poniedziałek, 8 lutego 2016

Mija soję, tofu, ryż


Dokonałam przeglądu moich dotychczasowych postów. I już wiem – bez przerwy piszę o jedzeniu.
I nie ma z tego żadnego pożytku dla świata. Z jednej strony – nie przyczyniam się do edukacji prozdrowotnej społeczeństwa internetowego, co jeść, aby zdrowym być (z braku teorii – mam dyplom tylko z ekonomii i kilku konkursów literackich z podstawówki oraz z braku praktyki – też…). Z drugiej - pisząc że się nafutrowałam jak prosiaczek, nie dzielę się przyczynami doprowadzenia się do tego błogiego stanu (przepisem czy cuś).
Właściwie, to nie zakładam, że cokolwiek pod tym adresem ma przynieść światu jakiś pożytek ;)
Ok., w każdym razie, dziś będę kontynuować dorabianie ideologii mojej pisaninie i po określeniu misji, a ostatnio po określeniu jednego z celów, wezmę napiszę post z przesłaniem!
I…
…będzie o jedzeniu :D
Dziś znów zjadłam za dużo. I nie chodzi tu nawet o dodanie sobie przez to kilogramów – mam jeszcze trochę luzu w sweterkach niegroźnego przecież rozmiaru S (choć spodnie w S już… mocno… pasują :D). Chodzi o to ambiwalentne uczucie bycia toczącą się kulką i o samolubstwo, że się nie podzieliłam ze światem, co mnie tak uformowało :D
To: bierzcie i jedzcie z tego wszyscy! Łojezu, jakie to dobre! I nawet wprowadziłam własne poprawki (na miejscu słowa „poprawki” powinien być antonim słowa „udoskonalenia”).
·         Po pierwsze – zmniejszyłam ilość bulionu. Bo wzięłam za mały garnek xD A właściwie – bo nie mamy na tyle dużego :D
·         Po drugie – to właściwie nie był bulion. Pani Mama mnie zawsze obżala, że robię bulion z kostki, jakby mnie nie było stać na prawdziwy. A ja jestem zwyczajnie w świecie leniwa.
·         Po trzecie – nie upiekłam pomidorów. Bo moje kupione na wagę na promocji w Auchan za jedyne 10 zł naczynie żaroodporne ostatnio zaraz po wyłożeniu z piekarnika zalałam zimną wodą. Nie mogę odżałować.
·         Po czwarte – nie dałam prawdziwej bazylii w zielu. Dałam bazylię w proszku. Z torebki.
I jak po tych wszystkich szalonych modyfikacjach to było „Łojezu, jakie dobre!”, to pomyślcie sobie, jakie musi być kiedy za gotowanie zabiera się ktoś, kto ma wszystkie te przymioty kucharza, których Bez nie posiada :)
A teraz przesłanie drugie – kończę z dietą spontaniczną! Definicja zasłyszana wczoraj:
„Dieta spontaniczna – jem wszystko, co wpadnie mi w ręce”.
Nie jem od dziś słodyczy. Dziś zjadłam ostatnie Kinder Bueno, które – jak się dowiedziałam – wykampił mi jednak wczoraj Mój M. A schowałam je specjalnie by uniknąć jego komentarza w miejscu, do którego przez 6 lat nigdy nie zaglądnął – do mej własnej torebki! Ale Mój M. miał poryw pedantycznego skrawka swej duszy i wspaniałomyślnie postanowił wyrzucić z mojej babskiej pieczary do chowania wszystkiego… papierki po wcześniejszym Kinder Bueno, do zjedzenia którego się przyznałam. I tak na zwłokach pierwszego, znalazł to drugie… Ostatnie!
No chocolate challenge potrwa cały Wielki Post. Na chwałę Pana i mojego płaskiego brzunia :)
Happy End
Dziś dostałam pocztówkę z Belgii. A na niej – nie Bruksela, nie ciche kafejki, nie portowe deptaki.
Czekoladki -.-

18 komentarzy:

  1. Bardzo podoba mi się określenie - dieta spontaniczna. Mam nadzieje że papierków nie wyrzuciłaś, bo za nie zniżkę do kina się dostaje...
    Przepisy też upraszczam, bo w kuchni lubię szybko i łatwo. I jak tu nie jeść słodyczy, skoro nawet na pocztówce czekoladki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cooo, jakie zniżki??...
      Wiadomo,że wyrzuciłam... Jak na złość dziś ja miałam poryw mojej maleńkiej pedantycznej części duszy (a rzadko do miewam) i wyrzuciłam :D Co za pech :D

      Usuń
    2. Za okazanie 3 opakowań po Kinder bueno dostajesz bilet do kina za 10zł w kinomax lub cinema city, ale sprawdź, u mnie i w poznaniu na pewno!

      Usuń
  2. Naprawdę podziwiam. Po pierwsze, Twoje łakomstwo, po drugi, że czynisz sobie z tego takie wyrzuty :) To musi faktycznie boleć :) Cóż, jestem w odrobinie lepszej sytuacji. Mnie żadne ograniczenia nie obowiązują. Jem gdy czuję głód, nie jem jak nie chce mi się nic zrobić. A predyspozycje mam. I do jedzenia (bo nigdy nie przekroczyłem magicznej osiemdziesiątki kg) i do kuchcenia, ma wszak za sobą solidny kurs i żadna potrawa mi nie groźna. Nie, jest jedna. Wręcz obsesyjnie nie cierpię pomidorów..
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, to moje dzisiejsze danie składało się głównie z pomidorów :D Przynajmniej być mi nie podjadł :)

      Usuń
  3. Pocztówka z belgijskimi czekoladkami ❤

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja jestem w szpitalu i jem cały dzień, ciągle, z małymi przerwami... i chyba zaczynam mieć wyrzuty sumienia. Ile można jeść :o Ale na szczęście jestem z tych, co muszą się martwić, że ważą za mało niż za dużo, więc nadal w ciuchy się mieszczę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedzenie z nudów - najzwyczajniejsza rzecz na świecie :)

      Pozdrawiam! :)

      Usuń
  5. ja nie potrafię się zmusić do diety, kompletnie mi to nie idzie :< pracuję fizycznie i czasami po prostu brakuje mi tego cukru :<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pracując fizycznie - nie ma sensu odmawiać sobie cukru :) Moje ruchy w pracy ograniczają się tylko do dłoni i gałek ocznych więc... :/

      Usuń
  6. już dawno przestałem sobie robić wyrzuty sumienia z powodu jedzenia

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja nie umiem sobie odmówić słodyczy. :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja nie umiem sobie odmówić słodyczy. :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń