godziny!),  na którą idą panie ze wszystkich 3 stanowisk obsługujących jednocześnie - co jest zupełnie uzasadnione, bo smutno samemu pić kawę przecież. I te rozżalone głosy umęczonych służebnic systemu państwowego na korytarzach: "Agnisiu, mnie to już TAK boli gardło od tej klimatyzacji...".

Uch!

Na ten moment, nadal jestem na bezpłatnym urlopie. Kto ma wolne ręce - niech trzyma kciuki!

Happy End

Jak ktoś szuka miejsca, gdzie nie ma burzy, to na Podkarpaciu jeszcze nie ma!

czwartek, 10 sierpnia 2017

Jesteśmy wolni / Możemy iść

8. sierpnia zarządziłam zakończenie mojego One-year-long Happiness Embargo.

To nie pierwszy "koniec", "the end", "конец" - wcześniej w sylwestra deklarowałam wszem i wobec kończenie - jak to pożyczyłam od samej królowej Elżbiety - "annus horriblis". Ale właśnie dwa dni temu minął dokładnie rok odkąd Pan M. zebrał swoje układane w kostkę koszulki, swoje garnki do gotowania na parze i swoją pedantyczność i postanowił być niedojrzały gdzie indziej. A rok to chyba ten przepisowy czas na żałobę - potem już wypada chodzić w kolorowych szmatkach.

Zaplanowałam sobie zatem wskoczenie w kolorowe szmatki właśnie we wtorek. Dobrze się złożyło, bo akurat ostatnio ciepły powiew nadziei nadął moje pozszywane z gałganków żagle. Coś jest chyba w tym przepisowym roku żałoby!

Trochę się przestraszyłam rano... Bo obudziłam się po jakimś retrospektywnym śnie z postaciami z brodami lub bez, w humorze nieprzystającym do manifestowania przełomu życiowego. A wszak rewolucji się nie planuje. I trudno mi wypchnąć z głowy to zestawienie - bo mam umysł analityczny - jak ten 8. sierpnia wyglądał rok temu.

No ale zakończenie One-year-long Happiness Embargo nie oznacza, że teraz już w każdej minucie mego żywota będę tryskać energią, łamać z rozmachem smutki jak karate kid, a mój pot sprzedawać jako eliksir na migreny. To nieludzkie! Będę smutać i żalić czasem.

Koniec końców (nomen omen) jak na ten moment od wtorku dzieje się dobrze i dużo. Jako osoba chwilowo bezrobotna (powiedziałabym, że na przymusowym urlopie bezpłatnym o nieokreślonej długości) mogę pochwalić się całkiem długą listą czynności wykonanych w ciągu tych ostatnich dwóch dni.

Mianowicie.

Uzyskałam poczucie względnego poukładania odnośnie wieczoru panieńskiego, który zdaje się, że organizuję z 4 innymi druhnami (organizowanie czegoś bez lidera jest totalnie niezgodne z wszelkimi zasadami zarządzania projektami). Napisałam scenariusz zabaw na wspomniany wieczór panieński (nie na zasadzie w stylu Monica Geller - "Mamy się dobrze bawić za 15 minut!" tylko na zasadzie związania tych zasad w spójną całość połączoną motywem wiodącym), co dało mj poczucie tego, że nieźle u mnie z kreatywnością i może szukam pracy w niewłaściwej branży. Zrobiłam ze współlokatorką zupełnie ad hoc wieczór włoski we dwie (bo nie we dwoje), okraszony aromatyczną bruschettą (pisać to łatwiej jest niż mówić :D), szynką parmeńską za milion pieniędzy, pesto ze świeżej bazylii i winem z Biedry, tj. z Wenecji. Oddałam wcześniej wyselekcjonowane ubrania biednym ludziom. Pojechałam wydać trochę pieniędzy w IKEA, kupując mojej koleżance pluszową świnkę, odwiedzając fotel, który kiedyś zabiorę do domu i ustalając, że nie da się wyjść z tego sklepu bez świeczek. Co ciekawe - udało mi się kupić tylko te rzeczy, po które przyjechałam! (to jest heroizm XXI wieku - odpowiednik powrotu ze wszystkimi członkami z krucjaty w średniowieczu). Zorientowałam się, że nożyczki w moim pokoju są położone wreszcie w miejscu, które dla nich zaplanowałam (co sprawiło, że szukałam ich po całym pokoju, bo wydało mi się nieprawdopodobne, bym położyła je w miejscu, które dla nich przeznaczyłam). Spakowałam się w góry, łącznie z zabraniem apapu, plastrów na rany i nożyczek (czyli aktualnie nie są w ustalonym miejscu) - jestem coraz bardziej dorosła. Przygotowałam materiał, który ma uzupełnić obraz mojej skromnej osoby, jaki nakreśliłam na ostatniej rozmowę kwalifikacyjnej - i mam nadzieję, że referencje i fragmenty moich dotychczasowych analiz zmyją odczucie, że jestem wystraszoną dziewczynką, którą trochę przeraża wielkie biuro i 7 (!) rekruterów. Przyjechałam do domu.

