sobota, 9 lipca 2016

W moim magicznym domu

Jak już zaspojlowałam (czy też zaspojlerowałam) wczoraj - przeprowadziłam się. Przeprowadzki są trudne. Już mam za sobą półgodzinne szukanie pendrive'a (bo to rzecz po pierwsze mała, po drugie - łatwogubna, po trzecie - trudna do jednoznacznego skatalogowania i włączenia w skład odpowiedniego pudła przeprowadzkowego). I zrobienie prania bez prądu (kto mi powie, po co ktoś wyłącza pralkę z gniazdka po praniu??).

Zamieniłam Wesołą Chatkę na Naszą Willę, rezygnując tym samym ze studenckich śród przy piwku w każdy możliwy dzień tygodnia, a kładąc sobie na barki obecność Mojego M. około 15 godzin na dobę.

Oprócz lekko przerażającego natężenia widywania brodatej mordki Mojego M., Naszej Willi można przypisać wiele innych mankamentów. Dwa największe z nich to brak w pobliżu instytucji zwanej Sklepem na Rogu (którego kluczową funkcją jest ratowanie zdrowia i życia w sytuacjach nagłego obniżenia poziomu czekolady w organizmie) oraz BRAK WANNY! Poza tym kuchnia jest piętro niżej niż nasza główna pieczara (to w połączeniu z brakiem Sklepu na Rogu powinno służyć ograniczeniu konsumpcji), a adres (którego oczywiście nie podam, ale wierzcie mi na słowo) jest tak niefortunny, że wszyscy moi znajomi i nieznajomi po jego usłyszeniu się lekko podśmiechują.

Mimo drobnych mankamentów (aczkolwiek BRAK WANNY to duże niedopatrzenie PRLowskiego projektanta tego obiektu -.-), uwielbiam ten dom. Wczoraj cały dzień spędziłam na pucowaniu kuchni, w której szafach jest pięć różnych kompletów talerzy, wielkie kolorowe tace i półmiski w stylu "U cioci na imieninach", mnóstwo przydatnych, choć podstarzałych urządzeń kuchennych (mikser, małe młynki, MASZYNKA DO MIĘSA! :O), milion bibelotów i ceramicznych pamiątek.

Mimo, że wczoraj nieźle dała mi w kość - kocham tę kuchnię. Z tymi meblami w kolorze majtkowego niebieskiego jak u mojej sąsiadki w wioski Hen-Hen. Z tą przebrzydłą (tak brzydką, że aż piękną!) kryształową cukierniczką. Z tą oldchoolową wagą kuchenną, która pozwoliła mi dziś na otwarcie nowego sezonu programu Bez w Kuchni pod nazwą Precyzyjna Pani Domu (nigdy wcześniej nie używałam wagi). Z tą lodówką, która chyba jest tylko niewiele młodszą siostrą poczciwego Mińska (mieliśmy taką w domu w wiosce Hen-Hen - gdy umarła, Papa zrobił z jej kratkowanych półek grilla, który jest oficjalnie najlepszym grillem w powiecie). Z tymi ceramicznymi ozdobnymi naczyniami, które wykazują zerową przydatność i służą chyba tylko do kurzenia się. Załączam zdjęcia na dowód mych zachwytów. Bo ja się zachwycam.


I tyle innych rzeczy tu jest pięknych! Drewniane schody na piętro, na których można sobie siedzieć i myśleć. I ogród - bo jest i ogród. W którym najwcześniejszą wiosną kwitną prawie pod śniegiem kwiatki, które nazwaliśmy survivors. I nawet ta ciemna meblościanka w stylu późnego Gierka w naszej głównej pieczarze na piętrze.

Urok tego domu, który trafił się nam przypadkiem, jest tak piękny i... jednocześnie bolesny. Dwa razy bardziej boli bowiem to, jak ludzkie wnętrze tego domu nie jest tak wymarzone, jak to złożone z przedmiotów...

Happy End

Chyba zrobiłam dziś tiramisu. Na razie mieszka w Nieco Młodszej Siostrze Mińska i boję się je eksmitować do brzuszka :D

11 komentarzy:

  1. Rozumiem, że jesteś studentką i wynajęłaś dom, w którym mieszkasz z chłopakiem. Znam te czasy, które minęły niestety już dawno... Wystrój domu faktyczne jak z epoki komuny. Czyżby do tej pory nikt tu nie mieszkał i niczego nie zmieniał?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już nie jestem studentką, ale reszta się zgadza :) Chyba łącznie z tym, że nikt tu nic nie zmieniał, a ten kto mieszkał - nie za bardzo się interesował :)

      Usuń
  2. ...ale, że nie ma sklepu za rogiem...
    Świetnie piszesz, fajnie się czyta:) No i masz ładną cukierniczkę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo - zapraszam częściej :)

      Usuń
  3. tylko raz w życiu się przeprowadzałam. plusami mojego obecnego domu jest własny pokój, własny komputer (nie muszę się nim dzielić z bratem!) i zmywarka. i to, że mamy pralkę w normalnym miejscu (tj. w łazience, a nie... w kuchni). minusy? do najbliższego przystanku kilometr. a Sklep na Rogu jest bardzo drogi. no i największa wada - ten dom nie jest w mieście! tylko na wsi... jasne, mamy blisko do lasu, jest cisza, spokój (choć nie zawsze, bo blisko nas mieści się rancho, a na nim często wyprawiane są wesela)). ale nie mogę sobie w każdej chwili wyskoczyć do sklepu, kawiarni... :|
    tiramisu? :O nigdy nie robiłam!
    mam nadzieję, że miło będzie się Wam mieszkać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, mieszkanie na wsi ma te wady, że wszędzie daleko. To też przerabiałam i chyba mimo wszystko wolę wieś :)

      Pozdrawiam! :)

      Usuń
  4. Moja przyjaciółka nadal szuka swojego pendrive'a z przeprowadzki na którym były nasze zdjęcia - minęły ze trzy lata, a my dalej szukamy siebie na demotywatorach, bo chyba się zgubił :P
    I ja też odłączam pralkę po praniu haha :D
    No i ta waga... Klasyk :D
    Pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to miałam jednak krótki czas poszukiwań o.O

      Usuń
  5. Mieszkanie ze swoim wybrankiem to super sprawa, wiem co mówię :) Na początku jest trochę trudno, trzeba się dotrzeć ale potem jest super. Swoja kuchnia, sypialnia, wszystko jest tylko wasze i możecie urządzić to jak chcecie. Ja też porzuciłam życie studenckie na rzecz tego poważniejszego, chyba możemy to tak nazwać? :) I wcale tego nie żałuje! Choć często znajomi nie rozumieją jak to jest i dlaczego to lubie. I to jest trochę przykre..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze się okaże jak to z nami będzie i czy nie będzie wyprowadzek z krzykiem.

      Usuń