niedziela, 21 sierpnia 2016

We’re gonna start the volley

W planach (a ja lubię planować) miałam dziś spanie do oporu. Mój opór okazał się być godziną ósmą. I wstałam, i ubrałam się, i żyłam całkiem nieźle dziś.

Jakaś taka się dziś czułam... kobieca. Aż żal, że nikt mnie nie widział, żaden brodacz. No, poza księdzem w kościele. Niby brodatym, no ale... Żadnego użytku z jego brody i tak nie ma :D

Umalowałam się totalnie dla siebie. Niby - jak wspomniałam - byłam u ludzi, w kościele, ale tam jakoś makijaż nigdy nie wydaje mi się konieczny (choć przecież jedną z funkcji katolickiej mszy jest zapewnienie sąsiadów, że w tym tygodniu jest się nie mniej atrakcyjnym niż 7 dni wcześniej).

I siedzę taka umalowana, pośpiesznie zachwycam się porządkiem w Mojej Pieczarze (spieszę się zachwycać, bo to niezmiennie zaskakująco ulotne zjawisko), czytam, udaję, że śpiewam brytyjską angielszczyzną, a Mamcia i Papa mówią "Niezmarnowane pieniądze!", martwię się, bo mi prąd miga i nadzoruję suszenie prania. Jestem widać okrutnie zajęta, robiąc okrutnie nic.

Rano dziś pomyślałam, co ja takiego robiłam przez wakacje, gdy byłam dzieckiem. Trzy miesiące! Połowę z tego przespałam - potrafiłam budzić się o jedenastej. "Zmarnowane godziny!".

Z rozrzewnieniem wspomnę sobie (i tak nie mam nic lepszego do roboty), co robiłam na przykład.

Wieczór w wieczór tłukliśmy ze znajomymi w wiosce Hen-Hen w siatkówkę. Dopóki piłkę było widać lub póki komary nas nie zjadały za dużymi kęsami. Najpierw boisko było u mojej koleżanki, a potem u nas - i to były czasy udoskanalania technologii plecenia siatki ze sznurków od prasy. I ustalania dodatkowych zasad gry, czyli:
- kto liczy punkty (Stalin by pewno rzekł, że nie ważne kto gra, ważne kto liczy punkty, ale uważane to było za zadanie nieprzyjemne, stąd musiała iść kolejka, a zaczynał ten, kto ostatni powiedział "Ja nie liczę!"),
- jak ustala się składy drużyn (Korzystaliśmy głównie z metody pn. "Numerki". Wybieraliśmy kapitanów, reszcie nadawano cichaczem numerki i kapitanowie wybierali),
- kto biegnie po piłkę, która wyleciała w pole/w pokrzywy/do rowu (czy też do rowy - w moich stronach rów jest kobietą i mamy rowę)/w zboże/za płot/za siatkę sąsiadki, a piłka wpadała wtedy ZAWSZE w to miejsce, gdzie między budynkiem a siatką było tyle miejsca, co obwód piłki i... oczywiście, gdzie rosły pokrzywy (Ogólna zasada: idzie ten, kto ostatni odbił. Chyba, że miejsce odznacza się wyjątkowym hardcorem - a nieformalny katalog tych miejsc był znany - to idzie chłopak. W pokrzywy idzie z kolei ten, kto ma długie spodnie. Chyba, że nie ma takiej osoby. To wtedy działa zasada ogólna).

Raz reprezentowaliśmy nawet naszą wioskę Hen-Hen w rozgrywkach turnieju wsi, jaki wówczas rozgrywany był w naszej gminie (Siatkówka była jedyną grą zespołową, w jakiej mieliśmy reprezentację. Populacja wioski Hen-Hen jest tak mała, że do piłki nożnej nie udałoby nam się zebrać 11 sensownych, niekulawych i dopuszczalne trzeźwych zawodników). Na turniej wsi inne wioski wystawiły dorosłych lub prawie dorosłych dryblasów, podczas gdy średnia wzrostu naszej drużyny wynosiła jakieś 165 cm, z tym, że była mocno zawyżona przez litościwy występ Papy. Jeden nasz kolega niemal przychodził na baczność pod siatką, a kibice naszych rywali widząc go na boisku zawołali do swoich nawet "Uważajcie na blok!" :D Nasz występ był jednak całkiem, a dla przeciwników zaskakująco udany, a na pewno - uroczy :)

Dostaliśmy potem nawet bardziej profesjonalny kawałek boiska za remizą i już totalnie profesjonalną siatkę!

