niedziela, 31 lipca 2016

Hold your breath and count to ten

Oficjalnie przemianowuję Mojego M. na Pana M.

I cóż teraz?

Nadal mam milion myśli i ten milion przeplata się ze sobą w tempie charakterystycznym tylko dla kobiecego umysłu i ewentualnie Wielkiego Zderzacza Handronów.

Chyba się boję.

Nie tylko chodzenia samej wieczorami po ulicach, samotnych nocy, tęsknoty za wszystkim najmilszym, ewentualnej krzywdy od kogoś nowego, tłumaczeń przed wszystkimi ciotkami i koleżankami, niespełnionych planów i widma staropanieństwa (i czarnej wołgi, wołgi, wołgi!)

Boję się siebie.

Jaka będę i co zrobię teraz. Do tej pory tkwiłam w takim bezpiecznym laboratorium, w którym korygowałam to wszystko, co odkrywałam w sobie. Powoli i jakby pod nadzorem kogoś zaufanego, kogo byłam pewniejsza niż własnej matki. Że nie zrobi mi krzywdy i wytrzyma każdą krzywdę, którą ja mu wyrządzę przy moich eksperymentach.

Moje laboratorium teraz się rozpadło. I ja zostałam. Z moim usilnym trzymaniem się planów, bzikiem na punkcie upływającego czasu, nieumiejętnością wywalenia swojej skóry na drugą stronę, niesłyszeniem własnych słów i graniem schematami w uczucia.

Boję się, co teraz zrobię. Że ze strachu zadowolę się byle kim. Że będę szukała ideału, który będzie spełniał wszystkie punkty mojego planu i odrzucę każdego, kto ich nie spełni. Że na pierwszym spotkaniu będę pytać, czy on umie być w stałym związku i zamierza mieć dzieci. No i że w ogóle nikogo nie znajdę.

Strasznie się boję siebie.

Nie umiem się przekonać do tego, że to się wydarzyło naprawdę.

Happy End

Czytam biografie Jobsa - bo to guru Mojego Chlebodawcy, więc lepiej wiedzieć, na kimś się wzoruje. To gruba książka. Muszę chyba wzmocnić bicepsy do czytania takich tomisk.

I ain't got seventy days

Jak już kiedyś wspomniałam, cechuję się raczej wysokim progiem wzruszalności. Smutnego pieska, zerwany przez wichurę dach, a nawet wielkie, zaokrąglane do tysięcy ofiary wojen czy katastrof scrolluję dalej.

Zatem pierwsze 10 minut Wiadomości/Faktów/Panoramy/Wydarzeń oglądam bez emocji.

W trzech czwartych się poruszam, choć też od niedawna. Zaraz po wzmiance o jakieś katastrofie w dalekim kraju, a przed heheszkami o nowym rekordzie Guinnessa.

Poruszam się przy reportażach ze smutnej codzienności. I też nie przy wszystkich. Przy tych "straciłam dom", "mam długi",  "nie mam pracy", "ZUS mnie oszukał", "choruję na ciężką chorobę" to nie.

Poruszam się, jak ktoś zrobił krzywdę dziecku. Jakąkolwiek. Nawet najmniejszą. Nawet taką, o której nie mówi się w telewizji.

Dzieci nic nie wiedzą. Nawet te najbardziej bystre. Dowiadują się od innych. Czasem może nawet nie wiedzą, że ktoś im robi krzywdę. Przeczuwają, bo mają gdzieś jakiś ogólnoludzki wbudowany kod, pikający po cichu, że coś jest nie tak, ale skąd mają mieć pewność. To jak ze mną i męskimi brodami. Papa ma brodę - więc się nie golił. Długo zatem nie miałam pojęcia, że mężczyźni golą się codziennie, bo u mnie w domu tak nie było. Dowiedziałam się o tym z reklam.

A jak już się dowiedzą, że ktoś zrobił im krzywdę - co mają zrobić? Przecież niewiadomo, gdzie mają pójść. I co zrobić z tą krzywdą. Przecież trzeba kochać ojca swego i matkę swoją by długo żyć i mieć powodzenie na ziemi.

Nie ma zapewne perfekcyjnym mam i tat. Każda taka para przegięła z czymś w jedną czy w drugą stronę, wychowując dziecko na zbyt nieśmiałe, zbyt samolubne, zbyt niepewne siebie, zbyt buńczuczne, zbyt skryte, zbyt głośne. I to czasem zupełnie niechcąco.

A czasem pewne krzywdy zostają na długo.

I co to za niesprawiedliwość! Nie dość, że wiele dni dzieciństwa było zbyt pochmurnych, to jeszcze ich cienie się kładą potem. I kolejne dni - już dorosłości - nie są w pełni słoneczne.

Mam bzika ostatnio na punkcie czasu. Odkąd mam ćwierć wieku na liczniku, mam wrażenie, że jestem już okropnie stara (xD) i mam tak mało czasu! Że lato jest tak krótkie w tej szerokości geograficznej, a ja w tym roku wyjątkowo z niego nie korzystam.

A takie pochmurne dziecko, które jest już dorosłe, musi najpierw spojrzeć w swoje prywatne niebo, zorientować się, że coś się na nim zalęgło, w potem często iść na długie odchmurzanie.

To zabiera czas. Na punkcie którego mam bzika. I to takie niesprawiedliwe. Inni w tym czasie nie muszą się odchmurzać. Opalają się pod słońcami szczęśliwych chwil.

Dorośli niech się zabiją w wojnach. I niech bawią się w gry w parlamentach. I niech rzucają w siebie nożami i słowami. Im już nic nie będzie.

Dzieci niech zostawią w spokoju. Może mniej pochmurne będą i mniej chętnie bawić się w wojny i inne smutne rzeczy jak dorosną.

Happy End

Pod etykietą z Facebooka, tą po prawej, jest już link do nowego profilu! Te dwie osoby, które polubiły go do tej pory - zapraszam do przeprowadzki :D I zapraszam innych do przysiadania się - jeśli ktoś ma ochotę :)

sobota, 30 lipca 2016

I'm looking for answers not given for free

Dostałam nominację od http://worldmeeg.blogspot.com/?m=1do Liebster Blog Award! Już jęłam szukać sukienki na czerwony dywan (no bo to wszak jakaś "award"), ale szybko się zorientowałam, że to nie nagroda, a właściwie zlecenie roboty :D Pracy nad nadprogramowym postem! A ja jako miłośniczka pradawnych Złotych Myśli (dla młodszych czytaczy wyjaśnienie - to taki antyczny Facebook offline ;)) - podejmuję to zlecenie z radością! 

1. Jaki zawód chciałabyś podjąć w przyszłości? 

Tak się składa, że już jestem na tyle stara, by już jakiś zawód mieć. Dobiłam szczęśliwie do poziomu magistra (wersja angielska: level Master) z ekonomii i można powiedzieć, że dzielnie pracuję w tym niedookreślonym wszakże zawodzie. Jeśli jednak miałabym uzewnętrznić w Internetach jakieś chwytliwe marketingowo tajemnice, które zostaną użyte przeciwko mnie jak już będę nieznośnie sławna - to marzy mi się przepracować jedną dniówkę jako... kierowca maszyny do czyszczenia podłogi w supermarkecie. No, a moim top celem zawodowym jest zostanie prezydentem :]

2. Jaka jest Twoja największa pasja?

Moją największą pasją jest wymyślanie dialogów do sytuacji, które się wydarzyły lub które się wydarzą lub nigdy się nie wydarzą. No i blog ;) 

Ale właściwie blog mniej niż to pierwsze ;)

3. Dlaczego założyłaś bloga? 

Impulsem był tekst mojej ówczesnej współlokatorki - Rudej, co Tańczy jak Szalona - że "ty to powinnaś felietony pisać!".  To mi przypomniało, że zaiste, przed moim uekonomicznieniem i upragmatyzowaniem pisałam bloga (który w panice opuściłam, bo ktoś kogo znałam z Realu wszedł na jego ogrodzone zasiekami terytorium), lubiłam to, umiałam to robić, pisałam codziennie, nie było to takie najgorsze i właściwie lubię pisać. I że jeżeli Pan Bóg do każdego swojego stworzenia wsypuje odrobinę talentu do czegoś artystycznego, to mi się dostał proszek z fiolki z etykietą "pisanie". Trudno powiedzieć, jak dużą dostałam dawkę ów zaczarowanego proszku. Tym, co skonstatują, że jakaś musiała być to mikroskopijna dawka napiszę, że dawki z innych fiolek były jeszcze mniejsze, a tej z etykietą "śpiewanie" Stwórca nawet nie doniósł do biurka, na którym eksperymentował nad obiektem "Ja bez Imienia".

