czwartek, 11 lutego 2016

Nie przynoś mi swoich smutków/ W tak zabłoconych butach


Uwaga, będę się mądrzyć.
Dziś nie będzie o tym, co się stało z moim naczyniem żaroodpornym (dla ciekawskich – klik!). Albo o tym, dlaczego się wstydzę swojej walizki (wiem, ultraintrygujące, dla zainteresowanych – klik!). Albo o tym, jak zaszłam w ciążę (spożywczą – ech, to mogło być chwytliwe! dla tych, którym mało kiepskiej literatury – klik!). Nie będzie o mnie.
Będzie… ogólnie. Światopoglądowo. Filozoficznie. Wzniośle.
A najgorzej będzie, jak tak jednak nie będzie :/
Chciałam pochylić swoją rozczochraną nad tematem zupełnie niemaglowanym na prawo i lewo, i wzdłuż,  i wszerz, i wzwyż, i na ukos.
Temat ów: hejt.
Mówią, że to narodowy sport, uprawiany na wszystkich poletkach wirtualnej wioski przez wyćwiczonych w przerzucaniu gnoju pachołków i niskoareałowych chłopów.
A ja chyba jestem takim… gnojojadem trochę. Bo mnie czasem mniej interesuje artykuł/wpis/post/wzmianka na fejsbukie, a bardziej – komentarze. Czytam jakoby dla niepisanego badania socjologicznego w celu sprawdzenia, jak stoimy z hejterską formą. Z przerażeniem się przekonuję, że utrzymujemy poziom olimpijski :D
Chciałabym kiedyś zobaczyć hejtera w akcie hejterskim. Jaką ma minę. Pewnie internetowy poker fejs, czyli minę jaką mają wszyscy pisząc „:D”, „haha”, „lol”, „xD” i inne (czy ktokolwiek serio robi wtedy te miny? :D Ja teraz nie zrobiłam ;)). Jak wygląda.
Oni muszą być wśród nas :D Ci wszyscy, którzy decydują się wypluć na klawiaturę to, co inni decydują się jednak przyskrzynić w głowie.
Jak na przykład ja. Tak, ja na hejcie się znam. Ponoć z natury mam naturę hejterską. Od czasu do czasu majdnę na zewnątrz bezsensownymi negatywnymi uwagami. Uwaga, będzie przyczyna: tylko po to, by poczuć się sama ze sobą lepiej i podkreślić, że inni robią gorzej, bo nie robią jak ja. Nie latam z tym jednak do Internetów. Nie piszę komentarzy, mówiących innym jak mają żyć. Nie przekonuję, że moje białe jest bielsze, a innych białe jest bezsensem, bo jest inne niż moje najbielsze białe.
Hmmm, może czytam komentarze tylko po to, by poczuć się, jakbym je pisała?... <głęboka filozoficzno-psychologiczna myśl>
Serio – najseryjniej na świecie! – chciałabym przykładnie umieć przechodzić obok wielu hejtogennych rzeczy nieskażona wewnętrzną chęcią bezsensowego wyrażenia swojej opinii. Czy takie osoby naprawdę istnieją? Czy tylko tak zakładają, że tak umieją? Dawać wybór ludziom, jacy mają być, co robić i jak robić? Przyznajcie się!
Ten post miał wyglądać zupełnie inaczej, a zrobiłam se psychoanalizę -.- I to bez kontynuacji w psychoterapii. Fak.
Chciałam napisać o znańszych blogerkach, które cierpią z powodu hejtu. Też nie wszystko, co robią znańsze blogerki mi się podoba, czasem nie podoba tylko dlatego, że robią coś inaczej niż ja i mnie to wkurza (więc hejt), ale… żeby tracić czas na wymyślanie, do czego podoba jest twarz jednej czy drugiej? I szukać coraz wyszukańszych określeń zastępujących ową „twarz”?...
Z drugiej strony jednak, obserwując znańsze blogerki już wiele razy natrafiłam na podobny system działania do tego, na który się skarżą. Najbardziej znaczący przykład to płomienny monolog na snapchacie o cierpieniu wynikającym z bycia obiektem bezsensownej krytyki, niczego niewnoszącej do życia, by monolog skończyć… pokazaniem kucającego gościa na lotnisku, któremu… plecy pękały wyżej niż zaczynały się spodnie.
o.O
Czy to hejt czy nie hejt?...
Żyjmy jak chcemy i dajmy żyj innym. Czego Wam i przede wszystkim sobie życzę.
Na koniec chciałabym podlinkować absolutnie świetny (daleko świetniejszy od moich dzisiejszych rozważań) materiał w temacie! Uwaga, padają w nim słowa niecenzuralne – żeby nie było, że nie ostrzegałam! :)


Happy End
Łojezu, ja się trochę zachwyciłam moją autorską definicją hejtu <3. Siódmy akapit. Może wezmą do wikipedii?

14 komentarzy:

  1. Twój post skojarzył mi się z : https://www.youtube.com/watch?v=oIx44T54Pjc :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, bo mało umiem, ktoś ma lepiej, coś robi, stara się, to sobie napiszę, wyżyje się, a co tam...Najlepsze jest pisanie nie na temat, nieprzeczytanie i komentowanie po wyrywku - to jest wprost genialne ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. chciałoby się napisać "co Ty wiesz o hejcie?"... ale takie mądrzenie się byłoby też subtelną formą hejtu, więc uzgodnijmy, że tego nie napisałem...
    powiem/napiszę Ci tylko tyle, że u Ciebie na blogu /wliczając w to forum podpostowe/ odpoczywam od hejtu, jako zjawiska...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, nie piszę chyba o niczym hejtogennym, stąd tak tu miło i przytulnie :) Zapraszam częściej na odpoczynek ;)

      Usuń
  4. Bardzo fajnie Ci to wyszło, pewnie jakieś naukowe rozprawy już na ten temat powstały...czasem można by się zdziwić gdyby zobaczyć takiego hejtera w akcji, może w realu cichy i bogobojny jest?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to rzeczywiście świetny temat na naukowe rozprawy :) I chętnie bym taką przeczytała!

      Usuń
  5. "Mówią, że to narodowy sport, uprawiany na wszystkich poletkach wirtualnej wioski przez wyćwiczonych w przerzucaniu gnoju pachołków i niskoareałowych chłopów."

    No szkoda, że nie mam konta na wiki bo już by poleciało :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba bardziej pasuje jednak do nonsensopedii ;)

      Usuń
  6. ja też uwielbiam czytać komentarze pod kontrowersyjnymi artykułami. nie lubię bezmyślnych hejterów, którzy zrobią wszystko, by wtrącić swoja 3 grosze i uprzykrzyć komuś życie :<
    zgadzam się, żyjmy po swojemu i pozwólmy na to innym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że nie jestem jedyna czytająca komentarze chętniej niż artykuły :) Pozdrawiam! :)

      Usuń
  7. racja, ja cały czas się uczę "nie pieklić" :P i jestem na dobrej drodze. Ale to ma się chyba we krwi, niezgodę na hejt i sama czasem oprzeć się nie mogę ;).
    Czyli peace and love dopóki mnie coś nie zapiekli! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie z jednej strony hejtuję hejt (o.O), a drugiej - sama czasem lubię sobie bez sensu komuś pocisnąć :/

      Usuń