wtorek, 11 października 2016

Seems you're the only one who knows / What it's like to be me

Moja Willa. Mimo czyhających po kątach smutków, tarzających się jak kłębki kurzu spod łóżka, to piękne i ciepłe miejsce (nie tylko dlatego, że kaloryfera w Mojej Komnacie nie dało się zakręcić skutecznie - do dziś!).

Gdzie na westchnięcie z pokoju "Och, życie..." znane głosy wtórują z innego "No, ciężkie..."

Gdzie mieszka po szafkach więcej blenderów niż ludzi.

Gdzie Czarnulka nieśmiało przychodzi o 22 do Mojej Komnaty, która jest jednocześnie główną suszarnią, bo zostawiła na suszarce swoje gacie od piżamy.

Gdzie w łazience na kaloryferze z braku miejsca gdzie indziej przycupła różowa szczotka do włosów jak mały jeżyk.

Gdzie w holu na dole stoi wielki, brzydki fotel, a obok niego mały stoliczek jakby chwilę temu wstała z ów fotela jakaś starsza pani i poszła podcinać róże.

Gdzie tylko Czarnulka zna sekretny kod naszej domowej Enigmy - kombinację przyciskania guzików na kuchence, gdy zablokuje nam się piekarnik.

Gdzie Ruda co Tańczy jak Szalona zawstydza mnie niezmiennie, jedząc same zdrowe posiłki z jej wspaniałego parowaru, a ja mam nadzieję, że w swojej komnacie podjada czekoladę, bo to nie jest normalne.

Gdzie zawsze znajdzie się miejsce na przetestowanie piwa z Żabki, którego jeszcze nie piłyśmy.

Gdzie w naszych trzech naprawdę pięknie urządzonych komnatach wspaniale sprawdza się styl PRL-Ikea.

Gdzie zyskał nowe życie mój nieodłączny towarzysz pierwszych dwóch lat studiów w starej kamienicy w centrum - żółty szlafrok jak mój płaszcz bitewny na wojnie ze smutkami i chłodem.

Gdzie raz w tygodniu ktoś robi zupę dyniową.

Gdzie zabronione jest wspólne pranie i suszenie czarnych skarpetek, bo czarne skarpetki bardzo słabo rozpoznają swoją właścicielkę (a właściwie właścicielki słabo rozpoznają je ;)).

Gdzie dwie moje zacne współlokatorki - Czarnulka i Ruda, co Tańczy jak Szalona, codziennie empirycznie i naocznie się przekonują, jak to jest być mną...

Od zarania mojego przebywania w Królewskim Mieście osoby, z którymi mieszkałam, zwykle zupełnie przypadkiem, tworzyły taką śmieszną, paczworkową rodzinę :)

Happy End

Gdy Czarnulka naprawia zakleszczony całkiem zupełnie bez przyczyny piekarnik, Ja bez Imienia przez trzy kolejne dni je frytki w myśl... myśli, że "Mój syn był umarły, a ożył. Zaginął - a odnalazł się" :)

poniedziałek, 10 października 2016

Zgubionych dni nie znajdziesz już

Mama dzwoniła i zapowiedziała się na wizytę z Papą na niedzielę.

Brzmi pięknie, prawda? Ja bez Imienia będzie przyjmować na niedzielny obiad rodziców. Pokaże swoją nową przestrzeń życiową, z której jest tak dumna, mimo, że z kranu w kuchni cieknie (podkładam gąbkę, żeby nie słyszeć stukotu kropli o zlew), a kaloryfer wali gorącem mimo zakręcenia (ale nauczyłam się nie przywiązywać wagi do rzeczy, jak nie wiem co z nimi zrobić lub mi się nie chce z nimi nic robić).

Pięknie. Dorośle.

Płaczę.

To wszystko miało być inaczej. Miałam przyjmować na niedzielny obiad jako szczęśliwa nielegalna żona z Panem M. u boku.

Dumna jestem z ułożenia mojej przestrzeni życiowej, lampy Malwinki i nowego biurka, ale nie do końca o to mi chodziło i tęsknię za tym, jak musiałam się mieścić z rzeczami w połowie meblościanki, choć trwało to miesiąc.

Radzę sobie, wystawiam kosz na śmieci, gdy ma przyjechać śmieciarka i nie opuściłam terminu śmieciarki ani razu, bałagan koncentruję w Mojej Komnacie tylko na fotelu i nakrywam kapą z Ikei łóżko co rano, ale tak naprawdę tęsknię za moim marzeniem bycia tu z kimś, bycia dla kogoś i dzielenia wszystkich obowiązków na pół, choć tak naprawdę nigdy to się nie wydarzyło.

Próbuję różnych rzeczy, wodzę oczami za brodami na ulicach, trochę się jaram możliwością chodzenia na herbatę z kimś nowym i ciekawym, ale tak naprawdę nadal chyba tęsknię za tym jednym, konkretnym zestawem cech i linii papilarnych.

I płaczę, bo czuję się też taka przegrana w tym wszystkim. Przed Mamą i Papą też trochę. Że jeszcze długo nie będą mieli wesela i wnuków (i to nie tylko dlatego, że Mama kupiła mi wielkie, aseksualne skarpety).

Jeszcze długo chyba minie, nim na serio, naprawdę, bez robienia komuś drugiemu krzywdy będę umiała skupić się na nowym zestawie cech i linii papilarnych. Na razie chyba jeszcze mi nie wolno.

Happy End

Po storczyku Janku umarła mięta Marta w kuchni. Mało happy to, ja wiem.

czwartek, 6 października 2016

The moment I wake up / Before I put on my make-up

Odkryłam ostatnio - i znów mam wrażenie, że ostatnia w Internetach (podobne miałam wrażenie z "Friendsami") - działalność na YouTube niejakiego K. Gonciarza.

Trochę się zafascynowałam, choć nie na tyle, by dołączać do tłumów, szturmujących każdy kąt, gdzie rzeczony jegomość się pojawi. Zafascynowałam się tak, jak kiedyś na prześwietlonej porannym słońcem wystawie Beksińskiego w Królewskim Mieście, na której poza fascynującymi obrazami umieszczono do dodatkowego fascynowania się kącik, gdzie puszczano filmiki, które Beksiński nagrywał z codziennego życia rodziny. Myślę sobie dziś - Beksiński to pierwszy daily vloger Rzeczpospolitej!

No bo fascynują mnie takie daily vlogi. Niby nic, czasem to się w nich nic nie dzieje, a jednak człowieka fascynuje, co robi drugi człowiek.

Przesadzam dziś z fascynacją chyba :D

Dla mnie taki vlog - jakbym umiała nagrywać filmy, a nie umiem albo jeszcze nie wiem, że umiem (ale zakładam, że nie umiem, bo jak na kobietę mam słaby zmysł do sztuk wizualnych), to byłby raczej taki pamiętnik. Co robiłam, jak wyglądałam i gdzie byłam, jak miałam te ćwierć wieku.

I z drugiej strony może zmuszałby mnie taki vlog do takiej aktywności. Bym miała co światu pokazać, a nie kolejne 8 h przy biurku, a potem męczenie przegrubej drugiej części z serii książek "Gry o tron" (sama sobie nałożyłam chomąto, że muszę to przeczytać -.-).

Ale ale! Nagrywać nie umiem. Ale piszę! To może taki... daily blog? :D

Jest takie coś? Bo nie wiem, czy mam zgłaszać się do Naczelnego Urzędu Patentowego Internetów o zarezerwowanie wyniku mojej zmyślności.

To taka mała próbka z wczoraj (i przedwczoraj - nie umiem kłamać nawet w Internetach -.-).

8:31

Nieopatrznie prawie weskrobałam się na górę z kuchni do Mojej Komnaty bez widelca! W porę się wróciłam! Nie ma co tracić energii - tyle energochłonnych rzeczy mnie dziś czeka. M.in. siedzenie 8 h przy biurku.

Nowe biurko mam. Może pokażę kiedyś. I ma ładny biały blat, można ładne zdjęcia robić. Niektóre blogerki to sobie specjalnie kupują meble by mieć gdzie ładne zdjęcia robić (SERIO!).

Czwarty dzień z rzędu placuszki owsiane. Zgodnie z prawem malejącej użyteczności krańcowej - mniej smaczne niż wczoraj, bardziej smaczne niż jutro.

13:08

Ok, mam na biurku 3 kubki. A to jest tylko moje biurko.

Czwarty kubek stoi po drugiej stronie pokoju na stoliku. A to jest tylko mój pokój.

To wynik ulokowania przestrzeni życiowej na więcej niż jednym piętrze.

Lenistwo. Kuchnia jest o zbyt dużo schodów na nisko.

20:07

To już drugi raz, gdy wracam do domu, a naprzeciwko Mojej Willi, pod płotem boiska sportowego, na którym dorastają przyszłe Lewandowskie... sika pan. Proceder się rozszerzył od wczoraj jednak, bo kiedyś pan (Pan?? Facet zwyczajny -.-) był jeden, a dziś dwóch.

Postuluję o więcej panów, a mniej facetów pod Moją Willą.