4. Jaka jest Twoja ulubiona książka? 

"Ania z Zielonego Wzgórza".  I jej kolejne części (bo są kolejne części!). Żadna inna książka nie zainspirowała (modne słowo!) mnie jak ta.

5. Najpiękniejsze miasto, jakie udało Ci się zwiedzić? 

Ja jestem wierną przyszywaną córką Królewskiego Miasta, tj. Krakowa. I cierpię na wymyślony przeze mnie i (Mojego) M. Syndrom Królewskiego Miasta (na wzór syndromu paryskiego). Większość miast - nawet tych Top of the Top - wydaje mi się brzydsza niż Kraków w porównaniu.

6. Kto jest Twoim autorytetem? 

Trudno teraz o autorytet. Teraz, gdy wszystko wiemy o wszystkich, co mają na koncie dobrego i złego (jak to ludzie!) i każdy ma przynajmniej dwie wersje życiorysu to trudne. Ale mogłabym zrobić składankę cech, które cenię u interesujących dla mnie ludzi. Ale to musiałabym pomyśleć dłużej. Zrobię z tego posta! Stay tuned! #zagrywkamarketingowa 

7. Najzabawniejsze wspomnienie z dzieciństwa? 

Mam wspomnienie, którego nie pamiętam, a znam je jedynie ze słyszenia. Podobno raz na pytanie "A jak masz na imię?" odpowiedziałam "Karrramba!". To chyba znaczy, że lubiłam telewizję i dobranocki - potwierdza to także fakt, że godzina 19 była pierwszą, którą umiałam rozpoznawać na zegarku ze wskazówkami :) Poza tym to pomalowałam Bratu brwi... lakierem do paznokci, a sobie obcięłam grzywkę (od tamtej pory - serio! - nigdy nie miałam grzywki), podpijałam Mamci drinka mówiąc "Ale dobre!" do czasu aż się zorientowała i miałam w zwyczaju mówić "cześć" koleżankom w przedszkolu wiele razy dziennie w ramach zagadywania i jedna koleżanka (pamiętam dokładnie która - niedawno odpowiedziała na moje życzenia bożonarodzeniowe ;)) zwróciła mi uwagę na to i od tamtej pory już tego nie robiłam. 

8. Co Cię motywuje do pisania bloga? 

Sama się motywuję. Wybaczcie, ale nawet komentarze mnie nie motywują - choć naprawdę uwielbiam czytać je! Nie są one jednak moją motywacją i moim celem w pisaniu. Lubię się czasem po prostu popisać ;)

9. Masz jakieś zwierzątko? 

Niee. Choć wczoraj przez 20 minut miałam na balkonie ptaszka, który chyba był słabo doświadczony w swojej ptasiej doli lub był niedowidzący i z impetem kamikadze walnął w szybę. Myślałam, że umarł, potem jednak usiadł, a po chwili go nie było. Wyleczył się więc pewnie jakoś ze wstrząśnienia ptasiego móżdżka i poleciał opowiedzieć kumplom, jak przykozaczył z rana. 

10. Czego najbardziej nienawidzisz w ludziach? 

Chyba najbardziej nie lubię, jak ludzie kłamią. Bo ja jestem głęboko wierząca we wszystko, co ludzie mówią. Stąd łatwo mnie oszukać i/lub... zrobić ze mnie durnia. 

To teraz ja wymyślam pytania!

1. Skąd pomysł na nazwę bloga?
2. Czy Twój blog jest sekretem czy wiedzą o nim wszyscy wkoło?
3. Jakie masz marzenia?
4. Jakbyś mógł/mogła być dowolną osobą na ziemi, w kogo byś się zamienił/a?
5. Jakie by były 3 osoby, które chciałbyś przywrócić do życia?
6. W jakim wydarzeniu z przeszłości chciałbyś/chciałabyś uczestniczyć?
7. Jaka była ostatnia piosenka, którą przesłuchałeś/przesłuchałaś?
8. Jaka była ostatnia książka, którą przeczytałeś/przeczytałaś?
9. Jaki był ostatni film, który obejrzałaś/obejrzałeś?
10. Co zrobisz po napisaniu tego posta?

Ha, fajnie jest móc zadać pytania, wiedząc, że nie będzie odpowiedzi: "A Ty?" :D

A teraz nominacje!
http://zbieracz-mysli.blogspot.com/
http://siewcyzametu.blogspot.com/
http://holdmeupindisbelief.blogspot.com/
http://czerwonafilizanka.blogspot.com/
http://www.patrycjaprin.pl/
http://aneczkablog.blogspot.com/
http://mikrouszkodzenia.blogspot.com/
http://paniodbiblioteki.blogspot.com/
http://definiuje.blogspot.com/
http://matyldax.blogspot.com/
 
No, i jak ktoś nie lubi takich blogowych Złotych Myśli (słyszałam też określenie Pele-Mele o.O) to nie musi. Wiadomo. Nic nie musicie, wszystko możecie ;)

Kurcze, fajne są takie pytania...

Happy End

Mam serce przepełnione dumą! Dziś pewien pan Azjata jechał rowerem i zjeżdżając z krawężnika tuż obok szpitala, w którym umarł Wincenty Witos na Kazimierzu (podaję możliwie dokładnie miejsce akcji ;)), wypadły mu z kieszeni klucze. I ja, i (Mój) M. zaczęliśmy wołać za nim "Proszę Pana!". I uratowaliśmy go :) Taka mała niby rzecz, dwie sekundy z życia, a pomogło to uniknąć panu Azjacie tylu problemów! :)

środa, 27 lipca 2016

Cieszmy się i radujmy się w nim

Papież Franciszek wylądował! Papież Franciszek wysiadł z samolotu! Papież Franciszek dotknął polskiej ziemi! Papież Franciszek na Wawelu!

Nie myślałam, że będę się tym ekscytować. W ogóle tego nie planowałam :D

Mam też wrażenie, że jestem bardziej podekscytowana tym niż sam główny bohater.

Wygląda na tak smutnego... Mam nadzieję, że po prostu nie lubi latać samolotem i jeszcze był trochę w szoku po locie. Ja bym była!

Ogólnie jednak chyba nie nadaję się na prezydenta (to moja wymarzona posada ;)). Nie lubię latać samolotem i boję się salw wojskowych. Muszę wybrać inny życiowy cel.

Ach więc dziś mieszkam w jeszcze bardziej zatłoczonym, kolorowym, zagrożonym, chronionym i świętym mieście niż wczoraj.

A przyszłam tu, by powiedzieć Wam, co myślę o tym wszystkim.

Myślę sobie: spoko! A jak w poniedziałek widziałam żółto-niebiesko-czerwone grupki ludzi na ulicach, myślałam sobie nawet: pięknie!

Tak, tak. Nie przyłączam się do grona malkontentów, którzy mówią: "A po co tyle piniendzy na to, biednym dzieciom by dali te klechy, co się majbachami rozbijają, za moje podatki!,  a już zaraz jakiś Ahmed przyjdzie, już będzie zamach,  sami się prosimy, nic nie zrobione, nic nie przygotowane, korki, korki, korki!". Nie przyłączyłam się też do tych, co mówią: "Wspaniale, bawmy się, śpiewajmy, machajmy papieżowi!" (Ok, tyle przykładów, żadnego z nich nie widziałam w Internetach, wszystkie wymyśliłam. Może dlatego, że ci od tej strony patrzenia na to wydarzenie nie siedzą w Internetach?... Ku chwale Pana).

I tego drugiego troszeńkę żałuję.

Tak, podobają mi się Światowe Dni Młodzieży. I fajnie, że je mamy w Królewskim Mieście.

Chcąc być pragmatykami, kalkulującymi sens wszystkiego, co się dzieje i wsłuchiwać się i słuchać okrzyków - nie bezzasadnych - "tyle piniendzy!" i "takie zagrożenie!", musielibyśmy skończyć z mundialami, olimpiadami (sorry - igrzyskami olimpijskimi!), festiwalami. To zawsze wielkie środki i podwyższone ryzyko. A tak w ogóle bez sensu przecież. Nikt się tym nie naje ("Tylko ci złodzieje, co na tym kasę trzepią!"), nikt bez tego nie umrze. Po co komu takie mistrzostwa świata w piłce nożnej? Ok, dobra, Brazylijczycy mogliby ulec masowej zagładzie po ich odwołaniu ze względów pragmatycznych :D

Człowieki lubią duże grupy człowieków! Nawet jeśli nie lubią w nich być, to zwykle lubią na nie patrzeć! Jak inne człowieki, o innych buziach czy inaczej ukształtowanych strunach głosowych (tak tak, dlatego tak trudno nam mówić po japońsku) biegają za piłką lub rzucają kawałkiem metalu kto dalej.

Ależ nie przesadzajmy w drugą stronę także. Zabezpieczmy środki, podzielmy się sensownie, to co od Boga i to co od cesarza, zapiszmy to wszystko i umówmy się najroztropniej. W przypadku wydarzenia w tym tygodniu mam i ja pewne wątpliwości, czy cesarskie aby na pewno za dużo nie dołożyło, a boskie się za bardzo nie rozpazerniło.

I siebie zabezpieczmy. Bez paniki, nie każdy koleś z brodą to niecny Ahmed. Tym bardziej, że przystojni panowie z brodą są przecie jak najbardziej pożądani! (jak ktoś jakiegoś nie chce, to ja przygarnę jako miłośniczka bród męskich <3) Ale miejmy oczy otwarte. I dobrze, że ktoś zgłosił zostawioną torbę na ulicy i saperzy zabrali na poligon czyjeś gacie! I dobrze, że pani zadzwoniła, że jakiś pan ma pistolet, a nie powinien, choć ma pozwolenie!

Taki mój poradnik na Światowe Dni Młodzieży mi wyszedł xD

Happy End

Helikoptery. Helikoptery wszędzie.

wtorek, 26 lipca 2016

Umieć chcieć niemożliwego nie chcieć

Ostatnio było trochę prywaty. Ale cicham już o tem. Sprawa zawieszona i ma się odwiesić wkrótce. Dam znać wynik. Nie spodziewam się, by był większy od zera. Ani by dążył do jedności. Przynajmniej w krótkim okresie.

Znów filozoficznie będzie.

Ten blog się robi taki. Z przesłaniem dla świata. Zwykle mnie śmieszą takie blogi. Ale czasem jak coś przeczytam takiego to mnie trachnie i wiem, że to co przeczytałam było dobre (końcówka zdania w tonie biblijnym - jakby ktoś nie zauważył, a nie chciałabym by zostało to takie niezauważone :)).

Będzie o chceniu.

Wstydziłam się zawsze użyć argumentu "bo tak chcę".  Zawsze mi się wydawało, że to taki argument-niedobitek. Argument, którego starsi i mądrzejsi koledzy argumenci zostali z(a)bici. Idzie ostatni w panice z szabelką na czołgi i walce. Do zmiażdżenia, zrolowania i wyśmiania. Bo co to takie to chcenie. "Chcieć to se możesz".  A dlaczego? A dlaczego tak? A dlaczego tak bez sensu?

Więc Ja bez Imienia jako Poważny Człowiek na Poważnym Stanowisku, dorosły od 10 roku życia unikała używania nieszlachetnego argumentu "bo tak chcę". 

Przeanalizujmy to! (i tu był ton w stylu "Sprawdźmy to!" rodem z Ad Bustera - jakby ktoś nie zauważył, a nie chciałabym by zostało to takie niezauważone :))

No bo (poważna analiza musi się poważnie zacząć -.-) jeżeli nie umiem podeprzeć swoich zamiarów tymi szlachetnymi argumentami i dowieść, że to co robię ma sens to znaczy, że rzeczywiście nie powinnam tego robić. Jeśli nie przekonam kogoś do tego - lepiej tego nie robić. Rzeczywiście. Można w ten sposób uniknąć robienia głupich rzeczy. Logiczne. Ok, accepted!

Tymczasem.

Argument "bo ja chcę" nie jest najsłabszym argumentem. On jest argumentem najsilniejszym.

Och, jak ja wiem jak bardzo męczące jest znajdowanie wyjaśnienia dla wszystkiego, nawet tych machinalnych rzeczy, co to nawet się nie zdążyłam zastanowić, dlaczego to robię i dlaczego tak.

A ja właśnie robię tak, "bo tak chcę".

Najsilniejszy z argumentów. Z takim to dopiero nie można dyskutować. Takiego nie da się zbić. I nie można takiego wyśmiewać - a przynajmniej jest nieładnie.

Nie trzeba się go wstydzić. Tak jak nie trzeba się wstydzić, że wcale nie lubi się knedli ze śliwkami. Nie potrafię wyjaśnić logicznie, dlaczego nie lubię. Może we wczesnym niepamiętnym dzieciństwie straciłam na pestce od śliwki pierwszego mleczaka. Nie trzeba się wstydzić. Nie warto się go wstydzić. Nie wolno mi się wstydzić.

Happy End

Jestem obecnie w najbardziej zatłoczonym, najbardziej kolorowym, najbardziej zagrożonym, ale jednocześnie najsilniej chronionym i najbardziej świętym miejscu w naszym Prawym i Sprawiedliwym Kraju (dygresja 1: nie było ironii ani wyśmiewania, dygresja 2: zdanie było w tonie arcyzajmującej relacji live - jakby ktoś nie zauważył, a nie chciałabym by zostało to takie niezauważone :)). Latają helikoptery, duża ulica obok mnie o 16 była pusta (przepięknie!), a w telewizji mogę obejrzeć sobie, co się dzieje w centrum bez wychodzenia na deszcz. Królewskie Miasto zaczyna ciężki, kolorowy, ciekawy tydzień :)

sobota, 23 lipca 2016

Rozpacz, że nie kochasz mnie

Myślę dziś krótko. Krótkimi zdaniami.

Jak w piosence, z której zaczerpnęłam tytuł.

Loadowanie statusu:
|||||||||||||||||||||||||...

Oceniam, szacuję, estymuję, jako ekspert ds. analiz strategicznych, jako specjalista od liczb, procentów.

Na 95% Mój M. przestanie być Moim. Będzie tylko M.

(Mój) M. stwierdził - i tu plus za uczciwość, wspaniale, dajmy mu kwiatka - że tak nie może być. Że tak w głębi jego M-owego jestestwa na ten moment chce być bardziej samotnym wilkiem niż domowym kocurem. I te obiady, te zakupy, te pocałunki rano na dzień dobry, to odkurzanie wspólne i ten balkon - to już za mało i jeszcze za wcześnie.

I milion myśli "w mojej małej głowie". Moje dwie małe komórki w moim małym mózgu pracują przerażająco efektywnie, jednocześnie marząc by zapaść w letarg. Wpadają na siebie, wyrzygują myśli, potykają się, miotają, obijają o ściany, obijają o siebie.

I że co teraz będzie. Ten największy pokój jaki miałam w życiu, ta największa w życiu liczba metrów kwadratowych na dwóch piętrach, ten balkon, ten ogród, to łóżko - też chyba największe w życiu. Dla mnie samej zostanie.

I że miało być inaczej. Miało być wino wieczorem i słońce rano. Gotowanie w majtkach i telewizja w kocu. Leniwe soboty, które są porankami.

I że miało się tyle zdarzyć. No, że suknia, że radość, że tańce, przyjaciele wkoło, wszyscy widzą, a little party never killed nobody, i że too much love won't kill you, wszystko zaplanowane od dawna przeze mnie, bo to wielkie marzenie, potem wszystkie pierwsze razy, i Jerzy Jacek, i Anna Maryla.

I że już nie będzie tylu rzeczy. Będę leżeć odłogiem na wielkim łóżku, zawinięta we własne ręce - to taki prototyp, będę szeptać sama do siebie.

I że nie ma nadziei. Jest tyle czynników, które Mój musi spełniać. (Mój) M. dostał najwięcej punktów. Chciałam je przekuć na uczucia, ale nie zdążyłam. I ja już mam 25 lat. I mam tyle rzeczy do opowiadania. Tyle kamieni noszę, taka jestem pocharatana - we wnętrzu, na żołądku, na wątrobie, na sercu. I tak trudno mi to wywlec, obrócić skórę na drugą stronę. I teraz, gdy już doświadczyłam, jak mogą się skończyć najpewniejsze rzeczy - boję się. Będę się bała to zrobić. Są rzeczy, których nie umiem mówić wiele razy, każdemu.

Boję się. Jak mam kupić samochód, mieszkanie, wziąć kredyt taka sama. Kranu on i tak nie umie naprawić.

I inni mają. A ja nie. I czy to przez te kamienie? To pocharatanie? Czemu mi to zrobiliście? Jak klątwa.

I wszystko było idealne. Dom, praca, lubimy nasze rodziny - mimo wszystko. Wszystko dobre w dobrym czasie. W piach.

Bywam psychiczna kilka razy dziennie. Płaczę, choć mniej już w tym wilgoci, a więcej już dźwięku. Usta mi sie wykrzywiają zawsze tak samo. Zostanie mi tak. I będę brzydsza. A już mam pryszcza, który nie chce zniknąć na czole. I zawijam się, odwijam, brak ochoty. Jem ciastka. I piję wodę z miętą i cytryną. Nie gotuję. Bo nie chcę tych warzyw. Bo kupiliśmy je razem, a zakupy nie były modelowe, piękne, urocze, wesołe.

I nie sprzątam. Bo on uwielbia posprzątane. I swoje koszule. Nie sprzątam. Niech zbliży się do mojego cierpienia mając nieposprzątane. On chodzi i sprząta. Niech sprząta.

"Kobieta wybaczy ci wszystko - oprócz tego, że jej nie kochasz."

Usychanie tkanek. Na zmianę z migotaniem przedsionków.

Happy End

Pralka oddycha. Robi rundkę wirowania, zatrzymuje się na trzy sekundy - jak to pralki mają w zwyczaju i robi dwa oddechy. Słowo. Podobne do moich, gdy nabieram powietrza na kolejny jęk. Boję się, że się uduszę.

wtorek, 19 lipca 2016

Tak jak śnieg sypnął kwiat

Na wstępie chciałam zaznaczyć, że niniejszy post NIE jest manifestem moich poglądów politycznych. Moje poglądy polityczne określiłabym teraz jako pesymistyczne. Żyjący we mnie od zawsze raczej ponadprzeciętnie pobudzony (jak byłam mała oglądałam z dziadkiem sejm) homo politicus siedzi teraz skulony i na zmianę łapie się za głowę i ręce opadają mu z szelestem. A takie są te poglądy, że większość z tych ponad 500 osobistości w garniturach, garsonkach, z broszkami i piórami - od prawa do lewa i z powrotem - ma nas za idiotów. I nie, nie uważam, że nie są nam potrzebni wcale, bo nas tylko okradają, wyprzedają, marnotrawią, zsyłają same plagi i deszcz w lipcu. Uważam, że nam są potrzebni bardzo. Ale nieco inni. Tylko trochę. Mogą być też w garniturach, garsonkach, z broszkami i piórami, też mogą być podejrzanie bogaci lub nieładni, nerwowi, płaczliwi lub jąkający się, jak bardzo trzeba to mogą przemawiać z krzeseł, seplenić i mieć krótkie nogi, ale przy okazji, żeby mówili mniej okrągle, a bardziej prosto i z mostu. I żeby mieli nade wszystko choć odrobinę szacunku do człowieka myślącego.

Takie mam marzenie.

Dawno nie byłam tak pesymistycznie nastawiona do świata polityki. I to tej od prawa do lewa i z powrotem, i do tej w środku też. Albo coś się złego stało, albo - o zgrozo! - dorosłam.

Ostatnio jeden pan minister w garniturze orzekł, co sądzi na temat zamachu w Nicei. Że czcigodni partnerzy w unijnej doli i niedoli znad Loary niedostatecznie zajęli się wiadomymi sprawami po poprzednim ataku w Paryżu i z tego niedopilnowania - było, co było. Do tego momentu jestem się nawet w stanie zgodzić, choć nie znam zapewne tak dogłębnie sprawy jak pan minister w garniturze. Ale mi się trochę też tak widzi.

I potem pan minister w garniturze orzeka, że nasi bracia i siostry w unijnej doli i niedoli to tylko kwiatki malowali na ulicach w ramach walki z terroryzmem. A te kwiatki to były kolorowe - no, a jak kolorowe to jakoś dziwnie przystają do ruchu LGBT! :O

Dwie refleksje mam.

Pierwsza - właściwie mniej ważna, choć akurat ten fragment był chyba bardziej oburzający - odnośnie tego nawiązania do LGBT. Komentarz mój: WTF?? (dziękuję narodowi amerykańskiemu za to wyrażenie!) Jeśli ktoś umie wyjaśnić ciąg przyczynowo-skutkowy jak gej jeden z drugim wiążą się z zamachami - ja bardzo proszę! I nie ma tu ironii! No, a jakież mieli te kwiatki malować, jak Pan Bóg stworzył kwiatki kolorowe?...

I druga - ważniejsza, choć mniej chyba bulwersująca z początku. Że ludzie w ogóle szli i te kwiatki malowali, zamiast się jakoś czymś bardziej produktywnym dla sprawy zająć. Dobrze, jestem Francuzem (przed jeden dzień wszyscy byliśmy Francuzami, by potem szybko przemienić się w Turków). Przeżywam jakoś to, co się wydarzyło w moim kraju. Jedni w tym przeżywaniu tylko myślą, inni chcą coś zrobić. Jedni wstawią zdjęcie na fb, a ja potrzebuję zrobić coś więcej, żeby zamanifestować - sprzeciw lub solidarność. Ale nie mam czołgu w garażu ani pułku wojska na telefon. To idę maluję kwiatki. Co mogę zrobić więcej jako pospolity zjadacz bagietek?

A czemu my - pospolici zjadacze bigosu - idziemy pod ambasadę francuską ze zniczami? "O, terroryści już trzęsą portkami na ten widok!" - zaironizują w Internetach.

Przecież to nie prezydent z ministrami poszli malować kwiatki we Francji. Nie wysłali też służb, wojska, policji, by oni malowali te kwiatki. Oni mają swoje - nomen omen - broszki.

Widzę jedną pragmatyczną rzecz, jaką może zrobić pospolity zjadacz bagietek. Może skrzyknąć innych bagieciaczy i pójść pod biuro naczelnego bagieciarza, by COŚ zrobił - co by chcieli, by zrobił. Ale bagieciarze na to nie wpadli. Może nie widzą takiej potrzeby? Może uważają, że naczelny bagieciarz nieźle sobie radzi i nie potrzebuje podpowiedzi z ulicy? Może oni mają jakimś cudem chłodniejsze głowy niż my - bigosiarze, póki co szczęśliwie uchowani od większości straszności?

Cieszę się, że napisałam ten post. Bo? Bo wczorajszy mnie dręczy jako mało udany i teraz jest już piętro niżej na tej stronce, więc jego siła dręczenia osłabła ;)

Happy End

Kalafior, brokuł, baby (czytaj: bejbi) marchewki, ryż i rybka - na obiad dziś były same "zdrowaśki" :)

poniedziałek, 18 lipca 2016

It's now or never

Uwaga, będzie element misji edukacyjnej w tej części Internetów. Wszystkich opornych do pogłębiania wiedzy ekonomicznej ze strachu przed upadkiem ich wizji gospodarowania odsyłam w inne strony tego światka - bawcie się dobrze!

Inflacja - proces przeciętnego wzrostu cen w gospodarce.
Skutek: spadek siły nabywczej pieniądza.
Jedna z możliwych przyczyn: nadmierne zwiększanie podaży pieniądza.
Info dla zabłyśnięcia w towarzystwie i wykorzystania na przykład podczas dyskusji, jak to "ci co rządzili przez 8 lat zdewastowali ten kraj" (albo podczas obrony magisterki z ekonomii): obecnie mamy deflację. Czyli odwrotość inflacji. Czyli przeciętny spadek cen. Czyli argumentu "Ci co rządzili przez 8 lat doprowadzili do gigantycznych wzrostów cen!!!!" nie używamy w sytuacjach, gdy istnieje prawdopodobieństwo istnienia w towarzystwie średnio rozgarniętego ekonomisty i nade wszystko nie podajemy wymyślonych wartości inflacji w jednym pokoju z profesorem nauk ekonomicznych oraz dziekanem - tego drugiego byłam świadkiem podczas mojej obrony - i nie byłam to ja!

Zastosowanie inflacji w życiu codziennym.

Są takie wyrażenia, które uległy inflacji. Powtarza się je tak wiele razy, że straciły na wartości. I mało można za nie "kupić" - w sensie nimi do czegoś lub kogoś przekonać. I już dawno przestaliśmy ogarnąć, o co w nich chodzi.

I ja ostatnio odinflacjowałam dla siebie takie wyrażenie! "Żyj tu i teraz" - takie ono było.

Dla mnie to było takie wyrażenie po inflacji. Można rzucić zawsze do kogoś, komu smutno i źle i zawsze będzie pasować. Można jeszcze rzucić "Wszystko będzie dobrze", "Czas leczy rany" i "Jutro też jest dzień". Waluty o podobnym, niskim kursie.

Ale ostatnio kurs "Żyj tu i teraz" mocno skoczył na giełdzie wyrażeń Ja bez Imienia. Hossa!

Przy okazji odwracania się za siebie i do siebie zobaczyłam... jak uparcie patrzę przed siebie.

Co za zdanie.

Ktoś powie - motywator jakiś albo coach życia, taki Nawałka w psychologii - TO WSPANIALE! JUŻ WIESZ, JAK TRZEBA ROBIĆ W ŻYCIU!! SZCZĘŚCIE GWARANTOWANE ALBO ZWROT PIENIĘDZY!!! (sorry za Capsa, ale to oni tak mówią).

Ale nie.

Zapatrzyłam się do przodu - na sukcesy i radości, jakie tam mnie czekają (bo patrzę do przodu, więc sukcesy będą - Nawałki psychologii gwarantują lub zwrot pieniędzy). Na wydarzenia, które się wydarzą, tylko trzeba zrobić kroki, by się wydarzyły (więc ja robię te kroki). Na tę białą suknię patrzę i planuję kiedy i gdzie. Znam ten czas. Zaplanowane - tylko robić kroki. I ja robię te kroki zapatrzona. I będę się kiedyś tak cieszyć okropnie - tylko muszę zrobić kroki, a ja robię kroki.

I nie ma mnie tu i teraz.

Nie cieszę się tu i teraz. Bo planuję, że będę się cieszyć, jak zrobię kroki.

I nie żyję tu i teraz. W tych uwarunkowaniach, jakie mam. Trzeba je poprawić i trzeba robić kroki, ale cieszyć się można już z tego niedoskonałego, nierozwiniętego. I z tego, co nie idzie po myśli, bo ktoś obok zgubił kroki i nie tańczy tak, jak grane jest w planie.

Ja się obraziłam na Mojego M., bo zgubił kroki. A to ja zgubiłam jego. Myślałam o nim jako części planu, z którego wykonania cieszyć się będę kiedyś tam. A on jest tu i teraz. Taki, jaki jest.

I będę się cieszyć w tym tygodniu. Choćby miał zostać tylko tydzień.

Jakaż jestem niezadowolona z tej notki.

Pozostając w tematyce posta: ekonomia jest sztuką maksymalizowania użyteczności przy ograniczonych zasobach. Mam TERAZ ograniczone zasoby i TUTAJ takie uwarunkowania - i nie ma TERAZ innych. Muszę w takich warunkach, TERAZ i TUTAJ maksymalizować moją użyteczność. Moją radość. Nie kiedyś tam, jak będę miała więcej zasobów i warunki będą bliższe ideałowi. Teraz i tu.

Happy End

Dałam za wygraną. Nie dam rady przeczytać "Paragrafu 22". Może mam za mały mózg.

środa, 13 lipca 2016

I'm the most little innocent liar

Czytam "Paragraf 22" J. Hellera. Koleżanka dwa razy mówiła mi "Przeczytaj!" - to czytam. Dziwna to książka. I usypia mnie już o 22:00. Mam wrażenie, że bariera przeczytania 12 stron za jednym posiedzeniem jest nie do przejścia xD

Ta książka jest turbo dziwna. Dziś w nocy śniłam słowa napisane w jej stylu. Śniłam słowa! #faza

Podobał mi się ostatnio jeden fragment z niej. Przytoczę. Cytat będzie długi, więc do autorów tego posta dodam pana Hellera. O ile żyje. Jak nie żyje to dopiero będzie miał niespodziankę. Że coś napisał w życiu po życiu i do tego po polsku!

Był grzeczny dla starszych, ale oni go nie lubili, mimo, że zawsze stosował się do ich poleceń. Mówili mu, żeby nie mówił hop, póki nie przeskoczy, więc nie mówił. Mówili mu, żeby nie odkładał na jutro tego, co ma zrobić dzisiaj, więc nie odkładał. Mówili mu, żeby czcił ojca swego i matkę swoją, więc czcił. Mówili mu, że nie wolno zabijać, więc nie zabijał, dopóki go nie wzięli do wojska. Tam powiedzieli mu, że ma zabijać, więc zabijał. Zawsze nastawiał drugi policzek i nigdy nie czynił drugiemu, co jemu nie było miłe. Kiedy dawał jałmużnę, jego lewica nie wiedziała, co robi prawica.  Nigdy nie używał imienia Pana Boga swego na daremno, nie cudzołożył i nie pożądał osła bliźniego swego. Co więcej, kochał wręcz bliźniego swego i nigdy nie mówił fałszywego świadectwa przeciwko niemu. Przełożeni Majora Majora nie lubili go za ten skrajny nonkomformizm.

No właśnie. Przecie Major Major (tak tak...) robił wszystko wedle przepisu. Jak książka każe. A i tak go nie lubili.

Dla unaocznienia tego, co chce dziś światu powiedzieć, inna przypowieść. Z serialu "Przyjaciele".

Rodzice Monici i Rossa obchodzili okrągłą rocznicę ślubu. Zawsze z okazji takich rocznic Ross wygłaszał płomienne, wzruszające przemówienie, ale Monica poprosiła go, by w tym roku mogła go zastąpić. Przygotowywała wystąpienie zaciekle, długo, z zapałem i z przekonaniem, że teraz ona doprowadzi wszystkich do łez - i to dwa razy rzewniejszych niż Ross! Wygłaszając jednak przemówienie, w którym poruszyła wszystkie obiektywnie wzruszające tematy - ukochanego pieska i śmierć niedożałowanej babci - spostrzegła, że nie wzrusza się nikt, a właściwie wszyscy są trochę zniesmaczeni. To ją okropnie zdenerwowało. I gości zniesmaczyło to jeszcze bardziej. W końcu dała za wygraną, a rodzice - próbując ratować sytuację - poprosili o dwa słowa nieprzygotowanego Rossa. Ten z głowy powiedział jedno zdanie i... wszyscy się wzruszyli do łez.

Bo Monica też zrobiła wszystko, jak pisze książka. Zawarła wszystkie obiektywnie wzruszające elementy, by osiągnąć cel. Wszystko miało działać. Jak u Majora Majora, który robił wszystko zgodnie z instrukcją do życia, a i tak ludzie go nie lubili.

Nie ma instrukcji do życia.

Ja bez Imienia - Paulo Coelho tej części blogosfery.

Nie ma chwytów na zdobywanie uwagi. Nie ma przepisu na zdobywanie przyjaciela. Nie ma planów na zdobywanie ludzkich serc.

Ja jestem Monicą. Też czasem się dziwię, czemu nie ma sukcesu, skoro wszystko zrobiłam, jak należy. Uśmiechałam się, byłam grzeczna, byłam miła, byłam pomocna, a nie dostałam uwagi/przyjaźni/serca.

Byłam zaprogramowana.

I nie byłam przez to ludzka.

Nie wiem, czy to "byłam" jest aktualne. Nadal "bywam".  Ale się uczłowieczam. Znajduję to, co chcę robić i mówić naprawdę, a nie to, co mam zaprogramowane albo co wydaje mi się akuratne w danej sytuacji. Mówić i robić nawet to, co OBIEKTYWNIE (mój synonim doskonałości) jest niedobre i książka tego nie pochwala.

Dużo kłamałam, choć nie wiedziałam.

Autorzy dzisiejszego posta:
Ja bez Imienia
Joseph Heller

Happy End

Ja tam założyłam sobie taką stronkę na Facebooku - bynajmniej nie z tego powodu, że jestem już taką zaawansowaną blogerką, że strona taka mi się należy, a nawet jest niezbędna. Ja tam sobie wrzucam fragment posta z linkiem, chciałabym czasem sobie wrzucić jakąś krótką wrzutkę z dnia, jakbym nie miała czasu na grubsze pisanie. Robię to, bo to lubię, więc będę to robić :) Jak widać, stronka nie ma totalnie charakteru marketingowego, bo wrzucam na nią nawet, gdy - jak teraz - polubiłam ją tylko ja i tylko ja to czytam ;) Jakby ktoś chciał się przysiąść - zapraszam :)

Edit: Ha, stronki na fb nie mogę edytować, bo fb uznał moje konto Ja Optymistycznie Optymistyczna za nieprawidłowe i prosił uprzejmie, bym wysłała im mój dowód tożsamości na potwierdzenie, że tak właśnie się nazywam! To tak można??

wtorek, 12 lipca 2016

Łapy, łapy, cztery łapy

Właściwie rozkmina na dziś urodziła się wcześniej niż rozkmina na dwa dni temu. Bo natchnął mnie na dziś artykuł, a na dwa dni temu komentarz. Choć ja czasem najpierw czytam komentarze, a nierzadko potem... nie czytam artykułu XD

Artykuł był o psie zostawionym...  Hmmm... Jakbym przeczytała ten artykuł porządnie to bym wiedziała dokładnie -.- Generalnie historia jak często - piesek zostawiony gdzieś, głodny, umierający, poraniony.

Nie chciałabym się tu roztkliwiać - mam wrażenie, że każdy użytkownik Internetów jest podatny na rozktliwianie się nad takim obrazkiem i wielu chętnie to wyraża, więc nie będę dodawać swoich tkliwień.

Tym bardziej, że mam raczej niski poziom rozktliwienia (ogólnie w życiu też mam niski jego poziom) w tym temacie. Lubię zwierzęta, ale nie mam do nich wybitnie szczególnego przywiązania. Lubię kotka i pieska, ale jem kurę i świnkę, bo to normalne dla rodzaju ludzkiego. Wychowałam się na wsi - mojej wsi Hen-Hen, gdzie zwierzątka zwykle pełnią swoje funkcje - piesek jest na etacie szczekacza, kotu przypisane jest łapanie myszy, kura znosi jaja, a świnka składa ofiarę ze swojego świńskiego żywota by Bez i reszta mieli pieniążka na chleb i ciastka.

Tak, tak - mój Papa ma świnkę i to niejedną po to, by ją sprzedać, a ktoś inny - by ją zabił, a ktoś inny - by ją zjadł. Tylko po to. Co nie wyklucza tego, że mój Papa dba o swoje świnki - by miały papu, dużo miejsca, były zdrowe, a nawet by się nie stresowały i żyły w zgodzie. I nawet to ostatnie serio! Gdy świnki dostawają szwindla i zaczynają się gryźć między sobą, dostawają zabawki (na przykład butelki plastikowe - bez zawartości wyskokowej!) by mieć rozrywkę i zapomnieć o dokuczeniu swojemu świńskiemu kumplowi. Wiadomo, u Papy gdzieś na pierwszym miejscu jest to, że pogryziona, słabsza świnka przyniesie mniej pieniążka, ale... no, względy humanitarne są tu też! I szanowna Mamcia dba o pieska i kotka, i o kury dba. Moja Mamcia potrafi nawet powiedzieć, co jej kury lubią jeść najbardziej, a za czym nie przepadają!

Wracając do tematu roztkliwiającego artykułu o piesku.

Chęć zabicia pieska - jako stworzenia w naszej kulturze uprzywilejowanego (bo ma więcej futra niż świnka i nie umiemy go przyrządzać - żart!), nie jest godna pochwały.

Jednakże jeśli już przyjmiemy TYLKO HIPOTETYCZNE założenie, że chęć zabicia pieska MOŻE być spoko (bo piesek stary, bo chory, a nawet - bo mam ich za dużo, bo nie mam mu co dać do jedzenia, a nawet OSTATECZNIE - bo nie chcę psa i nikt kogo znam go nie chce też i nie wiem co zrobić) to... na Boga, dlaczego TAK?? Dlaczego drutem do drzewa, zakopany żywcem, bity do zabicia??

Toż już kurę - stworzenie mniej uprzywilejowane w naszej kulturze (bo ma mniej futra i umiemy je przyrządzać) się zabija humanitarnej! (czy słowo "humanitarny" nie odnosi się tylko do człowieka?) I nikt nie powie, że się nie da, bo to większe od kury. Ludzie na wsiach zabijają świnie i - jeśli mają trochę oleju, a mniej alkoholu w głowie - też robią to tak, by stworzenie jak najmniej cierpiało.

Tego najbardziej nie umiem zrozumieć po lekturze takich artykułów.

A, a jeden komentarz pod nim był, że "W katolickim kraju takie rzeczy!".  Stąd natchnienie do posta sprzed dwóch dni.

Tyle. Bo się rozsierdziłam.

Nie zachęcam do zabijania pieska - jakby ktoś pytał.

Happy End

Poszłam na rekord. Przyniosłam z kuchni, która jest na dole do naszej głównej pieczary, która jest na górze za jednym razem mając do dyspozycji dwie ręce, ludzkie, kobiece, o standardowych wymiarach: dzbanek, dwie szklanki, resztki zakupów, w tym wodę mineralną, torebkę, klucze i krzaczek mięty w doniczce!

niedziela, 10 lipca 2016

Im więcej Ciebie tym mniej

Prawdą jest - i poprze mnie cała teoria ekonomii z ojczulkiem Smithem na czele, a także człowiecza intuicja, doskonalsza nierzadko od teorii czegokolwiek - że rzeczy masowe mają niższą wartość. Nie będę tu strzępić palców na klasyczne przykłady. W niniejszym opracowaniu chciałabym omówić jeden, mniej klasyczny.

Moje dzisiejsze słowo na niedzielę traktować będzie bowiem - jak na słowo na niedzielę przystało - o religii.

Religii masowej.

Nikt, komu modny antyklerykalizm i arcywolnościowe poglądy nie rzuciły się przesadnie na mózg (mam chyba zadatki na prawicowego publicystę - przeszkadza tylko to, że serce mam nieco bardziej po lewej stronie) nie będzie kwestionował tego, że nasza Tłuszczem i Wódką Płynąca Ojczyzna jest głęboko zakorzeniona w kulturze chrześcijańskiej. I korzenie mocno się trzymają i nadal znakomita większość Polaków - czasem czy tego chcą czy nie - została włączona w trzódkę Ubogiego Pasterza z Nazaretu. Nie neguję tutaj pojawiania się trendów coraz śmielszych ucieczek i obchodzenia boczkiem duchowej owczarni. Nie neguję nawet samego tego aktu. Toleruję. I czasem to się nawet nie dziwię.

Sama chodzę do kościoła, a czasem to nawet lubię. Nie zaliczam się do tych owieczek z pierwszego rzędu, jednakże staram się na pastwiskach życia obierać zwykle kurs na ów Ubogiego Pasterza z Nazaretu. Why not?

Biorąc pod uwagę duży udział katolików (o różnym poziomie wtajemniczenia) w ogóle społeczeństwa śmiem twierdzić, że religia w Polandii jest sprawą masową.

Z jednej strony - super! Nie rzucamy ziemi skąd nasz ród i nie dajemy pogrześć wiary. Drabinka wartości cenionych przez katolików jest jak najbardziej do pochwalenia, więc super, że znakomita większość ludzi miała okazję się z nią dobrze zapoznać. Do tego skrupulatnie zabezpieczamy tradycję (jakże istotny element kultury) i rokrocznie większości z nas przynajmniej przechodzi przez myśl, że Boże Narodzenie to właściwie urodziny Kogoś Ważniejszego niż Święty Mikołaj.

I proszę nie doszukiwać się w poprzednim akapicie ironii. Nie było ani trochę!

Jednakże ta masowość musi - nie ma siły  - obniżać wartość tej naszej religijności. Mam wrażenie, że to nieuchronne.

Byłam na mszach katolickich we Francji, Wielkiej Brytanii i Słowenii. Przyszło kilkanaście dusz, ale wśród nich zawsze był jakiś świecki komendant śpiewu z gitarą, ktoś ochoczo brał się za czytania, ktoś śpiewał psalmy. We Francji w jednym małym kościele znalazł się nawet chór złożony z kompletnie nieumiejących śpiewać kobiet, które darły gardła na chwałę Pana (wierzę, że Pan Bóg jest istotnie miłosierny i musi mieć poczucie humoru). We Francji też te kilkanaście dusz, które się zebrało, jeszcze po wyjściu z kościoła długo stało w grupach przy lemoniadzie i ciastkach. Ku mojej uciesze (tu ironia!), bo byłam zdana na łaskę bardzo gadatliwych Francuzów, którzy długo deliberowali  ze swoimi przyjaciółmi, a ja totalnie nic nie rozumiałam :D Kościoły Francji chyba zaskoczyły mnie najbardziej. To w jaki sposób przekazują sobie znak pokoju! Ściskają się  przytulają, całują!

A u nas? W moim kościele niedaleko wioski Hen-Hen na znak pokoju tłumnie zebrana trzódka beznamiętnie rozgląda się na prawo i lewo. Ewentualnie na lewo i prawo. Tak niemo, że gdyby nie to, że wcześniej wszyscy oblukali swoich sąsiadów, nie byłoby w stanie po tym ruchu stwierdzić, kto koło nich siedzi.  Tak jakby bardzo nie chcieli zobaczyć swojego sąsiada w tym momencie.

Już w Królewskim Mieście jest lepiej, bo popularne jest tutaj podanie ręki. Mnie to zawsze uśmiecha - choćbym miała nie wiem jak zły humor i bardzo nie chciała.

To by potwierdzało moją teorię o mniejszej wartości przy większej masowości. Wszak w Królewskim Mieście odsetek chodzących do kościoła jest niższy niż w wiosce Hen-Hen.

I mniej jest tej wspólnoty u nas. Nie ma lemoniady. Może więcej jest dusz w ławkach i kwiatów na ołtarzach, ale mniej radości i zaangażowania. Msza nie jest żadnym przeżyciem - może też dlatego, że rzadko kiedy dojście na nią zajmuje więcej niż pół godziny, a na francuskiej prowincji często są to kilometry i jakoś to trzeba zorganizować. W polskich kościołach ludzie są tacy smutni. I śpiewają "Alleluja" jakby mówili "szafa trzydrzwiowa".  Nie, nawet "szafa trzydrzwiowa" budzi więcej emocji -.-

Że już nie wspomnę o tym, że polskie społeczeństwo częstokroć wcale nie jest bardziej porządne niż te bardziej laickie. Nie będę tutaj przytaczać statystyk, ale "na czuja" chyba można stwierdzić, że więcej u nas pijaństwa i przemocy niż w niejednym mniej katolickim kraju, czasem więcej znieczulicy i nietolerancji, a pewnie tyle samo chamstwa i wulgarności.

Często mniej znaczy więcej.

Ja bez Imienia - Paulo Coelho tej części blogosfery ;)

Happy End

Wyciągnęłam tiramisu. Jest... boskie! (że tak zostanę w tematyce posta ;)).

sobota, 9 lipca 2016

W moim magicznym domu

Jak już zaspojlowałam (czy też zaspojlerowałam) wczoraj - przeprowadziłam się. Przeprowadzki są trudne. Już mam za sobą półgodzinne szukanie pendrive'a (bo to rzecz po pierwsze mała, po drugie - łatwogubna, po trzecie - trudna do jednoznacznego skatalogowania i włączenia w skład odpowiedniego pudła przeprowadzkowego). I zrobienie prania bez prądu (kto mi powie, po co ktoś wyłącza pralkę z gniazdka po praniu??).

Zamieniłam Wesołą Chatkę na Naszą Willę, rezygnując tym samym ze studenckich śród przy piwku w każdy możliwy dzień tygodnia, a kładąc sobie na barki obecność Mojego M. około 15 godzin na dobę.

Oprócz lekko przerażającego natężenia widywania brodatej mordki Mojego M., Naszej Willi można przypisać wiele innych mankamentów. Dwa największe z nich to brak w pobliżu instytucji zwanej Sklepem na Rogu (którego kluczową funkcją jest ratowanie zdrowia i życia w sytuacjach nagłego obniżenia poziomu czekolady w organizmie) oraz BRAK WANNY! Poza tym kuchnia jest piętro niżej niż nasza główna pieczara (to w połączeniu z brakiem Sklepu na Rogu powinno służyć ograniczeniu konsumpcji), a adres (którego oczywiście nie podam, ale wierzcie mi na słowo) jest tak niefortunny, że wszyscy moi znajomi i nieznajomi po jego usłyszeniu się lekko podśmiechują.

Mimo drobnych mankamentów (aczkolwiek BRAK WANNY to duże niedopatrzenie PRLowskiego projektanta tego obiektu -.-), uwielbiam ten dom. Wczoraj cały dzień spędziłam na pucowaniu kuchni, w której szafach jest pięć różnych kompletów talerzy, wielkie kolorowe tace i półmiski w stylu "U cioci na imieninach", mnóstwo przydatnych, choć podstarzałych urządzeń kuchennych (mikser, małe młynki, MASZYNKA DO MIĘSA! :O), milion bibelotów i ceramicznych pamiątek.

Mimo, że wczoraj nieźle dała mi w kość - kocham tę kuchnię. Z tymi meblami w kolorze majtkowego niebieskiego jak u mojej sąsiadki w wioski Hen-Hen. Z tą przebrzydłą (tak brzydką, że aż piękną!) kryształową cukierniczką. Z tą oldchoolową wagą kuchenną, która pozwoliła mi dziś na otwarcie nowego sezonu programu Bez w Kuchni pod nazwą Precyzyjna Pani Domu (nigdy wcześniej nie używałam wagi). Z tą lodówką, która chyba jest tylko niewiele młodszą siostrą poczciwego Mińska (mieliśmy taką w domu w wiosce Hen-Hen - gdy umarła, Papa zrobił z jej kratkowanych półek grilla, który jest oficjalnie najlepszym grillem w powiecie). Z tymi ceramicznymi ozdobnymi naczyniami, które wykazują zerową przydatność i służą chyba tylko do kurzenia się. Załączam zdjęcia na dowód mych zachwytów. Bo ja się zachwycam.


I tyle innych rzeczy tu jest pięknych! Drewniane schody na piętro, na których można sobie siedzieć i myśleć. I ogród - bo jest i ogród. W którym najwcześniejszą wiosną kwitną prawie pod śniegiem kwiatki, które nazwaliśmy survivors. I nawet ta ciemna meblościanka w stylu późnego Gierka w naszej głównej pieczarze na piętrze.

Urok tego domu, który trafił się nam przypadkiem, jest tak piękny i... jednocześnie bolesny. Dwa razy bardziej boli bowiem to, jak ludzkie wnętrze tego domu nie jest tak wymarzone, jak to złożone z przedmiotów...

Happy End

Chyba zrobiłam dziś tiramisu. Na razie mieszka w Nieco Młodszej Siostrze Mińska i boję się je eksmitować do brzuszka :D

piątek, 8 lipca 2016

Znaczące prawie tyle, co nic

Przeprowadziłam się. I właściwie o tym miał być post. Ale odbyta przeze mnie dziś podróż wzbudziła we mnie zew. Chciałabym zawołać na tym stepie szerokim Internetów gromkim tonem, w łopocie flag i pośród rozkołysanych transparentów niczym kandydat na prezydenta Naszego Największego Sojusznika.

Jechałam dziś autobusem MPK. Linia 184 - jechałam pierwszy raz i odniosłam wrażenie, że jeżdżą nią tylko starzy ludzie. I określenie "podróż" nie jest tutaj przypadkowe, bo jechałam 21 przystanków.

I ewidentnie dogrzało mi do szyby i do łepetyny, bo jął mi się w głowie rodzić niniejszy manifest.

Ten naród zasługuje na więcej! Ten naród,  który przepędził i Niemca, i Turka, i Moskala! Ten naród, który przemierzył świat wszerz i wzdłuż - od Sybiru po Czikago! Ten naród, który jest w mocy remisować z Niemcami w piłkę nożną! Ten naród zasługuje na więcej!

I nie chodzi tu o turbodumę i splendor. Nie chodzi o papieża i Obamę. Ani o bycie najpierwszejszym na świecie w piłkę nożną czy w ringo.

Ten naród zasługuje na klimatyzację w autobusach i tramwajach przez całe lato! I WiFi w PKP! I darmowe toalety - wszędzie! I możliwość bezkarnego przechodzenia na czerwonym świetle, kiedy na drodze nikogo i niczego! I oznaczenia ulic! I jednoznaczne drogowskazy na perony/na przymierzalnie/na zabytki/na siku/na Kędzierzyn-Koźle!

Małe niesplendorowe rzeczy, których brak powoduje mały dyskomfort, a ten - wielką złość. Małe niesplendorowe rzeczy, które psują nam robienie rzeczy wielkich.

Tak uważam ja. Ja bez Imienia.

Happy End

Przeprowadziłam się i mam teraz telewizor! Gorsze toto niż Internety. Nie można przewinąć reklam - nawet w opcji premium, czyli po zapłacie abonamentu. Nie polecam zatem tej aplikacji. Oglądam Harry'ego Pottera. I Matko Bosko - jak do takiego hita można zrobić taki dubbing?...

czwartek, 7 lipca 2016

Oddycha się bez ścisku gęstych form

Tak bym chciała umieć wrócić tu na stałe. Na dobre. Na dobre i na złe. Wziąć się. Wziąć się w garść. I zakotwiczyć.

Mój styl blogowania jest niczym dieta lub rzucanie palenia. Wpierw rzucam się ochoczo na klawiaturę (odpowiednio: przeczesuję półki sugar/gluten/calorien-free / wyrzucam z chołpy wszystkie fajki). Następnie już widzę siebie jak nagrywam snapy z gali Blog Roku (odpowiednio: widzę w lustrze Lewandowskie i Chodakowskie / odkrywam, że odmalowany na biało sufit nie robi się żółty pod wpływem nawet krakowskiego powietrza). A na koniec... bardziej mi się chce odcinka Friendsów zamiast pisania (odpowiednio: ciastka zamiast wafla ryżowego / papieroska zamiast białych zębów).

I dobrze.

To nie jest moja praca. Żaden obowiązek. To hobby. Może pasja? (dziś Czeszce-Śmieszce opowiadałam, że przeczytałam już dwie książki o Marii Antoninie i pół Wikipedii, na co ona, że lubi ludzi z pasją. Hmm, obejrzałam poza tym 4 razy X Factora z Dawidem Podsiadło i zjadłam  pod rząd dwa Monte - PASJA!). Hobby to przyjemność.

Bardzo przyjemnie mi się pisze - muszę przyznać. Czy przyjemnie się czyta? <woła z ekranu tonem w stylu "Jak się bawicie?">

Bo ja bym chciała by to już od początku miało odpowiednią formę. I ręce z nogami. I głowę na karku. I było w formie! Miało określony temat, jednolity styl i spójny wygląd. I ten content przeklęty.

A po pierwsze - nic od początku nie jest idealne. Nawet Pan Bóg przez pięć dni tworzył wszystko dobre, a dopiero szóstego stworzył bardzo dobre. A i tak to ostatnie mu się zepsuło. I właściwie zaczęło psuć przynajmniej 3 wcześniej stworzone rzeczy.

Po wtóre - nie jestem spójna w sobie, więc to moje 365 dni dookoła życia też jest niespójne. Ba, jestem kobietą - u mnie nawet 24 godziny dookoła dnia są niespójne! Raz jestem filozofką (i chyba lewaczką, skoro nadużyłam sobie żeńskiej końcówki - ostatnio się dowiedziałam w Internetach, że to lewackie), raz chcę być trendsetterką, raz klaunem, raz roznosicielką idei optymistycznej, a raz nie mam nic do powiedzenia.

Ja bez Imienia, nie szukaj formy dla Ja bez Imienia.

Jestem największym zagrożeniem dla samej siebie - zawsze!

;)

Happy End

Zrobiłam dziś z siebie durnia. I to w banku - najbardziej poważnej instytucji ever. Czekałam w kolejce i przewracałam oczami, że długo, po czym zorientowałam się, że jest wolne okienko, a ludzie czekają do kasy. A potem moja sprawa bankowa okazała się nie być sprawą. Fak (angielskie: fuck) - już nie wezmę tam kredytu na fabrykę czekolady jak planowałam :/