niedziela, 10 lipca 2016

Im więcej Ciebie tym mniej

Prawdą jest - i poprze mnie cała teoria ekonomii z ojczulkiem Smithem na czele, a także człowiecza intuicja, doskonalsza nierzadko od teorii czegokolwiek - że rzeczy masowe mają niższą wartość. Nie będę tu strzępić palców na klasyczne przykłady. W niniejszym opracowaniu chciałabym omówić jeden, mniej klasyczny.

Moje dzisiejsze słowo na niedzielę traktować będzie bowiem - jak na słowo na niedzielę przystało - o religii.

Religii masowej.

Nikt, komu modny antyklerykalizm i arcywolnościowe poglądy nie rzuciły się przesadnie na mózg (mam chyba zadatki na prawicowego publicystę - przeszkadza tylko to, że serce mam nieco bardziej po lewej stronie) nie będzie kwestionował tego, że nasza Tłuszczem i Wódką Płynąca Ojczyzna jest głęboko zakorzeniona w kulturze chrześcijańskiej. I korzenie mocno się trzymają i nadal znakomita większość Polaków - czasem czy tego chcą czy nie - została włączona w trzódkę Ubogiego Pasterza z Nazaretu. Nie neguję tutaj pojawiania się trendów coraz śmielszych ucieczek i obchodzenia boczkiem duchowej owczarni. Nie neguję nawet samego tego aktu. Toleruję. I czasem to się nawet nie dziwię.

Sama chodzę do kościoła, a czasem to nawet lubię. Nie zaliczam się do tych owieczek z pierwszego rzędu, jednakże staram się na pastwiskach życia obierać zwykle kurs na ów Ubogiego Pasterza z Nazaretu. Why not?

Biorąc pod uwagę duży udział katolików (o różnym poziomie wtajemniczenia) w ogóle społeczeństwa śmiem twierdzić, że religia w Polandii jest sprawą masową.

Z jednej strony - super! Nie rzucamy ziemi skąd nasz ród i nie dajemy pogrześć wiary. Drabinka wartości cenionych przez katolików jest jak najbardziej do pochwalenia, więc super, że znakomita większość ludzi miała okazję się z nią dobrze zapoznać. Do tego skrupulatnie zabezpieczamy tradycję (jakże istotny element kultury) i rokrocznie większości z nas przynajmniej przechodzi przez myśl, że Boże Narodzenie to właściwie urodziny Kogoś Ważniejszego niż Święty Mikołaj.

I proszę nie doszukiwać się w poprzednim akapicie ironii. Nie było ani trochę!

Jednakże ta masowość musi - nie ma siły  - obniżać wartość tej naszej religijności. Mam wrażenie, że to nieuchronne.

Byłam na mszach katolickich we Francji, Wielkiej Brytanii i Słowenii. Przyszło kilkanaście dusz, ale wśród nich zawsze był jakiś świecki komendant śpiewu z gitarą, ktoś ochoczo brał się za czytania, ktoś śpiewał psalmy. We Francji w jednym małym kościele znalazł się nawet chór złożony z kompletnie nieumiejących śpiewać kobiet, które darły gardła na chwałę Pana (wierzę, że Pan Bóg jest istotnie miłosierny i musi mieć poczucie humoru). We Francji też te kilkanaście dusz, które się zebrało, jeszcze po wyjściu z kościoła długo stało w grupach przy lemoniadzie i ciastkach. Ku mojej uciesze (tu ironia!), bo byłam zdana na łaskę bardzo gadatliwych Francuzów, którzy długo deliberowali  ze swoimi przyjaciółmi, a ja totalnie nic nie rozumiałam :D Kościoły Francji chyba zaskoczyły mnie najbardziej. To w jaki sposób przekazują sobie znak pokoju! Ściskają się  przytulają, całują!

A u nas? W moim kościele niedaleko wioski Hen-Hen na znak pokoju tłumnie zebrana trzódka beznamiętnie rozgląda się na prawo i lewo. Ewentualnie na lewo i prawo. Tak niemo, że gdyby nie to, że wcześniej wszyscy oblukali swoich sąsiadów, nie byłoby w stanie po tym ruchu stwierdzić, kto koło nich siedzi.  Tak jakby bardzo nie chcieli zobaczyć swojego sąsiada w tym momencie.

Już w Królewskim Mieście jest lepiej, bo popularne jest tutaj podanie ręki. Mnie to zawsze uśmiecha - choćbym miała nie wiem jak zły humor i bardzo nie chciała.

To by potwierdzało moją teorię o mniejszej wartości przy większej masowości. Wszak w Królewskim Mieście odsetek chodzących do kościoła jest niższy niż w wiosce Hen-Hen.

I mniej jest tej wspólnoty u nas. Nie ma lemoniady. Może więcej jest dusz w ławkach i kwiatów na ołtarzach, ale mniej radości i zaangażowania. Msza nie jest żadnym przeżyciem - może też dlatego, że rzadko kiedy dojście na nią zajmuje więcej niż pół godziny, a na francuskiej prowincji często są to kilometry i jakoś to trzeba zorganizować. W polskich kościołach ludzie są tacy smutni. I śpiewają "Alleluja" jakby mówili "szafa trzydrzwiowa".  Nie, nawet "szafa trzydrzwiowa" budzi więcej emocji -.-

Że już nie wspomnę o tym, że polskie społeczeństwo częstokroć wcale nie jest bardziej porządne niż te bardziej laickie. Nie będę tutaj przytaczać statystyk, ale "na czuja" chyba można stwierdzić, że więcej u nas pijaństwa i przemocy niż w niejednym mniej katolickim kraju, czasem więcej znieczulicy i nietolerancji, a pewnie tyle samo chamstwa i wulgarności.

Często mniej znaczy więcej.

Ja bez Imienia - Paulo Coelho tej części blogosfery ;)

Happy End

Wyciągnęłam tiramisu. Jest... boskie! (że tak zostanę w tematyce posta ;)).

16 komentarzy:

  1. Wydaje mi się, że nasza religia ma trochę przestarzałe tradycje niektóre i to powoduje odpychanie ludzi od kościoła. Poza tym chodzenie na mszę raczej traktujemy jako obowiązek do odbębnienia - chociaż nie wszyscy. Ale z "Alleluja" coś jest! Moja siostra cały czas powtarza, że gdyby nasze mszę wyglądały jak w kościele z filmu "Zakonnica w przebraniu" byłaby tam co tydzień, po to żeby pośpiewać! :)

    P.S "Ja bez Imienia - Paulo Coelho tej części blogosfery ;)" - rozwaliło mnie to :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem ludzi od kościoła nie odpycha jego archaiczność, ale pojawiająca się raz na jakiś czas głupota i traktowanie człowieka przez hierarchę jakby był idiotą. Chyba wysmaruję o tym post ;)

      Usuń
  2. No tak, ilość nie zawsze znaczy jakość. Mówiąc w skrócie, wydaje mi się, że polski katolicyzm, zwłaszcza na prowincji i na wsi jest bardziej na pokaz, bo: "do kościoła trzeba się ładnie ubrać, a gdy przestanę chodzić to co powiedzą sąsiedzi?". Ja od pewnego czasu jestem daleko od kościoła, co nie znaczy, że jestem gorszym człowiekiem. Ale to inny temat....
    PS A propos tytułu notki, dołączam cover piosenki Natalii Kukulskiej o tym tytule, w świetnej aranżacji Adama Sztaby. :)
    https://www.youtube.com/watch?v=Hn0CSDprR54

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. I księża też traktują ludzi inaczej. Nie no, będzie jeszcze jeden post kościołowy jak nic! :)

      Usuń
  3. Przywołałaś pijaństwo, choć nie tylko to się sprawdza. Mojemu tacie zawsze przeszkadzało, że jakiś gościu mu uprzykrza życie w pracy, a w kościele podaje mu rękę na znak pokoju. Prawda jest taka, że wśród tych katolików są różni ludzie, jedni czynnie działają we wspólnotach religijnych, inni natomiast chodzą do kościoła z przyzwyczajenia, a jeszcze inni nie chodzą wcale. Trochę w tym prawdy jest, że ilość, a jakość to zupełnie dwie różne sprawy. Co do śpiewania "alleluja" to się z tym zgodzę. Osobiście uważam, że jest dużo bardzo fajnych i ciekawych pieśni kościelnych (w końcu chodząc na scholę trochę poznałam), tylko, że są śpiewane ciągle te same i do tego często w bardzo smętny sposób.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem mam wrażenie, że wolałabym w kościele spotykać tylko tych, dla których pójście tam coś znaczy.

      Pozdrawiam! :)

      Usuń
  4. Bardzo trafne spostrzeżenia, mam podobne refleksje, jeśli nie identyczne - masowość nie oznacza siły i szczerości wiary, większość chodzi na msze, bo tak wypada, bo przejęli to po rodzicach, bo co powie ksiądz na kolędzie. Ale czy żyją wedle przykazań? Śmiem wątpić i to jest smutne...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, jeśli Pan Bóg jest matematyki to może wcale nie wyliczył Polakom wyższej średniej z wiary niż Francuzom ;)

      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. W gruncie rzeczy nie mam nic do religii, jeżeli ktoś nie narzuca mi jej kultywowania czy w ogóle UPRAWIANIA. Szczerze mówiąc nie należę do typów ludzi dla których Kościół to świętość, a Msza święta ważniejsza niż własny pogrzeb. Wierzę w Boga, ale po swojemu. Mój Bóg pomaga mi podejmować decyzje, jest wszędzie i nie potrzebuje ładowania pięniążków w księży i ich BMW. Mój Bóg jest super i lubi Boże Narodzenie i Wielkanoc. Tyle!

    Ps. wiesz, kim jestem? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie, musisz mnie oświecić! Byle szybko, bo umrę ze zniecierpliwienia!

      Usuń
  6. Masz rację, niestety masowe jest byle jakie. A z religiami mi nie jest zbyt po drodze, z żadnymi. nie lubię się złościć ani mieć poczucia winy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różnie bywa z drogami - może kiedyś Ci się jakaś z Panem Bogiem przetnie ;)

      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Różnie bywa z drogami - może kiedyś Ci się jakaś z Panem Bogiem przetnie ;)

      Pozdrawiam!

      Usuń