I najbardziej mnie cieszy to, że cały ten ocean produktywności przepłynęłam nie po to, żeby się zmęczyć i nie mieć siły myśleć, wspominać i wypominać. Ale z chęcią i zapałem :) I radością :)

Happy End

Jechałam wczoraj do domu. Z moją ulubioną firmą, która ma w swoich busach Wi-Fi, klimatyzację i miłych kierowców. Tym razem w środku znalazł się także pewien wyrośnięty Sebix w koszulce patriotycznej - a sorry! - którą zdjął zaraz po wejściu do busa (!) i postanowił otworzyć dach. Jakiś przytomny szpakowaty pan zamknął dach by pozwolić działać klimatyzacji. Na co pan Sebix polazł podzielić się z innymi całym bagażem swojej racjonalności życiowej i "uratować" ludzkość zamykając ów dach, z pedagogicznym pouczeniem, że "jak komuś zimno (!) może jechać pekaesem"...

niedziela, 6 sierpnia 2017

Wodą, ogniem, burzą, perłą na dnie

Doznałam ostatnimi czasy egzystencjalnego mindfucku. Miałam przekonanie, że ludzkość dorosła do niekwestionowania pewnych rzeczy i że pewne postulaty rodzą się tylko w niedokształconych i niedokształtowanych głowach. Tymczasem - bang! - nic nie jest takie znowu oczywiste.

Jednym z powodów zakończenia mojej ostatniej przygody sercowej było zdanie kolejnego Pana (przyjmijmy oznaczenie Pan T. - i ja się serio boję, że kiedyś zabraknie mi alfabetu :D), że według niego, zupełnie na serio, kobiety nie powinny mieć prawa do głosowania. Bo są emocjonalne, podejmują nieracjonalne decyzje i głosują na to słynne "lewactwo" (z tym, że tym razem nie chodziło o prawa paradujących "odszczepieńców", a te wszystkie 500+ i inne plus).

Posłużę się teraz elementem kultury: klik!

Myślę sobie - nie no, wykształcony, dojrzały (przynajmniej o dojrzałym PESELu), na pewno ma jakieś argumenty, może nawet logiczne, może nawet można podyskutować - ja nawet lubię.

Dowiedziałam się zatem, że statystycznie kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn (i co ze mnie za ekonomista, co nie czai statystyki), najlepiej by było, gdyby zajmowały się domem (bo wtedy dzieci nie mają problemów ze sobą) i wejście kobiet na rynek pracy zepsuło ten rynek, bo płace się zmniejszyły (ten argument w sumie nawet poruszył nerw dociekliwości w moim ekonomicznym umyśle, ale - co ze mnie za ekonomista, skoro nie czaję statystyki -.-).

No i ta cała historia o uciśnieniu kobiet na przestrzeni wieków to ta słynna "lewacka propaganda". I to w książkach do historii dla dzieci! :O Och!

Jako, że od jakiegoś czasu moja głowa otwarta jest trochę szerzej, tkanki mózgowe wytwarzają trochę więcej wyrozumiałości, a do serca przytuliłabym i wojującą feministkę, i panią Krysię z Wiejskiej, wzięłam się nad tym zastanawiać.

I zaiste, na pewno dla rodziny i dzieci obecność matki w domu jest nieoceniona. I jest mnóstwo, mnóstwo kobiet - może nawet większość, które najchętniej rzuciłyby swoje ołówkowe spódnice i bluzy z Tesco w diabły - gdyby tylko mogły, gdyby jedna pensja w domu wystarczała na wszystko, co tam kto sobie marzy (a jak niektórzy mają małe te materialne marzenia - bo można - to i wystarcza). I nie uważam, że takie kobiety są mniej warte czy nie mają ambicji - można lubić się realizować na różnych polach, a zawód "mama" to nie taka znowu prosta fucha.

Ale!

Właśnie można lubić się realizować na różnych i wielu polach jednocześnie. Przynajmniej ja żyję takim przekonaniem (pewnie niektórzy bardziej doświadczeni życiowo mnie poprawią, że to raczej żyję złudzeniem, no nie wiem...). Ja to lubię moją pracę (jeśli ją mam - bo nadal nie mam, jakby co), ale też lubię dla kogoś gotować i mam podejrzenie, że lubiłabym też bycie mamą. I ja to bym nie zniosła, gdyby ktoś mnie ograniczył tylko do jednego pola realizowania się. I to tylko z tego powodu, że jestem XX.

Poza tym.

Wracając do kwestii prawa do głosowania - to z tego pola też miałabym być wyrugowana, bo jestem XX? I mam ponoć zapisane w genomie infantylność, przewrażliwioność i nieracjonalność? Może rzeczywiście to cechy przypisane bardziej kobietom niż mężczyznom. Ale są kobiety, które potrafią być bardzo silne, zdecydowane i racjonalne, a i mężczyźni są, którzy są wrażliwi, niezaradni i niekonkretni. Znów posłużę się elementem kultury - klik!

A nade wszystko!!!

Tak, kobiety - i to całkiem niedawno - dostały wiele praw, których nie miały do tej pory, a w wielu krajach i kulturach nie mają do tej pory. Wyszły spod mniej lub bardziej opiekuńczych skrzydeł mężów i ojców i mogą decydować o sobie zupełnie same. Mogą, ale i muszą.

W poprzednim poście pisałam o książce Tomka Michniewicza, w której opisuje konserwatywne społeczeństwa muzułmańskie w sposób, w jaki my może nie patrzymy na nie. Kulturę, w której kobiety mogą mniej niż ich zachodnie koleżanki, ale i mniej muszą. Nie muszą chodzić do pracy i mają wolny czas na sprawy urodowe (noo, one pod tymi szmatkami ponoć czasem chowają niezłe skarby) czy towarzyskie. I nie zazdroszczą. A można im trochę pozazdrościć.

Ale gdy trochę mają pecha - mają raczej najgorzej, bo nic nie mogą zrobić. Nie mogą wziąć spraw w swoje kobiece łapki i budować życia po swojemu, bez męża albo z kimś innym.

Ja mam na przykład mocne poczucie tego, że jestem odpowiedzialna za swój los i niechętnie oddaję różne części swojego życia w czyjeś ręce (i to też niedobrze w sumie...). Lubię poczucie, że jeśli mi się nie poszczęści w jakichś obszarach życia - poradzę sobie. Wiele moich koleżanek w sytuacji, gdy opuści je ich mężczyzna - zostają z bardzo skromną bazą do działania, bo brakuje im wykształcenia czy doświadczenia w wielu sprawach.

I podczas, gdy jestem gotowa - a przynajmniej chciałabym być - oddać swój czas, trochę kariery zawodowej i niezależności, by być z kimś, za nic w świecie nie oddałabym prawa do decydowania o sobie. Bo rezygnacja z prawa głosu dla kobiet oznacza, że tylko mężczyźni będą decydowali, jak będzie wyglądało państwo, w którym żyją i mężczyźni, i kobiety. A jest sporo zagadnień z zakresu prawa, które dotyczą tylko kobiet.

A może zwyczajnie trzymam się takich rzeczy by nie czuć się niewartościowa jako kobieta - skoro nie mam swojego mężczyzny i dzieci...

Zaiste, zastanawiam się, czy może rzeczywiście moimi poglądami gdzieś nie wpisuję się w naturalny porządek rzeczy. Może rzeczywiście mam jakieś braki jako kobieta. Może rzeczywiście pewne sprawy są idiotycznym wymysłem cywilizacji, wykraczającym poza porządek, jaki był i nie zaprowadzi nas to w żadnym dobrym kierunku. Serio się zastanawiam - nie, że ironizuję. I że rzeczywiście nie umiem być kobietą.

Happy End

Zepsułam rower. Chłopak mojej współlokatorki pomógł mi naprawić. I zepsuła się inna rzecz... Jak żyć?