czwartek, 7 lipca 2016

Oddycha się bez ścisku gęstych form

Tak bym chciała umieć wrócić tu na stałe. Na dobre. Na dobre i na złe. Wziąć się. Wziąć się w garść. I zakotwiczyć.

Mój styl blogowania jest niczym dieta lub rzucanie palenia. Wpierw rzucam się ochoczo na klawiaturę (odpowiednio: przeczesuję półki sugar/gluten/calorien-free / wyrzucam z chołpy wszystkie fajki). Następnie już widzę siebie jak nagrywam snapy z gali Blog Roku (odpowiednio: widzę w lustrze Lewandowskie i Chodakowskie / odkrywam, że odmalowany na biało sufit nie robi się żółty pod wpływem nawet krakowskiego powietrza). A na koniec... bardziej mi się chce odcinka Friendsów zamiast pisania (odpowiednio: ciastka zamiast wafla ryżowego / papieroska zamiast białych zębów).

I dobrze.

To nie jest moja praca. Żaden obowiązek. To hobby. Może pasja? (dziś Czeszce-Śmieszce opowiadałam, że przeczytałam już dwie książki o Marii Antoninie i pół Wikipedii, na co ona, że lubi ludzi z pasją. Hmm, obejrzałam poza tym 4 razy X Factora z Dawidem Podsiadło i zjadłam  pod rząd dwa Monte - PASJA!). Hobby to przyjemność.

Bardzo przyjemnie mi się pisze - muszę przyznać. Czy przyjemnie się czyta? <woła z ekranu tonem w stylu "Jak się bawicie?">

Bo ja bym chciała by to już od początku miało odpowiednią formę. I ręce z nogami. I głowę na karku. I było w formie! Miało określony temat, jednolity styl i spójny wygląd. I ten content przeklęty.

A po pierwsze - nic od początku nie jest idealne. Nawet Pan Bóg przez pięć dni tworzył wszystko dobre, a dopiero szóstego stworzył bardzo dobre. A i tak to ostatnie mu się zepsuło. I właściwie zaczęło psuć przynajmniej 3 wcześniej stworzone rzeczy.

Po wtóre - nie jestem spójna w sobie, więc to moje 365 dni dookoła życia też jest niespójne. Ba, jestem kobietą - u mnie nawet 24 godziny dookoła dnia są niespójne! Raz jestem filozofką (i chyba lewaczką, skoro nadużyłam sobie żeńskiej końcówki - ostatnio się dowiedziałam w Internetach, że to lewackie), raz chcę być trendsetterką, raz klaunem, raz roznosicielką idei optymistycznej, a raz nie mam nic do powiedzenia.

Ja bez Imienia, nie szukaj formy dla Ja bez Imienia.

Jestem największym zagrożeniem dla samej siebie - zawsze!

;)

Happy End

Zrobiłam dziś z siebie durnia. I to w banku - najbardziej poważnej instytucji ever. Czekałam w kolejce i przewracałam oczami, że długo, po czym zorientowałam się, że jest wolne okienko, a ludzie czekają do kasy. A potem moja sprawa bankowa okazała się nie być sprawą. Fak (angielskie: fuck) - już nie wezmę tam kredytu na fabrykę czekolady jak planowałam :/

8 komentarzy:

  1. Oprócz zagrożenia - to fakt, jesteśmy też największymi wyzwaniami, przyjaciółmi etc dla samych siebie. My, nie tylko Ty jedna.
    I chyba rozumiem jak może nikt inny tą sinusoidę w tej ogromnej pogoni za czymś, za zrobieniem czegoś, za zmianą, po czym z całych sił opadanie na kanapę tą fizyczną ale i tą życiową i nie ruszanie się z niej z myślą, że to i tak sensu nie ma. Innym razem przecież też można.
    Pozdrawiam.
    PS. Udało mi się znaleźć wolną chwilę, dziękuję za tę spędzoną u mnie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdeczne dzięki za odwiedziny i zapraszam częściej! :)

      Usuń
  2. Lekkie zawirowania potrafią dodać kopa, a sama powiedz czy życie idealne nie byłoby nudne?
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłoby! Idealne rzeczy są nie do lubienia ;) I ludzie też ;)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. u mnie ostatnio tyle się dzieje, ze pytam się czy ja jestem normalna wstając o 5 i pisząc notki na bloga xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałabym mieć takie zaparcie... Ale blog ma mnie cieszyć - wstawanie rano nie cieszy z zasady! :D

      Usuń
  4. Czyta się bardzo dobrze. O to nie musisz się martwić :) Rozumiem Cię, mi też ciężko jest wytrwać w blogowaniu. Zawsze przychodzą nowe obowiązki i znowu wszystko idzie w niepamięć...

    I o ironio! Teraz też znowu wracam. Jeśli chcesz, zapraszam :)

    OdpowiedzUsuń