czwartek, 25 sierpnia 2016

I've got so much love to give

Mam za dużą patelnię (tak, tę super hiper wyrąbaną w kosmos bajerancką turbo-patelnię). Mam za duże łóżko. Mam za ładne nogi. Mam wszystkiego za dużo i za bardzo.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozłożyłam łóżko, bo jest tak przykrze wielkie. Śpię jak na kanapie. Dodając do tego to, że nie mam jeszcze mojego wymarzonego biurka (z Ikei) i pracuję na łóżku (kanapie :/) używając podkładki pod komputer (z Ikei), nie lubimy się ostatnio z moim kręgosłupem.

Ale wróciłam do lubienia jedzenia! Zaczęło się od... jarmużu. Tak, to ta hipsterska roślina, która rośnie chyba na nasłonecznionych zboczach lewobrzeżnej Warszawy, a te jej części są dorodniejsze, które wzrastały majestatycznie bliżej wegańskiej lodziarni lub lokalu serwującego sushi.

Dziś po raz pierwszy od "when all the evil II happend" (jest jeszcze "evil I", numeracja raczej nieprzypadkowa) zjadłam obiad tak, że można było zobaczyć dno talerza. A był to właśnie jarmuż przysmażony z cebulką i serkiem Piątnica "Twój smak"  (albo "Naturalny smak", "Dobry smak", "Jakiśnapewnopozytywny smak"). To, że w daniu był czosnek to nie dodaję nawet - czosnek jest zawsze. Możnaby mi stjuningiwać moją super hiper wyrąbaną w kosmos bajerancką turbo-patelnię dodając do niej automatyczny dozownik czosnku (wtedy to by była super hiper mega extra wyrąbana w zaświaty przebajerancka turbo-patelnia z dozownikiem!).  I to wszystko z makaronem.

Zjadłam. Było pyszne. Jutro zjem to samo.

Nie mogę się doczekać! XD

Mam za dużo wszystkiego. Za dużo dobroci nawet. I ładności wkoło. Pogoda jest za ładna. Za dużo chcenia. Chcę dać. Ale i zabrać. Żeby ktoś mi chciał dać.  I żeby ktoś chciał.

Oddam w dobre ręce swe ręce. I nogi. A mam ładne.

Happy End

Robiłyśmy dziś z mą koleżanką zza ściany Czarnulką... Nie wiem czy mogę napisać, bo to trochę nielegalne chyba. W każdym razie - 1,5 kg aronii, 2 kg cukru, pół łyżeczki kwasku cytrynowego i 400 liści z wiśni (obliczone!). Jeszcze jeden sekretny składnik i... mamy swojską atrakcję na parapetówkę! Prosto z naszego ogrodu!

niedziela, 21 sierpnia 2016

We’re gonna start the volley

W planach (a ja lubię planować) miałam dziś spanie do oporu. Mój opór okazał się być godziną ósmą. I wstałam, i ubrałam się, i żyłam całkiem nieźle dziś.

Jakaś taka się dziś czułam... kobieca. Aż żal, że nikt mnie nie widział, żaden brodacz. No, poza księdzem w kościele. Niby brodatym, no ale... Żadnego użytku z jego brody i tak nie ma :D

Umalowałam się totalnie dla siebie. Niby - jak wspomniałam - byłam u ludzi, w kościele, ale tam jakoś makijaż nigdy nie wydaje mi się konieczny (choć przecież jedną z funkcji katolickiej mszy jest zapewnienie sąsiadów, że w tym tygodniu jest się nie mniej atrakcyjnym niż 7 dni wcześniej).

I siedzę taka umalowana, pośpiesznie zachwycam się porządkiem w Mojej Pieczarze (spieszę się zachwycać, bo to niezmiennie zaskakująco ulotne zjawisko), czytam, udaję, że śpiewam brytyjską angielszczyzną, a Mamcia i Papa mówią "Niezmarnowane pieniądze!", martwię się, bo mi prąd miga i nadzoruję suszenie prania. Jestem widać okrutnie zajęta, robiąc okrutnie nic.

Rano dziś pomyślałam, co ja takiego robiłam przez wakacje, gdy byłam dzieckiem. Trzy miesiące! Połowę z tego przespałam - potrafiłam budzić się o jedenastej. "Zmarnowane godziny!".

Z rozrzewnieniem wspomnę sobie (i tak nie mam nic lepszego do roboty), co robiłam na przykład.

Wieczór w wieczór tłukliśmy ze znajomymi w wiosce Hen-Hen w siatkówkę. Dopóki piłkę było widać lub póki komary nas nie zjadały za dużymi kęsami. Najpierw boisko było u mojej koleżanki, a potem u nas - i to były czasy udoskanalania technologii plecenia siatki ze sznurków od prasy. I ustalania dodatkowych zasad gry, czyli:
- kto liczy punkty (Stalin by pewno rzekł, że nie ważne kto gra, ważne kto liczy punkty, ale uważane to było za zadanie nieprzyjemne, stąd musiała iść kolejka, a zaczynał ten, kto ostatni powiedział "Ja nie liczę!"),
- jak ustala się składy drużyn (Korzystaliśmy głównie z metody pn. "Numerki". Wybieraliśmy kapitanów, reszcie nadawano cichaczem numerki i kapitanowie wybierali),
- kto biegnie po piłkę, która wyleciała w pole/w pokrzywy/do rowu (czy też do rowy - w moich stronach rów jest kobietą i mamy rowę)/w zboże/za płot/za siatkę sąsiadki, a piłka wpadała wtedy ZAWSZE w to miejsce, gdzie między budynkiem a siatką było tyle miejsca, co obwód piłki i... oczywiście, gdzie rosły pokrzywy (Ogólna zasada: idzie ten, kto ostatni odbił. Chyba, że miejsce odznacza się wyjątkowym hardcorem - a nieformalny katalog tych miejsc był znany - to idzie chłopak. W pokrzywy idzie z kolei ten, kto ma długie spodnie. Chyba, że nie ma takiej osoby. To wtedy działa zasada ogólna).

Raz reprezentowaliśmy nawet naszą wioskę Hen-Hen w rozgrywkach turnieju wsi, jaki wówczas rozgrywany był w naszej gminie (Siatkówka była jedyną grą zespołową, w jakiej mieliśmy reprezentację. Populacja wioski Hen-Hen jest tak mała, że do piłki nożnej nie udałoby nam się zebrać 11 sensownych, niekulawych i dopuszczalne trzeźwych zawodników). Na turniej wsi inne wioski wystawiły dorosłych lub prawie dorosłych dryblasów, podczas gdy średnia wzrostu naszej drużyny wynosiła jakieś 165 cm, z tym, że była mocno zawyżona przez litościwy występ Papy. Jeden nasz kolega niemal przychodził na baczność pod siatką, a kibice naszych rywali widząc go na boisku zawołali do swoich nawet "Uważajcie na blok!" :D Nasz występ był jednak całkiem, a dla przeciwników zaskakująco udany, a na pewno - uroczy :)

Dostaliśmy potem nawet bardziej profesjonalny kawałek boiska za remizą i już totalnie profesjonalną siatkę!

Piękne czasy.

Fajnie być już dostatecznie starym by móc wspominać sobie rzeczy z nostalgią.

Happy End

Tak miło mi się zakończył dzień ze współlokatorką :) Obmyślamy plany podbicia globu! A w krótkim okresie - przynajmniej parapetówki ;)


sobota, 20 sierpnia 2016

I try to say goodbye and I choke

Zwiększenie powierzchni życiowej ma swoje mniej różowe (choć mniej różowe to dla mnie akurat lepsze, jako że uważam, że akurat kolor różowy się Panu Bogu nie udał) strony. Sprzątałam dziś cały dzień Moją Willę. Ruszyłam nawet czarny kurz i stragan bibelotów w spiżarni, przystosowując ów zakątek do aktywnego użytkowania.

Byłam także w hipermarkecie, skąd znów przytargałam "skład przedmiotów" (to z Dżemu - choć raz pamiętam, z kogo cytuję :D). Chyba wybieram całkiem ładne rzeczy w Oszołomie. Ostatnio jakaś pani podeszła do mnie, gdy płynęłam galerią na żaglu z suszarki do prania i spytała, po ile takie i skąd. Dziś znów podeszła do mnie jakaś inna pani, by spytać o duży kosz, jaki sobie wymarzyłam i wynalazłam do spiżarni. W ogóle w Oszołomie są ładne takie koszyki plastikowe. Polecam. Ja bez Imienia.

Zakupiłam także 3 baby (czytaj: bejbi) kaktusy. Oto i one: Maju, Kaju i Baju lub inaczej Me, Myself and I.


Ogólnie zaczynam się wkręcać w kwiatki! Jeszcze do niedawna kaktus Włodzimierz był smutnym i mizernym (bo przeżył już śmierć kliniczną i rozczłonkowanie) jedynakiem. Teraz ma już ładne grono przyjaciół: miętę Martę, która już raz prawie umarła (ale odrodziła się cholera, przeklęte pnącze), kwiatczycę Józefinę o Czerwonym Kwieciu (prezent od koleżanek), mini-storczyka Jaśka (z pochodzenia Ikeańczyk) i teraz trojaczki kaktusy :)

I wszystko się robi całkiem ładne. A niektóre zakątki Mojej Willi, a szczególnie Mojej Pieczary, są prawie blogerskie. Upatrzyłam sobie jeszcze stoliczek i biurko w Ikei. Będzie pięknie.

Nie wiem, czy to dobrze, że tak trochę leczę się przedmiotami.

Założyłam dziś sukienkę. Trochę się przymusiłam. Nie mam za bardzo ochoty na sukienki. Najpierw się prawie rozpłakałam (ogólnie w kwestii płaczu jestem na takim stand-baju - jak się przestanę ruszać,  a zacznę ruszać głową to się ze mnie wylewa), bo nie zobaczyłam wcale nikogo ładnego w tej sukience. Ale potem nawet mi się spodobało. Musiałam w ogóle wyglądać bardzo dzielnie, kierując tym wielkim wózkiem w takiej sukience i sandałkach. A dziś dostrzegłam, jaka jestem drobna.

Wczoraj się pomalowałam trochę. Też się zmusiłam.

A dziś zjadłam dobry zdrowy obiad (makaron ze szpinakiem ze szpinakiem - w sensie, makaron był o smaku szpinaku i zjadłam go ze szpinakiem xD). Też się zmusiłam. To okropnie dziwne, bo wiem doskonale, że muszę jeść i zdrowo jeść, a nie ma żadnej rzeczy, na którą miałabym ochotę. Poza frytkami. I swojską kiełbasą z pomidorem xD

Muszę też gotować, bo kupiłam sobie super hiper wyrąbaną w kosmos bajerancką turbo-patelnię. Była zbyt droga by jej nie używać.

Pragmatyczna część mnie stawia mnie do pionu. Jednakże tak cudownie z respektem odnosi się do tej uczuciowej części. Wie, że jest taka słaba i obolała, że musi czasem usiąść na podłodze, bo się załamuje. Dzielnie jednak ciągnie ją do życia za nogę.

Happy End

Zrobiłam sobie peeling o zapachu czekolady. Znalazłam ostatnio przy kasie w Biedrze. Z Perfecty. Pachnę czekoladką :)

niedziela, 14 sierpnia 2016

I choć bardzo się staram / Potrzebuję by ktoś czasem mnie, czasem mnie znalazł

Wydałam moją koleżankę, Moją Małą Blondyneczkę za mąż. Wprawdzie nie w wymarzonej sukience, w zbyt krótkich włosach i bez partnera u boku, ale... udało się!

To była tak zwyczajnie... dobra impreza! Mimo, że poza panną młodą nie znałam zupełnie nikogo, można powiedzieć, że się wytańczyłam. Został mi nienormalnie przyporządkowany partner - kolega pana młodego, który także przyszedł sam i nikogo nie znał. Bałam się osaczenia przez ów osobnika, który wyglądał i zachowywał się jak gwiazda disco polo Tomasz Niecik (to ten od piosenki "Cztery osiemnastki" - kto nie zna, niech sprawdzi w Internetach. Przed użyciem jednak proszę zapoznać się z opinią na temat tego dzieła - jest wybitnie zapadające w pamięć - minimum na tydzień - a nie jest to sztuka najwyższych lotów). Mierziły mnie gigantyczne poduszki na ramionach w jego oldschoolowym garniturze, niesubtelne monotematyczne (tylko o jednym!) żarty i niezmącona pewność siebie, ale w tańcu nie wygrywał mi rąk, podawał mi talerzyki, polewał wina i nie próbował wedrzeć się siłą w moje łaski. Skorzystałam zatem z jego uzbrojonego w puchowy pagon ramienia z początku, nim impreza rozkręciła się tak, że już wszyscy byli przyjaciółmi wszystkich :)

Moja Mała Blondyneczka wyglądała bajecznie. Prześlicznie. I była nie do zdarcia na parkiecie. Jakże niewiele się zmieniło od czasów, gdy świętowałyśmy te kilka lat temu studenckie środy w każdy dzień tygodnia jako współlokatorki :)

A ja dałam radę. W kościele rozpłakałabym się 15 razy i potem jeszcze ze 3 na imprezie, ale się nie rozpłakałam. Ogólnie nawet przesiadując czasem sama przy stole, czułam się dobrze. Komfortowo tylko ze sobą. To też dobre towarzystwo - taka ja sama dla siebie. Może nie zawsze się rozumiemy, ale mamy wiele tematów do dyskusji. I nic mi nie trzeba już. Niczyjego ramienia, by zatwierdzić moje istnienie. Nie patrzę wkoło, czy inni patrzą na mnie jak na loosera, za jakiego się miałam siedząc taka sama. Bo nie czułam się looserem. Rozkoszowałam się towarzystwem najważniejszej osoby w moim życiu - siebie.

Rozpłakałam się dopiero otworzywszy drzwi do Mojej Willi.

Dałam radę. Poradziłam sobie. Zestawiłam niemal sama sukienkę i buty, odważyłam się pomalować usta na czerwono bez potwierdzenia, czy to ok, poradziłam sobie z pociągiem (dla mnie to zawsze wielkie przeżycie taki pociąg), zataszczyłam sama walizkę, dałam radę jednocześnie dać prezent, kopertę i złożyć życzenia mając tylko dwie ręce, torebkę i będąc na szpilkach, złożyłam sama dar pieniążka orkiestrze za marsza powitalnego (piękna tradycja) i pożegnalnego (piękna tradycja, której w moich stronach nie ma), które były grane tylko dla mnie, wybierałam co chcę robić, a czego nie chcę, DAŁAM RADĘ. Samodzielnie.

Jestem z siebie dumna.

Ale rozpłakałam się mimo tego.

Bo nie chcę być czasem dumna z mojej samodzielności. Nie chce być samodzielna. Chcę nie musieć sobie radzić. Nie musieć stawiać czoła kolejnym wyzwaniom. Nie musieć znów być dzielną.

Wiem, że ze wszystkim sobie poradzę. Jestem silniejsza niż sama się sobie wydaję. Ale chciałabym czasem pobyć słaba. I żeby ktoś się mną zaopiekował. I nie zostawiał.

I żeby nie spotykały mnie nieszczęścia i te wyzwania. I żeby nikt mi nie robił już krzywdy.

Teraz bardziej będę zwracać uwagę na życzenia szczęścia. Zawsze traktowałam to w wymiarze wygranej w totka. A to może chodzi o szczęśliwe rzeczy. I zwłaszcza bycie omijanym przez te nieszczęśliwe.

Happy End

Zanotowałam w lekko "zawinionej" pamięci imprezowej ciekawe pytanie (zadanie przez "Tomasza Niecika" :D): "Skąd ty mieszkasz?".  Haha! Będę używać! :D

środa, 10 sierpnia 2016

I niechby nie był wśród ludzi najgorszy

Mam nową suszarkę (jak wspomniałam wczoraj), lampę (która przyjechała dzisiaj i ma na imię Malwinka) i fryzurę.

Odnośnie fryzury - przykozaczyłam trochę z moją pewnością, że w mojej koncepcji ścinania na prosto nie może być za krótko. Trochę jest. W lustrze widzę Ja bez Imienia z szóstej klasy podstawówki z dodatkowym, zlokalizowanym niesymetrycznie na czole pryszczem, który nie chce zejść. Choć teraz, gdy zrobiłam sobie pierwszą próbę ułożenia tej szczeciny w obliczu sobotniego wydawania mojej koleżanki za mąż, stwierdzam, że czyste, wysuszone i nawet nieporadnie polakierowane wyglądają całkiem-całkiem. Wniosek jest zatrważający. Istnieje niebezpieczeństwo, że by pozbyć się Ja bez Imienia z podstawówki z mojego lustra będę musiała myć włosy codziennie, a na wielkie wyjścia (czyli dalej niż do Biedry) układać je przy pomocy jakichś specyfików, których na pewno używam nieporadnie i niepoprawnie. Sama samej zgotowałam ten los -.-

Więc mam nową suszarkę, nową lampę Malwinkę i nową fryzurę.

Dziś się zastanawiałam, jakby to było mieć nowego chłopaka.

Ja w moim zamiłowaniu do planowania oczywiście najchętniej skonstruowałabym własnego, idealnego robocika z brodą, ciemnymi włosami i wielkimi niebieskimi oczami, z związku z którym z niewiadomych przyczyn urodziłaby mi się albo ruda córka, albo córka Azjatka. Używałby on tych wszystkich kwestii, które wymyślam nocą dla dialogów, które nigdy się nie wydarzą, tańczyłby i jeździł ze mną bez szemrania nawet do najbardziej nieturystycznych miejsc (jak kiedyś Pan M. - nie bez szemrania jednak, bo był źle zaprogramowany - pojechał ze mną do Łodzi).

Zakładając jednak, że jestem w stanie zaakceptować, że nie mam uprawnień do takiego programowania, pomyślałam sobie o minimalnych wymaganiach sprzętowych, które powinny zapewnić mi satysfakcjonującą grywalność (nie mam pojęcia, co ja piszę -.-).

Mój przyszły "Mój" musi:
- lubić czosnek,
- mówić "wziąć",
- chodzić na wybory,
- pisać poprawnie i używać znaków przestankowych (przecinki są dodatkowo punktowane!),
- umieć skręcić szafkę z Ikei,
- uśmiechać się.

Dodatkowo w przypadku osobnika rocznik 1991 i niżej - mieć zdaną maturę podstawową z matematyki (to taki test na inteligencję finansowany z Ministerstwa Edukacji Narodowej).

Heh.

Happy End

Nadal nie mam mojej wymarzonej sukienki... :(

wtorek, 9 sierpnia 2016

Mówię tak. Mówię nie.

Lubię swoje decyzje!

I "moja mała głowa" nie miała zdanie wcześniej na myśli treści tych decyzji.

Dwa zdania wcześniej miała na myśli ta "moja mała głowa" sam fakt podjęcia decyzji.

Bo nie wiem, czy powinnam lubić treść decyzji o przeprowadzce do Mej (już tylko mej) Willi, podjętej te kilka miesięcy temu. Ale lubię samą tę decyzję.

To była moja pierwsza, wielkokalibrowa, niezgodna z przepisami książki (a właściwie - najpopularniejszej książki świata pt. "Biblia", dzieło zbiorowe) decyzja, o której paplałam wszystkim z buntowniczą dumą i pewnością. Bo podjęłam własną decyzję. Ja! Ja bez Imienia!

Lubię moje decyzje. A zwłaszcza te dla mnie takie buntownicze. Jak kupienie dużej lampy, nie najbardziej niezbędnego przedmiotu. Zwłaszcza teraz, gdy Pan M. zabrał swoją wyrąbaną w kosmos bajerancką turbo-patelnię, durszlak, żelazko i okrutnie drogą suszarkę na pranie, o czym zorientowałam się, jak nastawiłam swoje pranie (tym samym byłam zmuszona przytaszczyć do hacjendy własnoręcznie nową, najtańszą w Oszołomie suszarkę i dałam radę jeszcze złapać po drodze kilka pokemonów :)).

Lubię moje decyzje. A praktykuję je tak na całego od niedawna. I robię to szaleńczo.

Choć może dla widzów to chyba wcale nie takie spektakularne. Ot, tylko taka lampa, trochę więcej "chcę",  mniej "to obojętne". Ale główne aktorki - dwie małe komórki "w mojej małej głowie" - trzymają się za mitochondria (łee...) i tańcują zapamiętale w szaleństwie.

Lubię moje decyzje.

Happy End

Jak to w przypadku mebli - a suszarka na ubrania to taki chuderlawy, ale chyba mebel - opakowanie zawierało części, których nie użyłam w równie mizernym co sama konstrukcja suszarki procesie montażu. Położyłam na półeczce. Może kiedyś dojdę, gdzie to ustrojstwo może pasować :D

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Life is a game and love is a riddle

Pojechał Pan M. I jako okrutnie pedantyczny człowiek zabrał niemal wszystko. Został tylko kot zdechlak breloczek, co mu go kupiłam za 2 złote i mały obrazek Matki Boskiej, którego miejsce z niewiadomych przyczyn zawsze było przy telewizorze, nawet jeśli ten nie działał i ekran miał zaklejony świątecznym papierem (z takich samych niewiadomych powodów co lokalizacja Matki Boskiej). Czyli pojechał bez Boga. A powinien z Bogiem.

A ja nie płaczę. Nawet z przyzwoitości bym chciała zapłakać i przypominam sobie wszystkie najsmutniejsze rozważania i autobiograficzne prognozy na najbliższe 30 lat i nie płaczę.

A płakałam. Gdy zeszłam dziś rano na dół  i zobaczyłam efekt mrówczych wieczornych prac Pana M. złożony ze sterty pakunków. Jakiś bardziej płaczogenny był niż teraz pusta połowa meblościanki w stylu późnego Gierka.

I wczoraj płakałam, gdy Pan M. napomknął, że pisze ze swoim kolegą o biurze ich firmy, które jest za daleko by móc dojeżdżać do Królewskiego Miasta na lody na Starowiślną, a gdzie on tak strasznie chciałby być, a ja mniej. I pomyślałam, że pewnie tam pojedzie. I nie ma już nadziei na nas dwoje. Moja koleżanka - była i przyszła współlokatorka - Czarnulka mówi, że taka nadzieja mija i jest miejsce na siebie samą i na kogoś innego, kto ma zupełnie inny zestaw linii papilarnych i cech.

I płakałam, gdy zniszczyłam małą niewinną poduszkę z R2D2, którą od niego dostałam, a z którą jakiegokolwiek czulszego obcowania (czulszego niż wyrzucanie jej na drugi koniec pokoju) odmawiałam od jakiegoś czasu, a "Przecież to Twój R2D2, Twój ulubiony... ". R2D2 miał miękki plusz w środku. I jak to zobaczyłam, ten okrutny obraz niewinnego R2D2 takiego krwawiącego pluszem to... Ojejku, jakie to było dziwne. Jakby mi dziecko umarło, bo nie przypilnowałam. I że zginął już bezpowrotnie i nie da się go naprawić. Przedziwnie tak.

A teraz nie płaczę. Pan M. płakał i przeżywał zauważalnie, a to rzadkie u osobników z szerokimi barkami i brodami. Jeszcze sporo później czułam jego pot w mojej (już teraz tylko mojej) pieczarze. Zanim zaczęłam czuć spaleniznę (już dwa razy obeszłam całe obejście jako pani sama na włościach by sprawdzić, czy hacjenda mi się nie fajczy -.-)

Może nie płaczę, bo widzę, że on płacze i znów mam tę nadzieję?... Takie mam podejrzenie, że to źródło mojego niepłaczu.

Rzekł, że jestem ważna. I że chciałby ze mną łapać pokemony i pić sok z wielkich i ciężkich dwóch kartonów, które mi kupił wczoraj po tym jak zniszczyłam R2D2 i po dwóch dniach moich wieczornych próśb, by w drodze z pracy kupił mi soczek jabłkowy. Ale że jak to będzie dla mnie bolesne to nie będzie pisał, dzwonił i pił mojego soku.

Muszę robić to co chcę. I nie robić tego, czego nie chcę. Kupiłam lampę i czerwone buty. I będę miała radosną sobotę, bo muszę wydać koleżankę za mąż mimo wszystko, bo mówi, że beze mnie to się nie liczy. Same wyzwania dla samej mnie.

Happy End

Upatrzyłam sobie w internecie u pewnej dziewczyny sukienkę, której ona już nie chce. I ja ją chcę tak okrutnie! Tylko chcę ją natychmiast w tym tygodniu by móc godnie wydać koleżankę za mąż. A dziewczyna ów się na nie odzywa. Więc niniejszym chciałabym wykorzystać swoją pulę życzeń na ten miesiąc (wiem, dopiero się zaczął) i prosić o oświecenie ów dziewczyny, bo ja tak chcę tę sukienkę...

czwartek, 4 sierpnia 2016

Gdy wyzwanie rzuci los

Kto przeczytał tytuł posta i ma już właściwą piosenkę w głowie - HIGH FIVE! :)

Pokemon!

Musimy ocalić świat! :D

Tak, przez następne 3 dni będziecie mieli tę piosenkę w głowie #pureevil

Plan był (a ja lubię plany) by Pan M. zainstalował tę grę na swoim telefonie, a ja będę chodzić i zbierać pokemony razem z nim.

Wykonanie z kolei było takie, że po 10 minutach moje telefono (a jednocześnie bliźniak telefono Pana M. - bo to model Taki Sam jak Pana M. Tylko Czarny) już miało zeżarte ileś tam kilo pamięci (nie znam tych jednostek - więc może to nie było kilo, a giga lub mega, niewiadomo) i ileś tam PUNKTÓW PROCENTOWYCH (element misji edukacyjnej bloga) baterii. Jeden z niewielu planów, którego niewykonanie mnie nie zezłościło.

