niedziela, 14 sierpnia 2016

I choć bardzo się staram / Potrzebuję by ktoś czasem mnie, czasem mnie znalazł

Wydałam moją koleżankę, Moją Małą Blondyneczkę za mąż. Wprawdzie nie w wymarzonej sukience, w zbyt krótkich włosach i bez partnera u boku, ale... udało się!

To była tak zwyczajnie... dobra impreza! Mimo, że poza panną młodą nie znałam zupełnie nikogo, można powiedzieć, że się wytańczyłam. Został mi nienormalnie przyporządkowany partner - kolega pana młodego, który także przyszedł sam i nikogo nie znał. Bałam się osaczenia przez ów osobnika, który wyglądał i zachowywał się jak gwiazda disco polo Tomasz Niecik (to ten od piosenki "Cztery osiemnastki" - kto nie zna, niech sprawdzi w Internetach. Przed użyciem jednak proszę zapoznać się z opinią na temat tego dzieła - jest wybitnie zapadające w pamięć - minimum na tydzień - a nie jest to sztuka najwyższych lotów). Mierziły mnie gigantyczne poduszki na ramionach w jego oldschoolowym garniturze, niesubtelne monotematyczne (tylko o jednym!) żarty i niezmącona pewność siebie, ale w tańcu nie wygrywał mi rąk, podawał mi talerzyki, polewał wina i nie próbował wedrzeć się siłą w moje łaski. Skorzystałam zatem z jego uzbrojonego w puchowy pagon ramienia z początku, nim impreza rozkręciła się tak, że już wszyscy byli przyjaciółmi wszystkich :)

Moja Mała Blondyneczka wyglądała bajecznie. Prześlicznie. I była nie do zdarcia na parkiecie. Jakże niewiele się zmieniło od czasów, gdy świętowałyśmy te kilka lat temu studenckie środy w każdy dzień tygodnia jako współlokatorki :)

A ja dałam radę. W kościele rozpłakałabym się 15 razy i potem jeszcze ze 3 na imprezie, ale się nie rozpłakałam. Ogólnie nawet przesiadując czasem sama przy stole, czułam się dobrze. Komfortowo tylko ze sobą. To też dobre towarzystwo - taka ja sama dla siebie. Może nie zawsze się rozumiemy, ale mamy wiele tematów do dyskusji. I nic mi nie trzeba już. Niczyjego ramienia, by zatwierdzić moje istnienie. Nie patrzę wkoło, czy inni patrzą na mnie jak na loosera, za jakiego się miałam siedząc taka sama. Bo nie czułam się looserem. Rozkoszowałam się towarzystwem najważniejszej osoby w moim życiu - siebie.

Rozpłakałam się dopiero otworzywszy drzwi do Mojej Willi.

Dałam radę. Poradziłam sobie. Zestawiłam niemal sama sukienkę i buty, odważyłam się pomalować usta na czerwono bez potwierdzenia, czy to ok, poradziłam sobie z pociągiem (dla mnie to zawsze wielkie przeżycie taki pociąg), zataszczyłam sama walizkę, dałam radę jednocześnie dać prezent, kopertę i złożyć życzenia mając tylko dwie ręce, torebkę i będąc na szpilkach, złożyłam sama dar pieniążka orkiestrze za marsza powitalnego (piękna tradycja) i pożegnalnego (piękna tradycja, której w moich stronach nie ma), które były grane tylko dla mnie, wybierałam co chcę robić, a czego nie chcę, DAŁAM RADĘ. Samodzielnie.

Jestem z siebie dumna.

Ale rozpłakałam się mimo tego.

Bo nie chcę być czasem dumna z mojej samodzielności. Nie chce być samodzielna. Chcę nie musieć sobie radzić. Nie musieć stawiać czoła kolejnym wyzwaniom. Nie musieć znów być dzielną.

Wiem, że ze wszystkim sobie poradzę. Jestem silniejsza niż sama się sobie wydaję. Ale chciałabym czasem pobyć słaba. I żeby ktoś się mną zaopiekował. I nie zostawiał.

I żeby nie spotykały mnie nieszczęścia i te wyzwania. I żeby nikt mi nie robił już krzywdy.

Teraz bardziej będę zwracać uwagę na życzenia szczęścia. Zawsze traktowałam to w wymiarze wygranej w totka. A to może chodzi o szczęśliwe rzeczy. I zwłaszcza bycie omijanym przez te nieszczęśliwe.

Happy End

Zanotowałam w lekko "zawinionej" pamięci imprezowej ciekawe pytanie (zadanie przez "Tomasza Niecika" :D): "Skąd ty mieszkasz?".  Haha! Będę używać! :D

27 komentarzy:

  1. Opisałaś towarzyszące Ci emocje tak plastycznie, że miałam wrażenie, że słucham opowieści bliskiej przyjaciółki. Mojej bliskiej przyjaciółce powiedziałabym, że jestem dumna z tego, jak sobie poradziła a i nawet z tego, że na koniec się rozpłakała. To znaczy, że wiesz, czego chcesz i zależy Ci na tym, by wieść prawdziwe życie, gdzie "czasem słońce, czasem deszcz" (że zacytuję innego klasyka). A nie tylko udawane słońce 365 dni w roku.

    Trzymaj się, jestem pewna, że czerwona szminka to był strzał w dziesiątkę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za ten komentarz... :) Zaczynam akceptować, że bywa tak różnie :)

      Usuń
  2. Czyli prawie same pozytywne wnioski, poza powrotem do pustego mieszkania. Ale nos do góry, każdy ma swój czas :-)
    Co do tradycji weselnych, o jakich wspominasz, to nie znam, ciekawostka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy region ma jakieś swoje tradycje - fajnie, że mogłam się nimi podzielić :)

      Usuń
  3. Nie znam tego Niecika, ważne, że zdaje trafne pytania ;) i impreza się udała. a reszta w swoim czasie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zabawne, ale ja nie znam takich problemów jak Twoje. A tego typu pragnienia to miałam góra w wieku 17,18 lat. Szybko zrozumiałam, że tak naprawdę każdy z nas,a dotyczy to też płci męskiej, musi liczyć w życiu tylko na siebie i jak najprędzej nauczyć się podejmowania właściwych decyzji.I np. od małego wymagałam od dziecka, by samo o wielu sprawach, jej dotyczących, sama decydowała.W życiu nie przyszło mi na myśl, żeby z partnerem skonsultować to co dotyczy tylko mnie. Mój wygląd to zawsze była tylko moja sprawa, a nie mojego partnera.
    "Skąd ty mieszkasz?" - jakiś rusycyzm, typu "od kuda drogiszki?" Kolega widać z nad granicy wschodniej był.
    Strasznie dziwny obyczaj z tymi marszami powitalnymi i pożegnalnymi, jeszcze się z czymś takim nie spotkałam.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się czuję teraz tak na 17 lat właśnie. Albo i 15. Jednocześnie czując się stara :D

      Kolega przeciwnie wręcz - z zachodu, z zachodniopomorskiego. Ale chyba właściwie wschodowi poziomy trunków namieszały w składni ;)

      Usuń
  5. Bardzo fajny i niespotykany blog. Podoba mi się tu - obserwuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajnie. Są ludzie, którzy by móc zawrzeć związek małżeński, muszą walczyć, jakby to było tylko dla bogatych, wpływowych i wybranych. Mam oczywiście na myśli pary gejów i lesbijek. Przykro mi, że nasz kraj uniemożliwia im bycie w oficjalnym związku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam ochotę kiedyś i o tym tu skrobnąć :)

      Usuń
  7. To takie banalne, ale... wszystko ma swój czas. Ja lubię być samodzielna, a czasem nie mogę. I co lepsze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinnam czasem próbować patrzeć też z takiej strony na to.

      Usuń
    2. Powinnam czasem próbować patrzeć też z takiej strony na to.

      Usuń
  8. nieważne, że Tomasz Niecik, nieważne, że cztery osiemnastki! ważne, że impreza przednia! :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Możesz być z siebie dumna:-) A płacz pozwolił pozbyć się nagromadzonych, złych emocji...Teraz będzie już tylko lepiej:-))

    OdpowiedzUsuń
  10. Czasem taka samodzielność może nam dużo dać. Coś się kończy, coś zaczyna. Trzeba iść do przodu :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Skąd Ty mieszkasz, że musisz pociągami jeździć? :D

    Dobrze, że tam poszłaś i dałaś sobie szanse na zabawę :) dzięki temu widzisz że potrafisz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jestem zadowolona, że koleżanka mnie jednak namówiła :)

      Usuń
  12. Jak ładnie napisane :) Weselny klimat - mnie też to niedługo czeka. Ciocia mojego chłopaka po raz kolejny wychodzi za maż. U mnie sytuacja wygląda jednak nieco inaczej. Znam całą rodzinę, wiele osób kojarzę, z niektórymi już miałam okazję się bawić no i mam partnera. Obawiam się jednak, że pomimo tylu znajomości różnie to może być :3 Myślę, że wiesz o co mi chodzi :x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby z chłopakiem może być łatwiej i mniej stresu, ale sama na weselu zaobserwowałam parę, między którą zgrzytało, a ja się nieźle bawiłam :)

      Usuń
  13. Siedziałaś sama przy stole, bo potrzebowałaś towarzystwa kogoś inteligentnego. ;) Zawsze tak tłumaczę ludziom, kiedy nogi mnie bolą od butów albo nie chce mi się na nich patrzeć. ;)
    Samodzielność jest okropna. Mieszkam na wsi, a przez tydzień pracowałam w mieście, więc postanowiłam zamieszkać w tym pięknym miejscu, w mieszkaniu mojej cioci, która akurat wyjechała na wakacje. Pierwszy dzień przeżyłam, spoko. Dopóki nie przyszła noc i nie zdałam sobie sprawy, że - cholera - tak zaczyna się moje dorosłe życie. Ze łzami w oczach i bólem w sercu, bo właśnie coś się zakończyło. Nie chcę, żeby ktoś mnie uwolnił od samodzielności, choć życie byłoby prostsze, ale chciałabym, żeby znalazł się ktoś, kto jest obok, w drugim pokoju. Ktokolwiek. Kogo oddech czy przewracanie z boku na bok słyszę choćby za ścianą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale Cię rozumiem. Mam szczęście mieć świetne współlokatorki, które nawet jak nic nie mówią, to są gdzieś tam za ścianą :)

      Usuń