piątek, 2 grudnia 2016

You've got my heart in your hands now / Careful if you please / Though I'm young my feelings are strong now

Znów nie było mnie tu trochę.

Bo biegałam merdając ogonkiem po parkach, zrywając się na tyle, ile umiem ze smyczy swoich racjonalnych ograniczeń.

Ale chyba znów (jednak, nadal!) w tym biegu - radosnym, szaleńczym, pięknym, intensywnym, uzależniającym - zapatrzyłam się za bardzo, w które to alejki koniecznie muszę się zapuścić i nie zauważyłam, zagapiłam się i... wpadłam znów w przepaść. Moja "bratnia dusza" - Ania z Zielonego Wzgórza - rzekłaby, że to "otchłań rozpaczy".

Ach więc tak, przyznaję. To był miesiąc nieracjonalny, pociągający, beztroski i intensywny. Całowałam się na trzeciej randce. Upatrzyłam sobie specjalną ławkę z oparciem nad Wisłą oraz mini-skwerek przy Miodowej jako świątynie czci. Odważyłam się patrzeć w oczy dłużej i bardziej wprost niż dotychczas i okazało się to nie takie straszne. Pozwoliłam się podrywać. Nie przestałam się malować i zawsze wybierałam najlepsze ubrania z mojej zimnej szafy. Kupiłam sobie turbo-drogie perfumy i bezceremonialnie się z nimi obnosiłam.

Jednakowoż annus horriblis zebrał swoje żniwo.

Nie jestem bez winy, o nie. Popełniłam wszystkie szkolne błędy i nie będę ich wyjawiać, bo mi wstyd, żem taka głupia mimo, że w młodzieńczych latach czytałam "Przyjaciółkę" i "Bravo".

Mam jednak umysł analityczny - nawet chłodno rozwiązując równania ze słów i gestów, z wieloma niewiadomymi wszakże, ale z kilkoma powtarzającymi się stałymi, można otrzymać wynik dość jednoznacznie wskazujący, że coś poważnego może być na rzeczy, można delikatne sobie ponadziejować i mieć jakieś drobne wymagania mimo braku oficjalnych deklaracji.

A jednak.

Jednak nadal jestem fajna, mądra, inteligentna, ładna i dowcipna, ale nie na tyle, by zabrać mnie do siebie na stałe. "Nie jestem gotowy, a wiem, że tobie zależy na byciu więcej niż średnio znaczącym wypadkiem w przyrodzie, ja nie udźwignę bycia do dyspozycji w zwykłych sprawach na co dzień i trwania przy jednym drogim, a wkoło tyle dobra prawie za darmo, także było miło, najpiękniejszy miesiąc w moim życiu (to jedno to naprawdę cytat!), ale... no trudno".

Brzmi znajomo.

Wpadłam w otchłań rozpaczy, choć jeszcze nic nie zdążyło się tak naprawdę wydarzyć. Ale po prostu znów mi szkoda, i łażą za mną piękne wspomnienia, a ja nie łażę już do pewnych miejsc (bulwary nad Wisłą odwiedzę może dopiero latem, za pięć lat).

Ale jakoś mi tak ogólnie... surowiej. I silniej tak serio, a nie tylko na pokaz, jaka to jestem niezależna.

Może pora zająć się tym, co umiem najlepiej. Pracą i pisaniem. Zaniedbałam obie rzeczy.

Płeć brzydką zostawić. I tak na ten moment trudno mi sobie wyobrazić zaufanie od nowa. I pozbycie się strachu, że będę miała powtórkę z rozrywki/rozgrywki. Więc no trudno - będę kiedyś 30-letnią panną młodą i matką geriatryczną.

O ile w ogóle. Wszak niektórym ludziom się to zwyczajnie nie zdarza. Więc i mi może się nie przydarzyć. To nic, moje życie nie będzie wtedy gorsze (choć wszystkie moje koleżanki-mamy usilnie będą mnie przekonywać, że dopiero jak przez otwór wielkości cytryny przedarł im się stwór wielkości arbuza poczuły, co to tak naprawdę sens życia, mają dla kogo żyć i już wszystko wiedzą).

Może powinnam być ostrożniejsza i ostrożniej się angażować. Ale nie chcę - tak właśnie robiłam. Wszystko miałam przemyślane i nie byłam szczęśliwa. Spróbowałam, jak jest inaczej. Wolę tak, wolę nie analizować i żyć chwilą. Nawet jeśli po upojeniu i radości będę miesiąc płakać i znów nie jeść. Trudno, chyba tak warto żyć.

Tyle, że może się okazać, że mam ograniczoną liczbę żyć i kiedyś powiem "game over" po kolejnym rozczarowaniu.

Zaiste, annus horriblis. Następny rok z 7 w "imieniu", więc może będzie lepiej.

Happy End

Chodzę ostatnio na rosyjski w ramach aktywizacji po rozstaniu z Panem M. Przyszłam kiedyś na zajęcia po zjedzeniu pączka, który po drodze mi się trochę rozciapciał na rękach, na kurtce, wszędzie generalnie. No, to pierwsze dwie minuty rosyjskiego siedziałam z marmoladą... na nosie. Nim coś mnie podkusiło by sprawdzić, czy wszystko na mej facjacie ok. Powiedzcie, że zdarza się to nawet porządnym ludziom...

15 komentarzy:

  1. Hmm... Tak się zastanawiam nad tym zdaniem w cudzysłowie, ma taką głęboką filozoficzną głębię... kaleki z amputowaną empatią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejne ciekawe określenie. Moja współlokatorka powiedziała "Emocjonalna ameba".

      Usuń
  2. Dawno nie czytałam tak świetnego tekstu. Osoba która będzie nas kochać pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie i z naszej strony nie jest to miłość od pierwszego wejrzenia.Właściwie miłość od pierwszego wejrzenia to jest najmniej rokujące uczucie.

    OdpowiedzUsuń
  3. No pewnie, że sie zdarza, a jeśli 30 latka jest geriatryczną matką, to ja się zaliczam, trudno...w szpitalu nazwali mnie stara ródka, niezbyt to miłe było.
    Płeć brzydką zostaw na tyle, aby się nie zadręczać, moze niespodzianka sama Cię znajdzie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To określenie z ostatniego filmu Bridget Jones - i chyba 30-latek jeszcze się nie tyczy :)

      Usuń
    2. Niestety, w moich czasach rodziły kobiety zaraz po szkole niemalże, więc 30 latka była już starą ródką :-(

      Usuń
  4. Matką to zostałam dopiero po 30, ale nie czułam się matką geriatryczną.Po prostu bez żalu mogłam sobie posiedzieć z małą w domu zamiast iść na imprezę.Zdążyłam się wyszaleć, wyimprezować i bywać w świecie przed macierzyństwem. A teraz- nie sądz, że chcę Cię pocieszyć- małżeństwo i macierzyństwo to dwie dość mocno przereklamowane sprawy.Co prawda tkwię w jednym związku już lat 50, ale wynikło to głównie z przemyślenia całej sprawy- nie ma wszak żadnej, ale to żadnej gwarancji, że ten drugi lub trzeci związek będzie lepszy od tego pierwszego, a ja w związku z tym szczęśliwsza.
    I znacznie zdrowiej jest być singielką niż mężatką czującą się samotnie z mężem i dzieckiem u boku.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
  5. "Odważyłam się patrzeć w oczy dłużej i bardziej wprost niż dotychczas i okazało się to nie takie straszne."
    O jeżu, jakie to jest prawdziwe.
    No cóż, byłam z panem A. od pierwszego tygodnia studiów i tak zleciały nam cztery (nawet więcej) lata związku. Rozstaliśmy się ponad rok temu. Od tego czasu nie byłam z nikim. No dobra, dziwne "coś" miało miejsce w te wakacje, ale to historia tak skomplikowana i dziwna zarazem, że chyba nigdy się nią nie uporam. Mam 25 lat. Wszyscy znajomi albo mają narzeczonych, albo męża/żonę, itd. Nie ważne. Rodzice mi trują, że zostanę starą panną (dla nich mój wiek już ku temu zmierza). I w ogóle. Jasne, chciałabym się znów zakochać, być z kimś, kochać. Ale... nic na siłę. Nie mam zamiaru szukać. Będzie to będzie. Nie będzie to nie będzie. Będzie smuteczek. Sama już nawet nie wiem, czy kochać potrafię, bo chyba całą miłość już zużyłam na pana A., który zostawił mnie z niczym.
    Będzie lepiej. Zobaczysz. Musi być lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, nie odgapiaj mojej historii! ;)
      Nic na siłę. Teraz mam serio takie poczucie.

      Usuń
  6. Kochana to że komuś się coś przytrafiło nie oznacza że jest zły.. różne przypadki się zdarzają. Najważniejsze to być sobą, cieszyć się chwilą i doceniać drobne rzeczy wokół siebie. Codzienność to że oddychamy, że żyjemy, mamy pracę, przyjaciół, rodzinę. Ja np nigdy w życiu nie skrzywdziłam nikogo, a w nim życiu przytrafiły się sprawy przez które nie mogę spełniać marzeń, sprawiają że stoję w miejscu w, jak chcę zrobić krok w przód to ciągnie się za mną jak smród po gaciach. I tak będzie jeszcze przynajmniej przez 2-3 lata i mam tą świadomość, muszę z tym żyć bo wyjścia nie mam. Wiem że czas leci i jest bliżej niż dalej, choć i tak daleko.. ale mimo to.. kocham życie, doceniam to co mam i cieszę się z każdej drobnostki. Każdego życiowego kopniaka traktuje jako bodziec do tego aby jeszcze bardziej doceniać to co jeszcze mi zostało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się skłaniać ku takiemu nastawieniu, a przede wszystkim - skupiać się na pasjach :)

      Usuń
  7. Petersburg nie ma chyba najgorzej, bo na Kole Podbiegunowym pół roku jest dzień a potem pół roku noc. A zimno też cały czas, latem jak jest -20 czy coś to pewno dla osób tam żyjących niemal upał. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń