sobota, 31 grudnia 2016

Need a little sweetness in my life

Pomalowałam paznokcie, zrobiłam nogi (a jest zima i nie mam faceta - to znaczy, od łydki w dół sama byłam facetem, więc miałam... nogi faceta!), posprzątałam, mam zamiar się umalować - Roku 2017, nadchodź śmiało! Jestem gotowa!

Nie wiem, czy będziesz dla mnie łaskawy, drogi Roku 2017, więc na wszelki wypadek zabezpieczyłam swoje samopoczucie stworzeniem Słoika Cotygodniowych Małych Przyjemności. Zainspirowałam się blogiem ciagle-szukam-siebie.blogspot.com. I pozwoliłam sobie ukraść i nieco zmodyfikować ideę :) (Czy wspomnienie i zalinkowanie u siebie tego bloga jest wystarczającym zadośćuczynieniem za naruszenie praw autorskich?... Aż tak sprawna w Internetach nie jestem)

Wiadomo, jak to jest z tymi całorocznymi słoikami szczęścia, dobrych wspomnień, sratatata. Podobno są tacy, którym udało się prowadzić je do lutego - ale ja ich nie znam :D

Ale taki słoik z przyjemnościami... Kto by zrezygnował z częstowania się co tydzień czymś przyjemnym??

Podzieliłam się moim pomysłem z Czarnulką. Przygotowałam odpowiednio grunt pod przyjęcie tego wynalazku, wciskając jej, że to prezent. Przyjęła ze spodziewaną radością :)

Co tydzień z wypełnionego 52 karteczkami z Małymi Przyjemnościami na Każdy Tydzień będziemy robić losowanie jednej karteczki z Małą Przyjemnością. Wspólnie, pod nadzorem Komisji Kontroli Gier i Zakładów. W poniedziałek - z oczywistych powodów. I będziemy wzajemnie się pilnować, by postanowienie losu zrealizować :)

Oczywiście Czarnulka nie mogła się doczekać poniedziałku (zganiam na nią, bo nie wie, że zganiam) i na przyszły tydzień już wylosowałyśmy dla siebie zjedzenie czegoś, czego jeszcze nie próbowałyśmy! Po dwustronnych naradach i porównywaniu doświadczeń okazało się, że obie nie jadłyśmy jeszcze batatów! Zrobiłyśmy szybką analizę terminarzy i w środę wieczorem na naszym stole pojawią się frytki z batatów!

Już wiem, że lubię bataty. Jeśli z czegoś da się zrobić frytki - musi to być dobre!

Szczęśliwego Nowego!

Happy End

Mamcia zrobiła mi butki na szydełku. Są obiektem zazdrości wszystkich, którzy je widzieli :)

piątek, 30 grudnia 2016

Grudzień ucieka za grudniem / Styczeń mi stuka za styczniem

Nowy rok, nowa ja, nowy kalendarz (ja mam taki nowy, świetny, ze stroną dla każdego dnia osobno, nawet dla soboty i niedzieli - to jest bajer!).

Kultura blogowania nakazuje napisać post z listą postanowień noworocznych. Najlepiej w punktach. Ja jestem człek kulturalny. I dbam o tradycję. Napiszę więc.

1. Pojawię się gdzieś tam na świecie :) Mam przynajmniej dwa pomysły, machina realizacji których zaczęła się powoli toczyć. To znaczy - już zapowiedziałam zakotwiczonym w tamtych miejscach, że mnie zobaczą. Bo tak właśnie mam zamiar legalnie wykorzystać znajomości. Jeśli mam być precyzyjna (zgodnie z regułą sztuki stawiania sobie celów) - Porto i Odessa. Oo, jak już to napisałam w Internetach - muszę to zrobić!

2. Obiecane wypady na mniejszą skalę. Obiecane, bo już zapowiedziałam tym i tamtym, że pojedziemy razem. Polskie morze i góry.

3. Woodstock! Już niedługo będę miała zmarszczki - akurat błotko się przyda :)

4. Bardziej stancjonarnie - w każdym miesiącu zrobić chociaż jedną nową rzecz. W lutym planuję siłownię - nie w styczniu, bo wtedy są tam tłumy nowych onych zmieniających swoje życie. Pomysłu na styczeń jeszcze nie mam. I na pozostałych 10 miesięcy też nie właściwie. Chętnie poczytam podpowiedzi z głębin blogosfery! :)

5. Reaktywować hobby pocztówkowe. Postcrossing.

6. Pisać. Tu dużo podpunktów, bo trochę mam pomysłów. Jednym z nich jest regularność tutaj. Ale nie obiecuję. Nie wiem jeszcze, gdzie i jak włożę swoje ironizujące pióro. Ale mam zamiar je gdzieś wsadzić. I może w końcu napiszę przedstawienie jasełkowe, które od zawsze chodzi mi po głowie...

7. Zrealizować jakiś projekt dla ludzi. Może być mały. Taki żeby cieszyły się nawet 4 osoby. Ale coś, czym będę mogła rządzić ;)

8. Kupić własnego jeździka. W sensie - samochodzik. Już nawet kocham kilka marek samochodów. I rozróżniam. Na pierwszym miejscu byłby czarny garbus. Ale jakby ktoś miał na zbyciu jakieś śliczne Suzuki Swift - nie pogardzę :)

9. Dojść w rosyjskim do poziomu B2. By rozmawiać z rosyjskojęzycznymi znajomymi swobodnie.

10. Zająć się dziwnym bólem po lewej stronie brzucha - i tu maszyna realizacji poszła już w ruch, bom zapisała się do lekarza. Na wszelki wypadek mogę ograniczyć jeszcze sól - jakby to miała być nerka. Nie wiem jakim cudem, bo mam 25 lat i nie dosalam ziemniaków, ale przez 18 lat życia stołowałam się u Mamci, która hołduje raczej przesolonym -.-

11. Wypełniać kartki mojego nowego kalendarza słowami. Och, jak już się nie mogę doczekać! Kupiłam go z miesiąc temu i już chyba 5 razy wyciągnęłam go z szafki sprawdzając, czy jednak nie zaczyna się na przykład 20. grudnia bym już mogła coś napisać. Podejrzewam, że moja fascynacja się zakończy, gdy przypomnę sobie, jakie mam brzydkie pismo -.-

12. Zakończyć rzecz, która zaczęłam ponad dwa lata temu. Pozostawię to w tajemnicy. Muszę być bardzo skomplikowana, skoro tyle to trwa, ale mam nadzieję, że w tym roku dobrnę do finału. Choć trochę będzie mi tego brakować.

13. Kupić w końcu podpórkę pod plecy do fotela!!! :O

13 to piękna liczba!

Ale moją ulubioną jest 7. Mam dziś jasno w głowie (wczoraj miałam raczej pochmurno) i mam nadzieję, że ten rok z 7 w imieniu będzie dla mnie szczęśliwy.

Oby nam się!

Happy End

Mamy nową współlokatorkę! Nasza paczworkowa rodzina się powiększa :D

czwartek, 29 grudnia 2016

Wielka dama znów tańczy sama

Dobrnęłam, dotarłam, doczołgałam się. Koniec roku. Jak znakomita większość ludzi wymyśliłam sobie, że zmieniająca się raz na 365 dni ostatnia cyfra w dacie zmieni mi wszystko - noc sylwestrowa pozbawi mnie zmartwień i obaw oraz napełni mnie pewnością, że oto jestem szczęśliwa i będę pruła odważnie po wszystko co dobre przede mną. I będę jadła owsiankę na śniadanie.

To był mój annus horriblis. Wszystko jest inaczej niż było rok temu i wszystko jest inaczej niż spodziewałam się rok temu, że będzie za rok.

Jako praktykująca ekonomistka z wykształcenia i hałturząca blogerka z doskoku chyba muszę zrobić bilans zysków i strat. Rachunek przepływów, przepływów i odpływów. Zestawienie aktywów i pasywów.

Aktywa. Czyli zasoby, środki do działania. Te zaczyna się od najbardziej długoterminowych. Trochę tu mam odpisów.

1. Pan M. Strata nadzwyczajna. Nieprzewidziane ryzyko. Krach. Spowolnienie gospodarcze na długie dni. Niedobór dostaw energii. Pożar w magazynach. Odejście głównego udziałowca było najważniejszym wydarzeniem, które zamieniły ten rok w rok odwrotowy. W zamętach i odmętach swoich różnych problemów i emocji oderwała mi się najbardziej solidna część mojego życiowego wyposażenia - nagle i niespodziewanie. Okazało się, że nie mam tak silnej pozycji na rynku, a zmiana dostawcy uczuć dla Pana M. nie była aż taka bolesna i trudna. Jak dla mnie się okazała. Trzeba widocznie spodziewać się niespodziewanego. I mieć się na baczności, bo nawet mając silną pozycję można zostać zamienionym na lepszy model. Umiem to przyznać - spotkała mnie tragedia, która rzuciła się cieniem na wszystko. I sprawiła, że mam wrażenie, że już nie istnieją na świecie dobre zobowiązania długoterminowe.

2. Pan S. Kontrahent na kilka pomyślnych transakcji. Na szczęście - nie do końca uczciwy. Na szczęście w tym sensie, że mogę go bez bólu odpisać. Pan S. był trochę jak start-up - całkiem udany, choć nie przyniósł zysków. Mam wrażenie, że nauczyłam się przy jego okazji być otwartą, odważną, tą piękniejszą stroną umowy, z szeroką ofertą różnych emocji. Jednakże zawsze pozostają ślady w księgach rachunkowych po zdefraudowanych deklaracjach - jak mam komuś uwierzyć w słowa, które tak bardzo chcę słyszeć, jeszcze raz?

3. Zmiana siedziby firmy. Nowe miejsce prowadzenia działalności. Moja Willa. Zamieniłam pieczarę na komnatę. Pojawiły się nowe aktywa trwałe w postaci blogerskiego białego biurka, stolika z Ikei, kwiatków (są już ze mną trochę, więc chyba to już trwałe :D) i poduszek. Czasem kładzie się cieniem na schodach domniemana obecność Pana M., jednakże wspólna idealna choinka, wieczorne herbaty i pieczone ciasteczka z Czarnulką i Rudą, co Tańczy jak Szalona pozwalają mi się naprawdę cieszyć z mojego nowego miejsca w Królewskim Mieście. Które chyba jest moim pierwszym domem tutaj.

4. Delegacje! Wyjazdy niesłużbowe! Fizycznie słupki szły w górę! Tatry w marcu, Sudety w maju, Bieszczady we wrześniu. I główna konferencja wypoczynkowa w przepięknej Barcelonie. Działam aktywnie ogólnopolsko z ambicjami na strategię europejską, a może i globalną!

5. Najbliżsi współpracownicy. Dopuściłam ich do rady nadzorczej. Zaangażowałam w sprawy bieżące. Pracują razem ze mną. I nie muszę ich gonić. Nie dałam im nawet podwyżki, ba!, byłam wyjątkowo miernym współpracownikiem. A tymczasem jakoś tak ich bardziej widać.

6. Innowacje! W tym roku po raz pierwszy w życiu (kolejność przypadkowa):
- kupiłam sobie sama kwiatka,
- zrobiłam gołąbki bez kapusty (czyli pomieszałam mięso z ryżem -.-), pierniczki na choinkę, zupę-krem z pora i rosół z prawdziwej kury,
- dekorowałam swój pokój rzeczami, które nie są potrzebne, ale są ładne,
- miałam własną choinkę na Boże Narodzenie w Królewskim Mieście,
- piłam tequillę,
- całowałam się z kimś innym niż Pan M.,
- zawiesiłam wszystkie swoje ubrania na wieszakach zamiast upychać po szafkach,
- nie jadłam z nerwów,
- kupiłam sobie cienie do powiek,
- kąpałam się w morzu innym niż Bałtyk,
- znalazłam się w odległości mniejszej niż 5 metrów od Jednego z Moich Czterech Mężów, Którzy Mnie Nie Znają,
- 3 razy widziałam Drugiego z Moich Czterech Mężów, Którzy Mnie Nie Znają,
- płakałam na ślubie,
- zniszczyłam z premedytacją jakąś całkiem sprawną rzecz tylko dlatego, że była od osoby, na którą byłam zła,
- dotknęłam uczucia braku nadziei,
- robiłam przetwory domowe,
- kupiłam sobie własne żelazko, deskę do prasowania, lusterko do malowania i patelnię,
- zrobiłam dekorację na Święta w swoim pokoju,
- zapłaciłam za substrypcję streamingu muzyki,
- zjadłam barszcz czerwony ze smakiem.

Nadal jednak nie obejrzałam "Pretty woman" o.O

Pasywa. Czyli z czego finansuję swój majątek, swoją działalność. Są kapitały własne. Marzenia, plany, pasje i nadzieja. I kapitały obce, zobowiązania krótko- i długoterminowe. Tu mam kilka takich. Brakuje mi tylko nowego głównego udziałowca. Rozpiszę może przetarg.

Ach więc jak napisałam wcześniej - wszystko jest inaczej niż było rok temu i wszystko jest inaczej niż spodziewałam się rok temu, że będzie za rok. Teraz mam nadzieję, że za rok będzie inaczej niż jest teraz.

Happy End

Mam objawy choroby lokomocyjnej czytając podczas korzystania z rowerka stacjonarnego o.O

środa, 14 grudnia 2016

Ty dobierzesz odpowiednie słowa / Mi przypadnie cały ból

Jestem głęboko wierząca w ludzi. Moja wiara opiera się na prostym paradygmacie (nie wiem, co to paradygmat, podobnie jak imperatyw, ale jakoś mi tu pasuje, niech mi ktoś powie, czy to poprawnie), bo ja nie kłamię. Chyba, że nie chcę komuś przeszkadzać lub być uznana za chciwą ("Nie, nie chcę kolejnego kawałka ciasta, które masz w kuchni i musisz po nie iść").

Skutkiem ubocznym mojej głębokiej wiary w codziennych sprawach życia towarzyskiego jest to, że ze mną nie da się nikogo wkręcać. Za to mnie wkręca się wyśmienicie.

W mniej codziennych sprawach życia towarzyskiego, a właściwie w enigmatycznych sprawach życia sercowego umiem jednak nałożyć pewną cenzurę. Trudno mi głównie dać wiarę w za dużo dobroci. Wynika to z zasady ograniczonego zaufania, z pozostałości w podświadomości irracjonalnego myślenia, że mi się za dużo dobrego nie należy, z przekonania, że zbyt dobre rzeczy są tylko w filmach i blablabla.

Ale w ramach procesu przeistaczania się z mózgu na ładnych nogach w istotę emocjonalną i ludzko nielogiczną (na ładnych nogach), zaryzykowałam i dałam wiarę. Tym bardziej, że oczy i usta były bardzo przekonujące. No i czy nie pięknie uwierzyć w słowa, które zawsze chciało się usłyszeć!

Dałam się przekonać.

Tymczasem!

Okazało się, że oczy i usta od pewnego momentu miały także przekonać samą osobę przekonującą, która zaczęła się wahać (to normalne!), czy cała zabawa mu się podoba i czy to jest to.

Wstydź się, Panie S.! (boję się, że kiedyś może zabraknąć mi alfabetu...)

Panowie A, B, C, ... i Z! My chcemy słyszeć te wszystkie słowa i doświadczać tych wszystkich romantycznych gestów! Ale tylko wtedy, gdy są prawdziwe i gdy jesteście ich pewni.

Po raz pierwszy wzięłam i nie wyśmiałam chłopa za cytowanie tekstów, które wymyślam w dialogach do sytuacji, które nigdy się nie wydarzą. I dałam się porwać do robienia tych wszystkich niekonstruktywnych rzeczy jak patrzenie się w oczy i całowanie się na środku chodnika, bo tak.

I było świetnie przez miesiąc. Złapałam Pana Boga za mały palec u nogi.

Ok, może chciałam złapać za większy i dlatego spadłam -.-

Ale teraz jestem w tej samej dupie co wcześniej, w dodatku po drodze do tego uroczego, przytulnego miejsca zgubiłam zaufanie do człowieka i wiarę, że serio ultradobre rzeczy się zdarzają.

To przykre doświadczenie w moim przeistaczaniu się.

Ludzie, nie róbcie tak! (spoiler - będą dwa paulocoelhowe zdania!) Nie róbcie tego, co myślicie, że ktoś inny od Was oczekuje tylko dlatego, że od Was oczekuje! I mówicie zawsze najgorszą prawdę zamiast najlepszego kłamstwa!

To mówiłam ja - Ja bez Imienia, Paulo Coelho tej części blogosfery.

Pan M. rzekł (wirtualnie): "Ciebie nie da się przecież oszukać".

A jednak. Stawanie się mniej cyborgową, a bardziej ludzką ma swoje skutki uboczne. Poza tym byłam... osłabiona psychicznie po chorobie When all the evil II happend. Dostroję się.

Na razie znów mnie poharatało. Straciłam kolejne życie w grze w życie.

Happy End

Mama zrobiła mi beret. Mam w nim wielką głowę i jak się dobrze zamaskuję to mogę w nim wygrywać wyścigi do krzeseł w tramwajach.

środa, 7 grudnia 2016

To co dziś usłyszę / Musi działać i działa na mnie

Gęby internetowe emigrują (bo startują stąd, gdzie aktualnie wspólnie jesteśmy - z Internetów) do Telewizorni, a gęby telewizorniowe imigrują (bo lądują tu, gdzie aktualnie wspólnie jesteśmy - w Internetach) do Internetów. Wszystko jednak w jakimś takim ułożonym, stabilnym ekosystemie. Czyż nie?

(Tak btw. jeszcze napiszę - czy to nie piękne, że mogę napisać "aktualnie wspólnie jesteśmy w Internetach" - w sensie Ty, który to czytasz oraz ja - Ja bez Imienia, która dzięki temu postowi jest tu zawsze i mówi ciągle i nieprzerwanie, prawie jak Bóg. Ach, życie blogera naznaczone boskością. Bluźnię.)

Dziś obejrzałam coraz częściej wyskakujący mi z lodówki program kręcony w samochodzie pana J.K. (nie tego najważniejszego J.K., powiedziałabym, że wręcz przeciwnie) na Onecie. Imigracja w Internety po wygnaniu z Telewizorni.

Obejrzałam, bo pan J.K. prowadził (podwójne znaczenie!) wywiad z jednym z moich 4 mężów, którzy mnie nie znają.

I wywiad fajny.

A przed nim był krótki przegląd prasy. Taki se i dość przewidywalny.

No bo wiadomo, co po tych jazdach (chyba też w dwóch znaczeniach!) na Onecie się spodziewać.

Bo każdy twór medialny każdy umie przyporządkować. I wiadomo z grubsza, co czytać, co oglądać i gdzie bywać, jak się chce utwierdzić w swoim przekonaniu, kto jest cacy, a kto jest be.

I ja wiem to także doskonale, gdzie znajdę się wśród swoich. Gdzie w komentarzach zobaczę swoje słowa w każdej, absolutnie każdej wersji - nawet w tej, jaką bym się posłużyła, gdy mam okres i muszę jechać w zatłoczonym tramwaju, w którym jedzie żul, w dniu, w którym zostało ogłoszone, w jaki sposób zwiększają kwotę wolną od podatku i gdy za oknem pada deszcz i jest zimno w ch... (najgorszy dzień).

Ja nie lubię tej wersji, że są nas dwie Polski, jednakże media czasem widzę w takiej właśnie dychotomii. Obie grupy pokazują wiadomości, obie twierdzą, że nie kłamią i obie wskazują, że kłamie druga strona. No i że absolutnie nie można z tamtą drugą stroną mieć nic do czynienia. O nie!

Umówmy się, w telewizji na T i na 3 litery jest względnie przewidywalne, kto zostanie zdissowany (nie wiem, czy poprawnie używam tego słowa), a kto zapropsowany (młodzież zrozumie :)). O telewizji na T i na 5 liter można powiedzieć dokładnie to samo, tyle że trzeba nazwiska zamienić miejscami. No i jedna grupa panów w garniturach i pań garsonkach nie jeździ na wszelki wypadek do jednego studia, bo to sprzedawczyki i bluźniercy, a druga grupa nie jeździ do innego studia, bo to zabobońcy i hipokryci. A debaty i rozmowy z ekspertami (bo obie telewizje na T i ich bracia i siostry w grupach mają odpowiednich ekspertów i obie przekonują, że eksperci są wiarygodni) zwykle wykazują dość przewidywalne konkluzje.

Hmm, to są media czy jakieś kółko wzajemnej adoracji, gdzie odpowiedni eksperci i politycy mogą się spotkać by przekonać siebie do tego, że są dokładnie tego samego zdania? A przy okazji przekonać przekonanych przed ekranami, że myślą prawidłowo?

I mimo, że ja umiem się umiejscowić w tej dychotomii i mam swoje patie i antypatie - przyprawia mnie to o szybsze bicie serca, a niezalecane jest mi się denerwować, bo mi płatek zastawki w sercu wylata (tym z całkiem zdrowym sercem też niezalecane jest zresztą życie w stresie).

Ja jestem młoda, lubię jak jest nieprzewidywalnie, lubię się zaskoczyć. I lubię jak ludzie dyskutują i nie boją się dyskutować, a nie na wszelki wypadek nie przychodzą tu i tam, za to rozgaszczają się ze swoimi racjami tam, gdzie tym racjom wygodnie. Niechże mi ktoś powie, w której gazecie/telewizji/portalu wreszcie będę mogła zacząć czytać/oglądać, nie spodziewając się, jaka będzie konkluzja?

A o tym, że nie ma nas 2 Polski, a 38 milionów Polsk - mój ulubiony stand up Abelarda Gizy. W punkt.



Happy End

Zaczęłam dzień od szklanki odstanej przez noc wody z cytryną. Ponoć to gwarantuje sukces w życiu. Że też ja wcześniej nie wiedziałam, że to takie proste! A mówią, że trzeba się uczyć, zwiedzać świat, próbować różnych rzeczy i pracować.

piątek, 2 grudnia 2016

You've got my heart in your hands now / Careful if you please / Though I'm young my feelings are strong now

Znów nie było mnie tu trochę.

Bo biegałam merdając ogonkiem po parkach, zrywając się na tyle, ile umiem ze smyczy swoich racjonalnych ograniczeń.

Ale chyba znów (jednak, nadal!) w tym biegu - radosnym, szaleńczym, pięknym, intensywnym, uzależniającym - zapatrzyłam się za bardzo, w które to alejki koniecznie muszę się zapuścić i nie zauważyłam, zagapiłam się i... wpadłam znów w przepaść. Moja "bratnia dusza" - Ania z Zielonego Wzgórza - rzekłaby, że to "otchłań rozpaczy".

Ach więc tak, przyznaję. To był miesiąc nieracjonalny, pociągający, beztroski i intensywny. Całowałam się na trzeciej randce. Upatrzyłam sobie specjalną ławkę z oparciem nad Wisłą oraz mini-skwerek przy Miodowej jako świątynie czci. Odważyłam się patrzeć w oczy dłużej i bardziej wprost niż dotychczas i okazało się to nie takie straszne. Pozwoliłam się podrywać. Nie przestałam się malować i zawsze wybierałam najlepsze ubrania z mojej zimnej szafy. Kupiłam sobie turbo-drogie perfumy i bezceremonialnie się z nimi obnosiłam.

Jednakowoż annus horriblis zebrał swoje żniwo.

Nie jestem bez winy, o nie. Popełniłam wszystkie szkolne błędy i nie będę ich wyjawiać, bo mi wstyd, żem taka głupia mimo, że w młodzieńczych latach czytałam "Przyjaciółkę" i "Bravo".

Mam jednak umysł analityczny - nawet chłodno rozwiązując równania ze słów i gestów, z wieloma niewiadomymi wszakże, ale z kilkoma powtarzającymi się stałymi, można otrzymać wynik dość jednoznacznie wskazujący, że coś poważnego może być na rzeczy, można delikatne sobie ponadziejować i mieć jakieś drobne wymagania mimo braku oficjalnych deklaracji.

A jednak.

Jednak nadal jestem fajna, mądra, inteligentna, ładna i dowcipna, ale nie na tyle, by zabrać mnie do siebie na stałe. "Nie jestem gotowy, a wiem, że tobie zależy na byciu więcej niż średnio znaczącym wypadkiem w przyrodzie, ja nie udźwignę bycia do dyspozycji w zwykłych sprawach na co dzień i trwania przy jednym drogim, a wkoło tyle dobra prawie za darmo, także było miło, najpiękniejszy miesiąc w moim życiu (to jedno to naprawdę cytat!), ale... no trudno".

Brzmi znajomo.

Wpadłam w otchłań rozpaczy, choć jeszcze nic nie zdążyło się tak naprawdę wydarzyć. Ale po prostu znów mi szkoda, i łażą za mną piękne wspomnienia, a ja nie łażę już do pewnych miejsc (bulwary nad Wisłą odwiedzę może dopiero latem, za pięć lat).

Ale jakoś mi tak ogólnie... surowiej. I silniej tak serio, a nie tylko na pokaz, jaka to jestem niezależna.

Może pora zająć się tym, co umiem najlepiej. Pracą i pisaniem. Zaniedbałam obie rzeczy.

Płeć brzydką zostawić. I tak na ten moment trudno mi sobie wyobrazić zaufanie od nowa. I pozbycie się strachu, że będę miała powtórkę z rozrywki/rozgrywki. Więc no trudno - będę kiedyś 30-letnią panną młodą i matką geriatryczną.

O ile w ogóle. Wszak niektórym ludziom się to zwyczajnie nie zdarza. Więc i mi może się nie przydarzyć. To nic, moje życie nie będzie wtedy gorsze (choć wszystkie moje koleżanki-mamy usilnie będą mnie przekonywać, że dopiero jak przez otwór wielkości cytryny przedarł im się stwór wielkości arbuza poczuły, co to tak naprawdę sens życia, mają dla kogo żyć i już wszystko wiedzą).

Może powinnam być ostrożniejsza i ostrożniej się angażować. Ale nie chcę - tak właśnie robiłam. Wszystko miałam przemyślane i nie byłam szczęśliwa. Spróbowałam, jak jest inaczej. Wolę tak, wolę nie analizować i żyć chwilą. Nawet jeśli po upojeniu i radości będę miesiąc płakać i znów nie jeść. Trudno, chyba tak warto żyć.

Tyle, że może się okazać, że mam ograniczoną liczbę żyć i kiedyś powiem "game over" po kolejnym rozczarowaniu.

Zaiste, annus horriblis. Następny rok z 7 w "imieniu", więc może będzie lepiej.

Happy End

Chodzę ostatnio na rosyjski w ramach aktywizacji po rozstaniu z Panem M. Przyszłam kiedyś na zajęcia po zjedzeniu pączka, który po drodze mi się trochę rozciapciał na rękach, na kurtce, wszędzie generalnie. No, to pierwsze dwie minuty rosyjskiego siedziałam z marmoladą... na nosie. Nim coś mnie podkusiło by sprawdzić, czy wszystko na mej facjacie ok. Powiedzcie, że zdarza się to nawet porządnym ludziom...