I jak taki daily blog? Spoko? Mnie bawi, ale ja toto pisałam :D

Happy End

Stan na dzisiejszy poranek - mam już pół naczyń z kuchni w Mojej Komnacie. Proceder się rozszerza.

wtorek, 4 października 2016

Yes, I've been black

Każdy ma post o czarnym poniedziałku! Mam i ja!

Znaczy, na ten moment mogę powiedzieć, że będę miała i ja, ale jak już to będziecie czytać, to będzie prawdziwe to pierwsze.

Nieważne, ja nadal jestem - jak to powiedziała moja współlokatorka Czarnulka - pociągająca (nie wiem, czy żart jest jasny, ale to wytłumaczę jak lamus - nadal mam katar). I nadal wióry mam w głowie (więcej niż zwykle),  więc się muszę trochę przez nie przekopywać, żeby jakieś sensowne zdania kleić.

O czarnym poniedziałku będzie, ale inaczej. Nie będę się pastwić nad samym tematem. Ten projekt ustawy, o jaki się rozchodzi bądź nie rozchodzi (zależy, czy ktoś chodzi... na marsz) musi być napisany jakimś magicznym atramentem. "Ja czytałam ten projekt!" mówią ci, co im się rozchodzi właśnie i drepczą w deszczu i krzyczą w deszczu. A dla odmiany ci, którym się nie rozchodzi i siedzą i krzyczą w domu też mówią "Ja czytałam ten projekt!".

Ja mam trochę przekory w sobie i na złość nie czytałam tego projektu. Jak będę miała kiedyś ochotę to się wypowiem, o co mi by chodziło, jakby mnie się ktoś zapytał o coś w tej sprawie.

Tak na marginesie - jeśli ktokolwiek chciał mnie zamęczyć tą sprawą i mnogością wniosków z tych ponoć dwóch stron tekstu, udało mu się. Drogi Panie bądź Pani w garniturze bądź garsonce tudzież w czym innym - gratuluję, nic już nie wiem i przez to zamykam mordę w temacie. Moje wrodzone pragnienie obiektywizmu, zniechęcenie mojego wewnętrznego homo politicusa oraz zawirowania prywatne (a nade wszytko katar i wióry w głowie) to idealnie środowisko dla siania nicniewiedzeniawiecsieniewypowiadania.

Mój wewnętrzny jeszcze do niedawna dość żwawy, a obecnie bardzo wątły homo politicus w głowie drgnął jednak w spichlerzu wiórowym na okoliczność.

Jak pan w garniturze bądź pani w garsonce albo oboje naraz tak po prostu zlekceważyli sobie te tysiące rozkrzyczanych pań i panów w deszczu. Jako jakieś tam nadpobudliwe, nadgorliwe krzykaczki. Albo co gorsza - potencjalne masowe zabójczynie dzieci nienarodzonych, spłodzonych w jakichś lewackich orgiach (ja mam potencjał na prawicowego publicystę, nie mówcie, że nie xD). No, i że jedna połowa to przyszła gnana batogiem feministycznej propagandy, a druga połowa to nawet nie wie, po co przyszła, ale zabawa jest przednia, transparenty kreatywne, a profilowe w odcieniach szarości dodaje klasy.

No ludzie.

Będzie przypowieść.

Był sobie pewien pasterz. W przypowieściach zawsze są pasterze. Albo ogrodnicy :) Pasterz miał stado owiec na pastwisku. Pewnego dnia pasterz pomyślał - przydałby mi się taki pies pasterski! I wziął pasterz fundusze unijne na innowacje w gospodarstwie rolnym i kupił psa pasterskiego. Wziął go wrzucił do zagrody i wszystkie owce wzięły się przestraszyły, bo im się jęło wydawać, że ten pies to ich zeżre i zaczęły forsować wrota od zagrody w pogoni. Ale mądry pasterz nie łypał na owce i nie mówił, że one głupie, bo się psa (za unijne pieniądze!) boją. Tylko wziął i wytłumaczył im (załóżmy, że to rozumne owce - już tak dużo napisałam i to taka ładna obrazowa historia, że taka mała nieścisłość jak to, że owce nie są aż tak rozumne, by rozumieć ludzki język nie może mi tego zepsuć), że to jest taki pies pasterski, on nie ma za zadanie robić im krzywdy, ma takie i takie parametry (zgodne z normami unijnymi!) i ma służyć temu i temu.

Ja to widzę tak.

Ja to bym chciała, żeby pan i pani w garniturze bądź garsonce nie łypali na mnie, bo się przestraszyłam, że coś mi chce zrobić krzywdę. Ale niech mi wytłumaczą, że to mi krzywdy nie zrobi.

No, chyba, że ten pies to tak serio jest gruby wilczur, co mnie będzie jednak kąsał. To wtedy wyjdę i ja. Na deszcz nawet.

Happy End

Robimy tak:
- bierzemy płatki owsiane, jajko i banana,
- blendujemy,
- smażymy na patelence,
- wyciągamy na talerz,
- delektujemy się najlepszym śniadaniem na świecie... <3

poniedziałek, 3 października 2016

Jesień u nas koronę ma tego roku jakby cierniową

Mam katar. Czyli w skali dla mężczyzn - za dwie minuty wyzionę ducha (choć przez zatkany nos mój rozbuchany duch nie przejdzie). W skali dla kobiet - jeszcze dam radę przebiec maraton i uratować dziecko z płonącego domu.

Mam katar. Mam go w nosie. Mam szczecinę w gardle. I łzy w oczach (i sztuczne katarowe i trochę te prawdziwe niekatarowe też). Mam wióry w głowie. Więcej niż zwykle :D

Zatem dużo rzeczy mam. Ale ja dziękuję za taki dostatek. Z przekąsem.

Mam też dużo do opowiedzenia. Wydmucham nos i wióry z głowy i opowiem, co było, gdy mnie tu nie było.

Teraz pociągnę nosem i z kubka herbaty.

Przyjdą zaś!

Happy End

Mam nowe butki-botki! W tym roku jesień na obcasach! :)

sobota, 1 października 2016

Nie bój się bać / Gdy chcesz to płacz

Tak, nie było mnie tu długo. Ale nie obiecywałam, że będę. Nieładnie trochę tak się właściwie z kimś przyjaźnić (bo trochę się z Wami tu przyjaźnię ;)), a potem się długo nie odzywać, ale właściwie, gdy kogoś się bardzo lubi to nawet po miesiącach rozłąki można usiąść i nie można się nagadać :) A ja umiem gadać, to wiecie.

Wprawdzie wpadłam tu raz, kilka dni temu, ale właściwie nie do Was. Nawet nie do siebie za bardzo. To złe pobudki były, należy się tego wystrzegać. Dlatego marny post, który może ktoś z Was uchwycił, przepadł w niepamięć i nawet nie mam po nim kopii w archiwach. Chyba, że ktoś z Was zrobił screena ;)

Nie było mnie tu, bo jakoś tak upychałam swoje słowa po innych szafach. Ja to mam taką teorię, że mam pewną ilość słów do wypisania codziennie. Muszę je gdzieś po prostu nadać i ostatnio bardziej nadawałam listem poleconym niż tutaj w streamingu.

Ja to mam też taką teorię, że w związku z "when all the evil II happend" (przypominam, że jest jeszcze bardziej enigmatyczne "when all the evil I happend" - kolejność nieprzypadkowa!) mam też pewną ilość (choć może tutaj nie ilość, a objętość) łez do wypłakania.

I to takich, co to się siada na podłodze i po prostu płacze. I nie ma nic, żadnej wzniosłej myśli, żadnych rozważań, nic nie ma. Próżnia - tylko łzy nie są takie spektakularne, jak na statkach kosmicznych, a zwyczajne, obklejające facjatę. Nabrzmiała maska z zawiesiny pustki, broczący preparat oczyszczająco-złuszczający.

I nie ma nic. Nie ma planów, nie ma prognoz - nawet tych złych, nie ma nadziei, nie ma nade wszystko żadnych aktywizujących bajerów na horyzoncie. Ja jestem.

Ktoś by powiedział, że to bezproduktywne, że trzeba się wziąć w garść, dużo chodzić, najlepiej w szpilkach, głośno się śmiać, mieć zajęte ręce, zagniatać ciasto i biegać po mieście krokiem w stylu Sarah Jessica Parker z Seksu w wielkim mieście (nigdy tego nie oglądałam oczywiście xD)

Ja mam taką teorię, że muszę odsiedzieć trochę w próżni. Napisałabym, że złapać oddech, ale w próżni mnie ma powietrza :D I pozwalam sobie czasem na to, choć to jest wyzwanie. Trudno odgruzowić wszystko na odległość pięciu kilometrów od głowy, zaugorować tę całą wielką przestrzeń i pozwolić sobie wystartować w ten zimny, bezkresny kosmos. Wejść w stan nieważności i tak sobie w nim trwać, nie określając, gdzie jest góra, a gdzie dół i w którą stronę teraz popłynąć.

Pozwalam sobie płakać. Jestem dla siebie widocznie coraz mniej surowa.

Happy End

Dlaczego właściwie nie odcedza się ziemniaków w durszlaku?...