czwartek, 24 marca 2016

Ale czemu nie ma pań/ Nieznośnie sentymentalnych?


Ostatnim postem pofolgowałam sobie filozoficznie, a chciałam napisać zupełnie o czymś innym. Idę o zakład, że teraz wydarzy się dokładnie to samo.
Chciałam uprzejmie donieść, co u mnie. Tak na wszelki wypadek, gdybym zginęła jutro od… no, nie wiem od czego może zginąć człowiek, który codziennie pokonuje drogę długości pół metra do pracy, przenosząc tyłek z łóżka na fotel i to właściwie najbardziej ekstremalna czynność, jakiej się podejmuje.
Już wiem! Ostatnio wyskoczyła mi sprężynka z łóżka! Okazało się, że to jest elementem, robiącym mi nieznanego pochodzenia rysy na pupie. Już się bałam, że mam schizofrenię i nocami biegam po chaszczach za łosiami, a potem budzę się z ranami na pupie z Niewiadokąd. TO mogło mnie zabić!
Uprzejmie donoszę, że w ostatnią sobotę zrobiłam sprzątanie mojej pieczary w ramach przygotowań do akcji pod kryptonimem Przenoszenie Tego Całego Mojego Pierdolnika by Być Bałaganiarą Gdzie Indziej. Więcej – wkrótce (jak nie zapomnę podlinkować – będzie tu).
Sprzątanie oficjalnie figuruje na ONZ-owskiej liście rzeczy najbardziej znienawidzonych przez populację ludności pierwszego świata (tuż obok miast bez znaczka z nazwą na Snapchacie, poniedziałku i małej ilości nadzienia w Seven Daysach). Mając tego świadomość podjęłam starania zmierzające ku złagodzeniu negatywnych skutków tej czynności. Zaprzągnęłam do sprzątania Mojego Nowego Męża i podgrzałam sobie wosk o zapachu Wedding Day (który z początku pachniał jak mydło).
Wygrzebałam z wielkiej jak otchłań walizki kurzącej się w kącie mojego pokoju… wszystko. Obejmuje to rzeczy, które nie pasowały do żadnego innego kąta w moim pokoju, zwłaszcza tego widocznego. Zaczęłam porządkowanie.
I zapadłam na sentymentalność.
Znalazłam – a że nie widziałam tego tak długo, można powiedzieć, że odkryłam:

  • moje notatki, kserówki i książki ze studiów. Notatki i zbiór zadań z matematyki, które charczały na mnie i złowieściły. I dowodziły logicznie w październiku, że nie znając logiki („Ominiemy ten dział, tego nie będzie na teście szóstoklasisty/teście gimnazjalnym/maturze/nigdy w życiu”) nie mam szans przejść granic. I pochodnych. Albo moja ulubiona książka, którą musiałam czytać ze słownikiem. „Konsekwencją dyferencjacji systemu społecznego i subsystemu administracji publicznej jest nabywanie przez ostatni autonomicznych aksjologii, odrębnych tożsamości, heterogenicznych celów oraz odmiennych wzorców komunikacyjnych, które przybierając postać specyficznych kodów porozumiewania się zatracą swój uniwersalny charakter. Zjawisko to określa się jako autopojetyczność”. MS Word nie zna tego ostatniego słowa. A żeby było zabawniej, po przebrnięciu przez cały ten zwariowany podręcznik, wykładowca przez pomyłkę rozdał nam egzaminy z innego materiału i wspaniałomyślnie po zorientowaniu się o swoim błędzie zaliczył wszystkim z  góry na dół ten egzamin xD

  • materiały pt. Get ready to matura z WOSu 2010. Trzy duże zeszyty zapisane maczkiem. O ustrojach politycznych, typach partii, rolach organów władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej. Zatrzymałam to sobie na ewentualną konieczność potwierdzenia moich kwalifikacji w sporach natury politycznej. Ciekawe, czy JK ma taki zeszyt… ;)

  • mój pierwszy w życiu słownik polsko-angielski. Ciężkie życie w mojej szkolnej torbie pozbawiło go okładki. Był ze mną nawet za granicą! Dostałam go od moich rodziców na początku nauki angielskiego…


Mój M. powiedział dziś zlękniony „Ale go wyrzucisz, prawda?”.
No, chyba go pogięło.
Happy End
Ostatnio przypadkiem zrobiłam krupnik o.O

niedziela, 20 marca 2016

I nagle elektryczna staję się


Znów jestem elektryczna. A właściciele elektroniczna. Wyglądam z mojego Reala w ten tutaj opuszczony na dość długi czas Niereal. Wyrazami wykarczowuję ciszę spacji!
Odkąd znalazłam sobie dwa dni temu Mojego Nowego Męża (podpowiedź – śpiewa w piosence z tytułu posta i 7. maja ma koncert w Królewskim Mieście, na który wybieram się z Moim M., tym samym łamiąc zasadę, że mąż i kochanek nie mogą się spotkać), jakoś tak sobie przypomniałam o swojej stronie, że tak powiem <chrząknięcie> artystycznej.
Włożyłam ją pomiędzy rzeczy nieprzydatne gdzieś w liceum, gdy z Internetów i od starszych znajomych dowiedziałam się, że bycie humanistą to przegryw, moja pani od polskiego z miodowymi włosami, kraciastą spódnicą i kitlową marynarką (nie ogarnialiśmy tej marynarki…) nie wyciągała tej artystycznej (za przeproszeniem) strony by się nią zachwycać, a ja propagowałam – głównie w autobusie relacji Miasto, w Którym Rozwijają się Skrzydła (bo tam się robi samoloty) i Wiosną Hen-Hen – na mojej spazmazującej koleżance moją filozofię pragmatyzmu i byłam z niej dumna.
Ogólnie płodziłam i rodziłam kiedyś sporo literatury, czasem to-to lądowało na jakichś konkursach, raz nawet zaprowadziło mnie na salony, na szczyty władz i ściskałam dłoń samemu prezydentowi Aleksandrowi K. (jakby się uprzeć jednak miałam mętne kontakty z systemem słusznie minionym :O). W tak zwanym międzyczasie wyżywałam się w Nierealu na blogu (którego, jak wspomniałam na początku – klik! – ktoś bezpardonowo obnażył).
Potem zachorowałam na pragmatyzm. Mimo kilku nie najfajniejszych objawów, schorzenie to okazało się mieć jednak i jaśniejsze strony. Przypadkiem odkryłam moje ekonomiczne powołanie. Odpowiedziałam na nie z niekłamaną radością i pasją, dzięki czemu prawdziwie cieszę się z bycia Poważnym Człowiekiem na Poważnym Stanowisku oraz mam hajs na chleb i czekoladę.
Ale ogólnie to – leczę się z pragmatyzmu!
Biorę pigułki z muzyką Mojego Nowego Męża, wyziewy z wosków zapachowych, które kupiłam na milion pieniędzy (a PRAKTYCZNIE rzecz biorąc można bez nich oddychać – nawet w Królewskim Mieście) i okłady, tj. odpoczywanie w pozycji horyzontalnej bez celu.
To jest zaskakująco odkrywcze dla długoletniego propagatora filozofii pragmatyzmu, że są rzeczy bez celu, bezproduktywne, nie po coś.
I że człowiek dla drugiego człowieka też może być bez oczywistego celu, nie po coś. Że nie musi być do rozweselenia, do wspólnych rozważań, do dania konstruktywnej (nie innej!) porady, do pójścia na wycieczkę w góry, do śmiechu, do tańca, do innego „do”. Tylko że po prostu jest i nie musi mieć żadnych konkretnych cech. Może po prostu być.
Uczłowieczam się.
I znów to samo. Chciałam napisać zupełnie o czymś innym :D
Happy End
Mój detoks w ramach wielkopostnej akcji rzuca mi się na mózg.
Współlokator: Zgadnij co jest w mojej zupie!
Ja bez Imienia: Fasolka szparagowa, marchewka, pietruszka, hmmm, coś jeszcze?
Współlokator: Coś co lubisz!
Ja bez Imienia: Czekolada??
Jeszcze tylko tydzień No chocolate challenge

wtorek, 8 marca 2016

Wtedy chętne słucha człowiek morskich opowieści - cz. I


Niniejszym postem chciałabym zainicjować serię opatrzoną kategorią „Pofrunę, gdzie nie byłam jeszcze”, a mianowicie kronikę moich wielkich i małych wypraw tu i ówdzie.
Rys „fachowy”
Z racji wykonywania wyjątkowo mało dynamicznych fachów, polegających głównie na lampieniu się w komputery oraz nieznacznych ruchach dłoni i gałek ocznych, nasze podróże nie należą do najbardziej spektakularnych. Nie byliśmy (jeszcze!) w Peru, Tajlandii, Sri Lance czy Kongo. Ba! My nawet nie zapędziliśmy się nawet poza Unię Europejską :D
Rys motywacyjny
Motywem do napisania tego postu było wspomnienie moich i Mojego M. – mego zwyczajowego, niestrudzonego kompana podróży – ostatnich, a jednocześnie pierwszych wspólnych, długich, perfekcyjnych wakacji. Wspomnienie zainicjowane książką Danuty Wałęsy.
Rys krajobrazowy
Akcja wyżej wspomnianej książki dzieje się bowiem w Gdańsku. Gdzie kilka miesięcy temu Ja bez Imienia po raz pierwszy w swoim prawie ćwierćwiekowym życiu zobaczyła morze <3
Po krótkim intro pora… wsiadać do pociągu!
I już pierwsze atrakcje! Pędolino! Turboszybki wehikuł, który z zawrotną prędkością zaniósł nas w 5 godzin z Królewskiego Miasta nad Bałtyk. Jak to mówią teraz – propsuję! (Kurde, nie jestem pewna, czy dobrze używam tego słowa. Chciałam przekazać pozytywne nastawienie – jakby co). Z namaszczeniem sączyłam napój jabłkowy, jaki dostałam w gratisie, a Mój M. z respektem obracał w dłoniach kubek darmowej kawy na siedzeniu przede mną.


Tak, kupiliśmy sobie bilety nie obok siebie mimo, że jakiś tydzień wcześniej śmialiśmy się z naszych znajomych, że tak zrobili. Mój M. podróżował sobie zatem z jakąś inną ładną panią, a ja – z panią i jej pieskiem, który był chłopcem i zwał się Monia o.O
Wskazówka „doświadczonej” podróżniczki 1.
Przejażdżka Pędolino kosztowała nad w jedną stronę 45 zł, w drugą – 65 zł od osoby. Nie, nie wzięliśmy na muszkę żadnego prezesa PKP by nam taką cenę policzył. Po:
  • pierwsze – mieliśmy jeszcze legitymacje studenckie (to był motyw, dla którego wybraliśmy wyjazd nad polskie morze – ostatnia możliwość wybrania się gdzieś daleko za połowę ceny biletu,
  • drugie – kupiliśmy bilety zaraz po otwarciu takiej możliwości, czyli dokładnie miesiąc przez dniem odjazdu Pędolino. Minus jedna godzina – bo akurat między bodajże 23:00 a 1:00 jest przerwa techniczna. Mój M. czatował na stronie PKP na wielkie otwarcie sprzedaży konkretnie na ten dzień :) Bilety są wtedy tańsze (chyba nawet o 30%),
  • trzecie – w przypadku pierwszego biletu załapaliśmy się jeszcze chyba dodatkowo na zniżkę dla pierwszych kupujących.

Tak, oboje mamy wykształcenie ekonomiczne ^^
Dotarliśmy szczęśliwie i o czasie do Mc.Dona… GDAŃSKA! I z marszu jęliśmy szukać drogi do kwadratu, na którym mieliśmy zamiar przez najbliższe cztery noce złożyć umęczone raciczki i rozrastające się od gofrów cztery litery.

Wskazówka „doświadczonej” podróżniczki 2.
Zatrzymaliśmy się w Szkolnym Schronisku Młodzieżowym na ulicy Wałowej. Kilka kroków od legendarnej bramy stoczniowej, kilka kroków od centrum. Pierwszą noc – z uwagi na brak pokoi dwuosobowych – spędziliśmy w wieloosobowym. Ale przeżyliśmy – i dziewczynę niemówiącą po polsku z Niewiadomokąd, i starego rockmana chrapiącego jak odkurzacz, i kobietę, która spała w stringach z odkrytą pupą, czego Mój M. tego nie zauważył. A i oni nas przeżyli, gdy wstawaliśmy wcześnie rano, a ja, zapomniwszy, że wkoło są obcy ludzie, nie pominęłam uśmiechu od ósemki do ósemki do samej siebie po skończonym malowaniu :D. Kolejne noce spędziliśmy w wygodnym, dwuosobowym pokoiku z umywaleczką (prysznic był na zewnątrz, podobnie jak dostęp do Internetu). Enough – jak na miejsce, gdzie tylko chcieliśmy zregenerować gnaty po dziennych eskapadach. Całość nie kosztowała nas więcej niż 30 zł za dobę. Polecam. Ja bez Imienia :)
I już pierwszego dnia ruszyliśmy z kopyta do Europejskiego Centrum Solidarności (po sąsiedzku ;)). Bardzo nowoczesne, świetnie zorganizowane muzeum wyjątkowego ruchu społecznego. Każda sala miała swój charakterystyczny styl, z wieloma ciekawymi akcentami (na przykład z lustrzanym sufitem, z sufitem wyklejonym kaskami robotników). Fantastyczne miejsce, warte odwiedzenia. I czuje się tego wyjątkowego ducha Solidarności. Nie jestem skora do spazmów, ochów i achów, ale… ja się trochę wzruszyłam, że akurat w moim kraju powstało coś tak wyjątkowego i w takim stopniu ukierunkowało bieg historii. 






Na końcu trasy zwiedzania do dostępu gości były białe i czerwone karteczki, na których można zapisać swoje przemyślenia na temat wystawy, by potem umiejscowić je na wielkiej tablicy, tworzącej napis „Solidarność”. Fantastyczny symbol – złożenie z wielu karteczek od różnych ludzi jednej idei. Hmmm, docelowo tak ma być. Akurat, gdy my byliśmy w muzeum, karteczek nie było -.-


Europejskie Centrum Solidarność – polecam. Ja bez Imienia.
I jeszcze tego samego dnia postanowiliśmy pojechać i zobaczyć morze! Mój M. obczaił latarnię morską w okolicach Westerplatte. Wdrapywałam się po niej powoli, powoli, bo zaraz…
…moje pierwsze w życiu spojrzenie na morze :)


A co tam – zdecydowaliśmy się na kolejny krok! Znaleźliśmy w Internetach odpowiedni tramwaj i… pojechaliśmy na plażę, bym nie tylko mogła zobaczyć, ale i dotknąć! I zjeść pierwszego gofra! Tak, Mój M. obiecał mi tyle gofrów, ile zapragnę :)

Gdańsk jest moim drugim ulubionym miastem w naszym Prawym i Sprawiedliwym kraju – tuż po Królewskim Mieście. Ma świetny klimat, morski – czyli mi zupełnie obcy, ale przyciągający. 





Wskazówka „doświadczonej” podróżniczki 3.
Będąc w Gdańsku, już po nasyceniu oczu widokami, polecam nasycić żołądki w Barze Turystycznym na ulicy Szerokiej. Dokładnie w centrum. Dobre, domowe, tanie jedzonko :)


By przenieść się do cz. II moich morskich opowieści - tu!
A tu do cz. III - klik!
Happy End
Mój M. koniecznie chciał takiego loda. Szekspir chyba też :D


czwartek, 3 marca 2016

Wyglądają legendy spod pierzyn


Pora dokończyć poprzedni turbodługi post – klik!
Jak wspomniałam, w spisie ewidencyjnym rzeczy, które upycham w swoim małym pokoju, do którego wprowadziłam się na chwilę i zostałam na 4 lata, jest aż dwie książki!
Obie dostałam.
Nigdy sama nie kupiłam sobie książki. Nie jest też tak, że w zakresie kupowania książek jestem zupełną dziewicą. Umiem to robić. Ale tylko dla kogoś.
Mam wstrętne porównanie, które zdyskredytuje cały ten post.
W zakresie kupowania książek nie uprawiam masturbacji. Kupuję książki tylko dla kogoś. Musi tu istnieć uczucie i relacja.
Jestem bardzo porządnym kupowaczem książek.
Jaaa, nie mogłam po prostu napisać, że mam dwie książki…
Ok., zdjęcia książek robione są na pościeli, bo a) to właśnie miejsce, gdzie uprawiam czytelnictwo książek b) chciałam się pochwalić, jaką uroczą mam pościel (kiedyś zobaczyłam taką samą u… mojego kolegi o.O)
Jedna z dwóch książek, których jestem właścicielką, jest – można by rzec – hipsterska. Dostałam ją od Mojego M. i stwierdzam, że lubiliśmy „Marsjanina” zanim jeszcze to było modne! ^^
„Marsjanin” to prezent bez okazji. Mój M. wyhaczył go nowość książkową, a że oboje lubimy kosmiczne klimaty – postanowił ją kupić. Opowiada ona o gościu przez przypadek zostawionym na Marsie. (Hihi. Już nie będę płakać, gdy zostawię kupioną cebulę w Sklepie na Rogu). Książka zawiera tyle ciekawych przekmin na temat ewentualnej możliwości przetrwania na Czerwonej Planecie i wiarygodnych (jak dla mnie – ale ja jestem niczego nieświadomym ekonomistą ;)) wyliczeń w różnych aspektach, a poza tym – sporo dobrego humoru :D Tytułowy Marsjanin to facet z wolą walki, inteligencją i świetnym poczuciem humoru (kurde, mężczyzna idealny…). No i jak się okazało w filmie, powstałym na podstawie książki – ze świetnym ciałem Matta Damona (Łojezu, mężczyzna ultraidealny!). A, film też spoko, ale… z uwagi na mocne doładowanie książki treścią, jest mocno okrojony. Niemniej jednak, polecam także :)

Drugą książkę - "Pozdrowienia z Korei" - otrzymałam jako dodatek do nagrody, jaką dostałam za moją ultrainnowacyjną pracę magisterską, pisaną i bronioną ponoć najszybciej na moim wydziale. Miałam farta, że w pakunku dla mnie akurat znalazła się ta książka – zapuszczając żurawia w inne torbeczki odkryłam, że inni dostawali jakieś nudziarstwa. A ja szukałam nawet jakiejś książki o Korei Północnej. Ta jest naprawdę ciekawa! Choć spodziewałam się – podobnie jak inne osoby, które ustawiły się do niej w kolejce i przeczytały – nieco więcej… mięska. Człek to nieskomplikowane stworzenie, żądne krwi i igrzysk, a książka nie zawiera zbyt wielu przerażających epizodów, choć pokazuje absurdy najstraszliwszego kraju na tej planecie. Może właśnie dlatego, że nie jest naładowana „igrzyskami” – wydaje się być wiarygodna. Jest bowiem opowieścią pisaną przez Amerykankę koreańskiego pochodzenia, która podjęła się nauczania angielskiego na północnokoreańskim uniwersytecie. Czasem jednak odczuwałam pewne zgrzyty i miałam wrażenie, że historia jest niespójna – w sensie, że w przypadku jednej sytuacji okazywało się, że reżim jest bardzo rygorystyczny, a przypadku innych – zaskakiwała mnie swoboda, z jaką autorka przeprowadza niektóre swoje lekcje. Niemniej jednak książka naprawdę ciekawa. Polecam. Ja bez Imienia.


Jeszcze w nawiązaniu do poprzedniego posta – zorientowałam się, że wzięło mnie na takie sentymentalne wspominki. Nie mam za wiele lat (ćwierćwiecze), ale zaczynam mieć Wspomnienia Rozrzewniające. I chcę je zapisywać :)
Happy End
A propos czytania – w niedługim odstępie czasu czytnęłam dwie autobiografie. Katarzyny Grocholi i Danuty Wałęsy. Wstawka z serii „Czy wiesz, że…” – obie używają oficjalnie swojego drugiego imienia! Katarzyna Grochola nazywa się Anna Katarzyna Grochola. Danuta Wałęsa nazywa się Mirosława Danuta Wałęsa. Obie dowiedziały się o tym w szkole. Ponoć ojciec Katarzyny Grocholi uznał, że imię bliżej nazwiska jest ważniejsze :D

wtorek, 1 marca 2016

Tyle ksiąg nieprzeczytanych/ Księga życia kart ma sto

To może już tak na bieżąco (czyli zaraz po nieśmiało zapowiadającym poście – klik!) wyjaśnię dlaczego Ja bez Imienia nie będzie sobie życzyła książek, jak już na tyle mocno upadnie na głowę i zdecyduje się na chwalebne zamążpójście.
Zainspirował mnie do tego także post pewnej Pani od Biblioteki – klik! Po jego lekturze zdałam sobie sprawę, jak bardzo nie umiem darzyć uczuciem książe
Ogólnie mój związek z książkami jest dość burzliwy.
W szkole podstawowej do mojego świadectwa z paskiem (tak tak! ^^) zawsze dołączany był dyplom za aktywne odwiedzanie szkolnej biblioteki. Do czytania zachęcała nas także sprytnie pani polonistka. Przed lekcją każdy mógł przynieść książkę jaką przeczytał, pani otwierała swój specjalny zeszyt, potem brała książkę, jaką delikwent poprzysiągł, że zaiste przeczytał, otwierała ją na dowolnej stronie i zadawała z niej pytanie – coby sprawdzić, czy delikwent nie odstawia krzywoprzysięstwa. Na początku roku szkolnego ustalana była liczba stron na jeden plus oraz liczba plusów, które składały się na ekstra szóstkę do dziennika. Z każdym rokiem liczba stron na zdobycie plusa rosła. Czy to nie świetne rozwiązanie? :)
Muszę tutaj dodatkowo wspomnieć o jednym z moich kolegów z naszej ośmioosobowej wówczas klasy :D M. był uważany za jedną z bardziej niepokornych dusz w naszej gigantycznej podstawówce. Ale był jednocześnie pasjonatem czytania. Jednego roku po feriach przyniósł książki, które przeczytał w tym czasie… w reklamówce. Bo nie zmieścił ich do plecaka.
W gimnazjum poza lekturami szkolnymi nie przeczytałam chyba ani jednej dodatkowej książki. Mimo, że w tym czasie wszyscy wkoło byli przekonani, że będę żyła z pisania (Żyję z pisania. Raportów.).
W liceum byłam w szkolnej bibliotece może raz, kombinowałam jak się dało, by lektury wypożyczać gdzie indziej. Albo ich nie czytałam. Tak, nie przeczytałam „Potopu”. Nie mówcie mojemu Dziadkowi.
Chyba znalazłam powód mojej awersji do czytania! Ja nie lubiłam tych bibliotek. Chyba się wstydziłam tam chodzić. Przez siedem lat korzystałam tylko z gigantycznej biblioteki w mojej gigantycznej podstawówce. No i z kilku książek jakie miałam domu ze spadku po kuzynach.
Była wśród nich książka o Tomku Sawyerze. Wydawała mi się wtedy najgrubszą i najbardziej dorosłą książką na świecie. Jakaż byłam dumna, gdy zaniosłam ją do zdania na plusy!
Pisząc o grubością książek przypomniało mi się, że w gimnazjum istotnie przeczytałam coś poza lekturami! Harrego Pottera. Nie mam pojęcia, skąd brałam te książki – nie było ich w bibliotekach przecież (były za nowe). Pamiętam, że ostatnie części nieśmiało żydziłam od koleżanek z gimnazjum. Skąd miałam resztę?...
Harry Potter to seria, którą będę z dumą i zadowoleniem kiedyś-kiedyś, w dalekiej przyszłości podsuwać moim dzieciom. A jeśli będę miała córkę – odziedziczy ode mnie także całą serię książek o Ani z Zielonego Wzgórza, którą ja odziedziczyłam po mojej kuzynce.
To są jedynie książki chyba, których nie pobazgrałam. Tak, rysowałam po książkach. Trochę wstyd. Ale Ania ocalała.
Na studiach zaczytywałam się w Beggu (wybitne dzieło - „Mikroekonomia”, polecam). Od czasu do czasu miałam zrywy z serii „Jestę intelektualistę” i założyłam sobie kartę w dwóch bibliotekach. No i czytałam co podsunął mi Mój M. – od książki o szpiegu Marianie Zacharskim po publikację o przyczynach katastrofy smoleńskiej -.-
Od niedawna mam kolejny zryw (który ostatnio trochę przygasł, bo wieczorne czytanko zastąpiłam a) blogiem b) staroświeckim serialem – opowiem! c) pracą -.-). Regularnie odwiedzam moją ulubioną Bibliotekę Krowoderską w Królewskim Mieście. Czytam z przyjemnością, chętnie rozmawiam o książkach, które przeczytałam oraz… namiętnie oceniam na lubimyczytać.pl. Myślę, że i ta strona ma wpływ na zintensyfikowanie mojego czytelnictwa :D Lubię dokładać nowe pozycje na moich wirtualnych półkach ^^
Och, chciałam napisać o zupełnie czymś innym, a już tyle napisałam o czymś, o czym zupełnie nie chciałam na początku :D
Chciałam napisać, że nie lubię mieć książek. Nie mam gdzie ich trzymać, nie przeczytałam nigdy niczego dwa razy, nie mam żadnego sentymentu, a nawet uważam, że leżąc u mnie w miejscach, gdzie uda mi się je upchnąć się marnują, bo nie może ich nikt inny przeczytać :/
W Królewskim Mieście na stanie mojego pokoju, do którego się wprowadziłam na chwilę, a zostałam na 4 lata, jest – obok ksero „Współczesnej makroekonomii”, „Nowego zarządzania publicznego” i „Zarządzania publicznego” – tylko dwie książki. Jedną dostałam w prezencie, drugą – jako dodatek do nagrody.
To ja może opowiem o nich później… Bo ten post już taki długi…
Mam sraczkę myślową. 
Happy End 
W Lidlu jest promocja na orzeszki!