Gram w to! Kto gra też?? HIGH FIVE!

Moja niekompetenta recenzja jest następująca.

Pokemon Go jest jak Frugo. A nawet lepsze. To - tak jak Frugo - powrót dawnych czasów. Ale w niemal dokładnie takiej samej aurze jak wtedy. Bo jak już kto dorósł to nie prosi już mamy o pieniążka na Frugo, a sam idzie i kupuje, i ile chce, i choćby pracował na kasie w Biedrze ma więcej pieniążka niż wtedy, gdy miał 10 lat. A w Pokemon Go - aura podobna co wtedy hen-dawno. Kupuję kolejne chipsy, ale nie wiem, czy będzie w nich i jaki będzie pokemon. Idę na kolejne łowy ze swoim smartem i nie wiem, jakie pokemony spotkam na swojej drodze - o ile w ogóle. Wciąga. Jak jedzenie chipsów wtedy (choć mnie wciąga jedzenie chipsów i bez pokemonów :D)

I tyle emocji! Takich, że aż wstyd jak sobie człowiek przypomni, że w biurku leży umowa o pracę Poważnego Człowieka na Poważnym Stanowisku, a na dowodzie wbite 1991 i nie chce być inaczej.

I pięknie! Bo Pokemony to moje czasy! I nie wstydzę się teraz tego, choć może mało edukacyjna i patriotyczna była to bajka. A nawet jestem dumna! Kiedyś na łowach spotkaliśmy z Panem M. takich wyrostków 15 lat i jeden do kolegów wolał, że ma Pikachu. I myślę sobie wtedy z politowaniem - bo mogę!  - "Chłopcze, co Ty wiesz o Pokemonach..." ;)

Ogólnie jednak spotkanie innych Poważnych Ludzi z Poważnych Stanowisk i innych dorosłych podczas pokemonowych łowów jest dziwne. Zatrzymujecie się w tym samym miejscu ze smartem w dłoni, oboje wiecie, że robicie dokładnie to samo, nawet ukradkiem się patrzycie na siebie, ale cicho cicho ;)

We mnie Pokemon Go nawet fizycznie budzi dziecko. Kiedyś po wykluciu się jajka (bo pokemony są też z jajek, które się... wychadza :D Aplikacja liczy kilometry, które przebywa łowca i - w zależności od zajebistości jajka - po 2, 5 czy 10 kilometrach wykluwa się nowe pokemoniątko :)) zawołałam na cały głos na ulicy: "PSYDUCK!!!".

Skąd ja wiedziałam, że się tak nazywa? Jakim cudem pamiętam większość tych nazw? I CAŁĄ tę piosenkę z tytułu? (Śmiało, wróć do tytułu, niech Ci się utrwali na kolejne 3 dni! #evenpurerevil)

Ostatnio znów idąc zupełnie sama uśmiechnęłam się do telefonu, bo wykluł mi się pokemon z cutest attest zwany Jigglipuff :)))))

Innym razem debatowaliśmy na noże z Panem M., czy pokemon Meow (ten kot z brygady R., co działa "By uchronić świat od dewastacji!" - nie wiem skąd, znam to na pamięć całe...) ewoluuje. Jak dzieci.

Oczywiście, Pokemon Go spotyka się z krytyką osób, które nazwałabym Hipsterami Typu B lub Wtórnym Hipsterami. No, bo Hipsterzy Typu A jako pierwsi pomykali za pokemonami. Hipsterzy Typu B poczytują sobie za powód do dumy to, że nie robią tego, co za Hipsterami Typu A robią tłumy. Ach więc wyznacznikiem ich wysokiej wartości jest stronienie od siłowni, jarmużu i właśnie pomykania za pokemonami.

Hipsterzy Typu A i tłum (i Ja bez Imienia) odpowiedzą: "Czy to nie wspaniałe, że sprytna aplikacja wyciąga ludzi z domów i zachęca do ruchu?" (sama już wychodziłam dwa 10-kilometrowe jajka - i kilka innych o mniejszej zajebistości).

Hipsterzy Typu B (z których wielu ma na imię Janusz) odchrząkną: "I łażą po drogach, nie paczą, bo w tych smartfonach siedzą!"

I co? I Ja bez Imienia krzyknie za nimi niespodziewanie "Zgoda!".

Natchnął mnie bowiem ostatnio komentarz na którejś ze stron dostarczających mi codzienne porcje heheszków i obserwacji zachowań internetowych, którego ducha chciałabym tu oddać.

Bo na równi postawiłabym tych, co siedzą i w ramach rozrywki układają opery z pierdów w kanapę i tych, którzy bezmyślnie lampią się w telefony, nie zwracając uwagi na to, że w świecie pozapokemonowym są samochody, mosty, małe dzieci, własność prywatna i poczucie przyzwoitości.

To tyle :)

A nie!

Tooo przyjaciel Twój! Ramię w ramię w wielki bój! #thepurestevil

Happy End

Dokładnie 7 lat temu o godzinie 13 po raz ostatni wsiadłam do samochodu egzaminacyjnego (którego zapach śnił mi się po nocach...), by po kilkudziesięciu minutach wysiąść z niego pijana bez alkoholu jako licencjonowany kierowca kategorii B! A było to w Mieście Wielkiej C, w dniu urodzin mojej koleżanki z ławki i wyjścia ze wspomnianego miasta pieszej pielgrzymki do Częstochowy, kilka godzin po tym jak czarny kot przeszedł mi drogę. Taki... powód do świętowania na dziś :)

wtorek, 2 sierpnia 2016

Księga życia kart ma sto

Miałam taki plan (bo ja uwielbiam mieć plany i uwielbiam się złościć, gdy mi nie wychodzą), coby napisać post o książkach, które przeczytałam! A że poza planowaniem uwielbiam okrągłe daty i okrągłe przedziały czasowe, to wymyśliłam dziś sobie, że będzie to rok od założenia konta na lubimyczytac.pl. I co? Czas gna, niech to szlag!, jak szalony i już dawno minął rok. To będę się złościć podwójnie, że mi plan nie wyszedł i że przedział czasowy nie jest okrągły.

Ale wszystko jest do uratowania! Zapisuję w moim ukochanym telefonie (przypominam model: Taki Sam jak Ma Pan M. - Tylko Czarny) przypomnienie, by za rok zrobić post książkowy, który będzie dokładnie rok po tym, jak napisałam pierwszy tego typu post.

No, i pełnia zadowolenia teraz.

Książki posortowałam według subiektywnych katalogów książek, które lubię. A obok subiektywna ilość gwiazdek, jakie im przyznałam :) Pod każdym tytułem - link do strony książki z portalu lubimyczytac.pl :)

By the way (jak mawiają starożytni Rosjanie), ostatnio tak mnie jarają rzeczy, które mam tak jak chcę! :D (och, uwielbiam to wyrzyganie ciuchów na moim krześle, spełniające poza funkcją "Mam jak chcę" funkcję "Robię ci na złość, Panie M.")

Klasyki i chyba klasyki

Co gryzie Gilberta Grape'a. P. Hedges
*********
Uwielbiam tę książkę! Mój ulubiony styl pisania! Jedna z moich TOP. A wczoraj obejrzałam film. Johnny Depp wygląda w nim zupełnie jak nie on (Jak właściwie wygląda Johnny Depp, skoro w każdym filmie wygląda totalnie inaczej?), a Leo DiCaprio cudownie gra niepełnosprawnego brata głównego bohatera. Już wtedy mógł dostać Oscara, biedaczek... :D

Diabeł ubiera się u Prady. L. Wieberger
*****
Tooo chyba totalna klasyka. Kojarzy mi się z Bieszczadami, bo tam ją czytałam :) Teraz pora na film! Jak widać, lubię też czytać książki, które potem zekranizowano. Chcę więcej w tym temacie! Ktoś coś??

Ojciec chrzestny. M. Puzo
********
Znów jeszcze czeka na mnie film do obejrzenia - także klasyka! Lubię tę książkę, choć strasznie ciężko mi się czytało. Taki dość ciężki styl.

Śniadanie u Tiffany'ego. T. Capote
******
Ja trochę chyba nie wiem, o co chodzi w tej książce :D Nie zorientowałam się, jak się skończyła i gdzie była puenta :D Chyba muszę obejrzeć film :)

Wielki Gatsby. F. S. Fitzgerald
********
Zaczynało się tak dobrze! Chodzi mi o styl. Przypominał mi Co gryzie Gilberta Grape'a. Potem się trochę jednak zepsuło. Ale ocenę zostawiłam za ten początek :) No i muszę obejrzeć film :)

Biografie
...bo ja bardzo bardzo lubię biografie! Zwłaszcza kobiet. A szczególnie żyjących tak dawno, że nikt nie kusił się o opisanie ich życia w tydzień po ich śmierci.

Audrey Hepburn. Uosobienie elegancji. S. Hepburn Ferrer
***
Szukałam prawdziwej biografii, zamawiając tę książkę w bibliotece. Jest to tymczasem przepięknie ilustrowany album z dość ubogą treścią od syna bohaterki. Audrey była istotnie ujmująco piękna. Ale miała także bardzo interesujące życie, co powyższa książka zarysowuje. Chcę więcej w tym temacie! Ktoś coś??

Diana: umarła, bo nie mogła żyć bez miłości. B. Cartland
*******
Księżna Diana to jedna z moich ulubionych bohaterek biografii. Jej postać i tragiczna śmierć jest jedną z pierwszych rzeczy, jakie pamiętam z telewizji z dzieciństwa. I zawsze także interesowała Mamcię, oglądającą o niej filmy.

Elżbieta II. Ostatnia królowa. M. Roche
********
Jak widać, lubię angielską rodzinę królewską, a zwłaszcza jej piękniejszą część :) Czekam teraz na książkę o Kate, a potem o Charlotte i tak dalej :)

Katarzyna Wielka. Gra o władzę. E. Stachniak
*****
Kolejna postać, która mnie ciekawi, znów monarchini. Ale ta książka akurat była słaba. Chcę więcej w tym temacie! Ktoś coś??

Kobiety, które igrały z bogami. praca zbiorowa
******
Książka o kobietach ciekawych kobiet ciekawych mężczyzn. Pamiętam, że strasznie ją męczyłam. I właściwie tylko tyle z niej pamiętam :D

Marzenia i tajemnice. D. Wałęsa, P. Adamowicz
******
Gdy zaczęłam czytać - od razu styl, w jakim została napisana (a zatem styl mówienia pani Danuty) skojarzył mi się z kobietami z mojej wioski Hen-Hen. Taki swojski i prosty. Jest w tej książce istotnie wiele docinków, żalu, smutku, zawziętości w złości. Ale we mnie pozostał podziw dla kobiety, która wychowała 8 dzieci jak umiała w cieniu trudnej historii tamtego czasu.

Maud z Wyspy Księcia Edwarda: Biografia L. M. Montgomery. M. Gillen
**
Oj, strasznie się nastawiałam na tę książkę. Biografia autorki moich ukochanych książek! I taka klapa... Nawet nie pamiętam, czy dokończyłam tę książkę.

Moi Rodzice. M. Kaczyńska
*******
Bardzo podobała mi się ta książka. Rysowała z takim ciepłem parę prezydencką. Pozwoliła mi także na zapoznanie się z punktem widzenia Lecha Kaczyńskiego, a teraz jego córki. To było ciekawe doświadczenie zwłaszcza, że nie jestem sympatyczką ich obozu politycznego. Widać, że Marta Kaczyńska bardzo podziwiała rodziców. Aż czasem miałam wrażenie, że do przesady i w pewnym momencie, gdy czytałam o kolejnej nadzwyczajnej umiejętności, którą miał jej ojciec, zaśmiałam się do siebie, że "Ach, i jeszcze to!" :)

Przegrane życie Ewy Braun. A. Lambert
*********
Ta książka nie powinna się tu znaleźć, bo czytałam ją już baaaardzo dawno temu. Ale zawarłam ją tu, bo to ona rozpoczęła moją fascynację biografiami. To jedna z książek, które specjalnie czytałam wolno, krótkimi fragmentami by starczyła mi na dłużej.

Tajemny dziennik Marii Antoniny. C. Erickson
******
Mniej sprawnie fabularyzowana niż wspomniane później książki serii o Marii Antoninie historia.

Towarzyszka Panienka. M. Jaruzelska
****
Oczekiwałam więcej po tej książce. Więcej informacji o przebiegu historii, a mniej chyba o samej Monice Jaruzelskiej. Niemniej jednak książka ma kilka ciekawych fragmentów. Mój ulubiony to tekst jakiejś żony dygnitarza do młodej Jaruzelskiej: "Jaka podobna do taty! A mama taka przystojna...".

Zielone drzwi. K. Grochola
******
Po raz kolejny zapoznałam się w tej książce z historią, gdy dziewczynka dowiaduje się w szkole, że nie ma na imię tak, jak mówią na nią w domu. Katarzyna Grochola nie jest Katarzyną, a Anną dla urzędów. Podobnie jak - uwaga! - Danuta Wałęsa nie jest Danutą, a Mirosławą! <szok i niedowierzanie> Dużo w tej książce i humoru, i smutku. Mam wrażenie, że jednak więcej jakiegoś takiego smutku. Ale w stylu Grocholi.

Książki o innych krajach i kulturach
...czyli zaspokajające moją ciekawość, jak się żyje - najlepiej tak na co dzień - gdzieś indziej :)

Córka nomadów, W. Dirie, J. D'Haem
*******
Książka, którą można nazwać kontynuacją historii z osławionego "Kwiatu pustyni". To naprawdę przepiękne, że sławna modelka ma taką świadomość swoich korzeni. W tej książce powraca bowiem do swojej ojczyzny - Somalii - i odnajduje matkę. Całość jest zapisem faktycznych, czasem naprawdę niesamowitych wydarzeń.

Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit. S. Kim
*******
Jako żywo zainteresowana życiem w Korei Północnej, liczyłam na sporo więcej od tej książki. Którą w ogóle dostałam za darmo w konkursie. A każdy dostawał inną książkę. I byłam tak zachwycona, że dostałam właśnie ją! Bardzo ciekawa dla osób, które się interesują tym tematem. A ja... chcę więcej w tym temacie! Ktoś coś??

Książki o najbliższym nam wschodzie
...czyli Rosja, Ukraina, te sprawy. Można powiedzieć, że podkategoria poprzedniej kategorii. Od bardzo dawna uczę się rosyjskiego (i nadal jestem na tym samym poziomie :D), a jak będę stara i bogata, i będę miała mnóstwo czasu - pojadę koleją transsyberyjską z Moskwy do Władywostoku (taki plan! - lubię plany ;))

Czarnobyl - zapis faktów. P. P. Read
******
Momentami bardzo techniczna książka, ale baaardzo dogłębnie wyczerpująca temat. Co ciekawe, czytałam ją zaraz przed tegoroczną okrągłą rocznicą wydarzeń w Czarnobylu i... żadne informacje medialne mnie nie zaskakiwały, bo wszystko wiedziałam z tej książki :D

Dzienniki kołymskie. J. Hugo-Bader
*******
Bohater książki - jak sam policzył - przez większość swojego przejazdu przez Rosję był pijany ;) Ciekawy reportaż :)

Transsyberyjska. Drogą żelazną przez Rosję i dalej. P. Milewski
******
To musiałam przeczytać! To bowiem reportaż z mojej przyszłej wyprawy do Rosji! Chcę więcej w tym temacie! Ktoś coś??

Książki o historii poza biografiami

Ocalałem z Treblinki. J. Rajchman
*******
Właściwie to też jest biografia. Ale czytałam ją z myślą raczej o czytaniu o historii. Bardzo krótka to była historia. No i smutna, wiadomo.

Rodzina Borgiów. M. Puzo
***
Hmm, dlaczego nie lubiłam tej książki?...

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety. S. Aleksijewicz
*********
Właściwie to tej trochę książka o Rosji. Bardzo ciekawa. Czekam w długich kolejkach w bibliotece na kolejne książki tej noblistki. Świetny i bardzo obszerny reportaż.

Tajemnica Titanica. I. Barwiński
*****
To była bardziej broszurka niż książka. Strasznie bym chciała przeczytać coś dobrego osadzonego w tej historii. Chcę coś więcej w tym temacie! Ktoś coś??

Książki o życiu w stanie zakonnym
...czyli coś, czego chyba nigdy nie doświadczę, a chciałabym - obok jednego dnia jako motorniczy tramwaju i jednego dnia jako kierowca maszyny do czyszczenia podłóg w supermarkecie - pobyć jeden dzień zakonnicą. Już nawet wymyśliłam, że najchętniej w Łagiewnikach, bo tam mają ładne habity :)

Klauzura. Wstęp wzbroniony! C. M. Lakotta 
********
Bardzo fajny opis właśnie życia zakonnego jako tło całkiem spoko historii. Chcę więcej w tym temacie! Ktoś coś??

Serie książek

SERIA: KANE I ABEL
Kane i Abel. J. Archer
********
Córka marnotrawna. J. Archer
********
Hmm, jest jeszcze część trzecia, nieoznaczona, że przeczytałam, więc chyba nie przeczytałam :D Bardzo lubię takie serie, gdzie w kolejnych książkach są perypetie kolejnych pokoleń bohaterów. Chcę więcej w tym temacie! Ktoś coś??

SERIA: KRONIKI RODZINY CLIFTONÓW
Czas pokaże. J. Archer
********
Za grzechy ojca. J. Archer
********
Sekret najpilniej strzeżony. J. Archer
*****
Ostrożnie z marzeniami. J. Archer
****
Podobnie jak w przypadku poprzedzającej serii - perypetie bohaterów i ich potomstwa. Lubię, choć strasznie mi się ciągnęło czytanie. I z tego powodu czytając byłam pewna, że nie sięgnę po następną. Ale kończyły się tak... jak odcinki Mody na Sukces. Musisz obejrzeć kolejny odcinek :D (nie wiem, kto tu się od kogo uczył takich chwytów marketingowych ;)). Zostały mi jeszcze do przeczytania 3 książki z tej serii. Swoją drogą - Archer strasznie płodny autor ;)

SERIA: NIEZGODNA
Cztery. V. Roth
*****
Jak podaje lubimyczytac.pl - tom 0,5. Taki wstęp do serii. Zainteresował mnie po obejrzeniu przypadkiem filmu ze współlokatorami w naszej Wesołej Chatce. Mam wrażenie, że to mocno zerżnięte z Igrzysk śmierci. Ale jak przeczytam resztę książek, dam znać ;)

SERIA: MILLENIUM
Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, S. Larsson
********
Dziewczyna, która igrała z ogniem. S. Larsson
********
Zamek z piasku, który runął
*********
To są wyjątkowe książki, które chyba przejdą po latach do działu "Klasyka". Polecam, kto nie czytał, a lubi niebanalne kryminały.

SERIA: PIEŚŃ LODU I OGNIA
Gra o tron. G. R. R. Martin
*******
Postanowiłam przynajmniej kuknąć, o co to całe wariactwo :D Serialu nadal nie oglądam, bo się boję. Podobno nad tym się spędza całe wieczory, a ja po pierwsze - nie mam czasu, po drugie - lubię spać :D Dlatego unikam ewentualnego wciągnięcia w nałóg. Książkę strasznie długo się czyta i zaiste - jest w niej sporo bohaterów. Ale podobno szybko ubywają ;)

SERIA: IGRZYSKA ŚMIERCI
Igrzyska śmierci. S. Collins
********
W pierścieniu ognia. S. Collins
********
Kosogłos. S. Collins
********
Podobno to raczej dla młodzieży (przynajmniej z tej części biblioteki je wypożyczałam :D), ale bardzo mi się podobały te książki. Potem obejrzałam film i uwielbiam z niego tę piosenkę Hanging tree. Nie wiedziałam, że J. Lawrence pięknie śpiewa :)

SERIA: ROBERT LANGDON
Anioły i demony. D. Brown
********
Kod Leonarda da Vinci. D. Brown
*******
Zaginiony symbol. D. Brown
******
Inferno. D. Brown
*******
Nie wszystkie te książki przeczytałam w ostatnim czasie, w tym jedną z nich - chyba Kod..., przeczytałam po angielsku. Strasznie dużo u Browna zawsze jakichś dziwnych zbiegów okoliczności, przypadków i tego, że główni bohaterowie domyślają się właśnie tego, czego trzeba. I to po setkach lat rozkmin setek innych osób.

SERIA: K-PAX
K-PAX. G. Brewer
*****
Obejrzane po filmie z K. Spacey. Film świetny, książka mniej. Ale chyba poczytam dalej tę serię ;)

SERIA: MARIA ANTONINA
Maria Antonina. Z Wiednia do Wersalu. J. Grey
********
Kolejna z moich ulubionych kobiecych postaci - Maria Antonina. Kiedyś przeczytałam o niej pół wikipedii (w pociągu, bo akurat skończyła mi się książka :D). I ta książka była naprawdę dobra! Dziś właśnie przytargałam do domu kolejne jej części! :)

SERIA: PRAWDZIWE HISTORIE
Pierwsze damy II Rzeczpospolitej. K. Janicki
******
Żelazne damy. Kobiety, które zbudowały Polskę. K. Janicki
*******
To seria książek, głównie o kobietach. Mają przepiękne okładki (tu musicie wejść w link! ;)). Pierwsza z wymienionych nie podobała mi się jakość szczególnie (dwudziestolecie międzywojenne to ogólnie moja historyczna pięta Achillesa - nie wiem, gdzie ja wtedy byłam, jak przerabialiśmy to na historii). Druga mnie wciągnęła - bardzo ciekawe opisy żon pierwszych władców Polski, na czele oczywiście z Dobrawą.

Inne, inne, inne
...czyli takie bez mojej subiektywnej kategorii :)

Człowiek Nietoperz. Jo Nesbo
******
To jest pierwsza część serii o detektywie nazwiskiem Harry Hole. Ale, że mnie nie porwała - nie będę chyba czytać reszty książek z serii, stąd wpadła do kategorii Inne, inne, inne :) Pan M. się zachwycał.

Dwanaście. M. Świetlicki
****
Omatkoicórko, jak to mi się nie podobało. Chciałam przeczytać coś, czego akcja dzieje się w Królewskim Mieście. Nawet nie pamiętam, czy to dokończyłam. Chcę więcej o Królewskim Mieście! Ktoś coś??

Lekarka z powołania. D. Laudan
*****
Sięgnęłam po tę książkę, bo... lubię serial Doktor Quinn! (tak, nadal jest aktualne to, że mam 25 lat :D) Kojarzy mi się z dzieciństwem i z Mamcią. Tak, wiem, ma tysiąc lat i żadnej porywającej historii :D Ale ma klimat :) I pięknie zarysowanych bohaterów. Książka jest próbą dodania do serialowych dialogów nieudolnych opisów. Podobnie jak Człowiek Nietoperz ma dalsze części, ale nie zamierzam ich czytać, stąd - jest w tej kategorii :)

Marsjanin. A. Weir
********
Odnośnie tej książki - jestem prawdziwą hipserką. Znałam bowiem Marsjanina nim było to modne! Zanim książka stała się znana i powstał film z M. Damonem! Dostałam ją bez okazji od Pana M. Książka o gościu, który przez przypadek został zostawiony na Marsie. Wydaje się super realistyczna i pełna humoru, którego tylko część można zobaczyć w filmie. Polecam! I chcę więcej w temacie kosmicznym! Ktoś coś??

Poradnik pozytywnego myślenia. M. Quick
*******
Czy ta książka jest tak bardzo różna od filmu? Albo ja filmu w ogóle nie pamiętam :D Bo tu kolejność była inna niż zwykle, bo sporo wcześniej był film - stąd główna bohaterka kobieca miała twarz J. Lawrence :)

Ścieżki chwały. J. Archer
****
Ta książka wydała mi się dziwna. Miałam do niej sporo zastrzeżeń - choć teraz nie pamiętam jakich. W każdym razie pamiętam, że mocno o niej deliberowałam z kimś, kto ją czytał, przekonując, że jest be :D

Ślad życia, ślad śmierci. P. L. Maier
********
Ta książka także nie powinna się tu znaleźć, bo czytałam ją bardzo bardzo dawno. Ale wiąże się z nią ciekawa historia! Akcja książki rozgrywa się w niedalekiej przyszłości i pewną rolę odgrywa w niej papież. Autor założył, że papieża Jana Pawła II już nie będzie, ale pisząc książkę, nie znał imienia kolejnego papieża. I... dał mu imię Benedykt! Wspólnie z Panem M. zastanawialiśmy się, czy to przypadek, czy może książka została jakoś poprawiona po jakimś czasie, może przy okazji wydania w Polsce. Dotarliśmy do informacji, że autor jest naukowcem i pracuje na jednej z amerykańskich uczelni więc... postanowiliśmy go zapytać, pisząc do niego maila! I... odpisał! Przyznał, że to totalny przypadek (wow!) i pochwalił nasz angielski ;)

Śmierć w Breslau. M. Krajewski
********
Omatkoicórko, w ogóle nie pamiętam tej książki... Ale musiała być dobra, skoro dałam taką wysoką ocenę :)

Sycylijczyk. Mario Puzo
********
To właściwie dalsza część Ojca chrzestnego. Bardzo ciekawa historia, choć napisana męczącym do czytania stylem.

Zwodniczy punkt. D. Brown
*****
Brown z daleka od starożytnych malowideł i symboliki ;) Umiarkowanie dobry.

To by chyba było na tyle :) Kolejny raport z mojego poziomu czytelnictwa - za równy rok! (jak będzie pięknie wtedy :))

Będę wdzięczna za wszystkie podpowiedzi nowych książek do czytania! Coś dobrego, coś fajnego, coś w tematyce, którą lubię! Będę mega wdzięczna za wszystkie propozycje!

Happy End

Wysiedziałam 10-kilometrowe jajko. If you know what I mean ;)