Piękne czasy.

Fajnie być już dostatecznie starym by móc wspominać sobie rzeczy z nostalgią.

Happy End

Tak miło mi się zakończył dzień ze współlokatorką :) Obmyślamy plany podbicia globu! A w krótkim okresie - przynajmniej parapetówki ;)


22 komentarze:

  1. Jeśli sporty zespołowe, to tylko siatka. Noga i ręka (z mózgiem na ścianie) całkowicie odpadają, nawet do oglądania :P Chciałabym zobaczyć Cię w akcji :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie byłam najlepszym zawodnikiem niestety. Raczej sprzyjało mi to, że na wiosce było nas mało i brakowało ludzi do gry :D

      Usuń
  2. Kiedyś ogólnie całe dnie spędzało sie na powietrzu, z przerwą na obiad, a i na to żal było zabawy i czasem mama lub babcia rzucała z okna chleb w papierku...
    Dziś pustki na podwórkach, a czasem młodzież żali się do mediów, że nikt jej ferii nie organizuje.
    Te filiżanki z dzbankiem mnie urzekły, od czasu do czasu lubię kupić nowe do porannej kawy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, nasze dawne boisko chyba zarosło trawą :(

      Usuń
  3. ja z grami zespołowymi byłam na bakier xd zawsze kogoś piłką walnęłam;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie byłam wcale lepsza - ale się dobrze bawiłam :)

      Usuń
  4. Pamiętam te czasy, kiedy grało się w siatkę na dziwnych trawiastych bądź piaskowych boiskach, a siatką była dziwna siatka spleciona nie wiadomo z czego (ile razy w tym zdaniu użyłam słowa siatka?! Chyba zbyt dużo...). U nas w pokrzywy zawsze leciał ten, kto jako ostatni odbił. Wybieraliśmy kapitanów, a oni potem dobierali sobie składy, choć faktycznie pomysł z numerkami genialny i sprawiedliwy.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To była nasza innowacja z tym wybieraniem! :) I nikomu nie było przykro, że bym wybrany jako ostatni ;)

      Usuń
  5. Ja mam wrażenie, że jak było się małym to ten czas był jakby dłuższy, dłuższe wakacje, dłuższe wieczory, a teraz wszystko takie szybkie, krótkie...

    OdpowiedzUsuń
  6. ooo ja też pamiętam te czasy, kiedy każdą wolną chwilę spędzałam bujając się po osiedlu, siedząc na trzepaku i udając kurczaka, to były czasy!<3

    OdpowiedzUsuń
  7. Ubawiłam się , czytając. A gier zespołowych nie trafię, i jak wszyscy w tę siatkówkę czy coś, ja wolałam poczytać:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wprawiłam Cię w dobry nastrój :)

      Usuń
  8. Ja to w grach zespołowych byłam cienias ale np lubiłam zabawy typu ganiany, chowanego, a najbardziej to podchody :P
    W kosza i siatkę nie lubiłam grać :P np siatka zawsze była a raczej zaczynała się na wysokości mojego wzrostu więc mogłam przejść pod nią dumna i wyprostowana i nawet kłaczkiem nie zachaczyłam a zawsze mnie ustawiali pod siatką :P

    OdpowiedzUsuń
  9. W siatkówkę nie grałam, ale za to trenowałam piłkę ręczną. :) PS Pytam z ciekawości - dlaczego wstawiasz tytuły postów po angielsku? Nie każdy zna ten język.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tytuł posta jest zawsze z piosenki, która mi pasuje do tematyki lub chodzi po głowie. Rozumiem, że nie każdy ma rozumieć (hihi), ale czasem pasuje mi coś po angielsku i... Wstawiam. Często tytułuję jednak też po polsku :)

      Usuń
  10. Ze względu na stan zdrowia nie mogę grać w siatkówkę, ale jestem wierną fanką;) Uwielbiam oglądać transmisje sportowe:-)) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A polscy siatkarze to potrafią o zawał przyprawić...

      Usuń