niedziela, 28 lutego 2016

Tańczy panna młoda/ Życia nam nie szkoda

Paulo Coehlo – autor wszystkich życiowych cytatów w Internetach, z pewnością powiedział(by), że „Warto podkreślać swoje sukcesy by droga do doskonałości wydawała się nam łatwiejsza” (Wstawiam znak cytowania nie cytując… o.O Tak by the way – jak to mawiali starożytni Rosjanie – Internety o cytowaniu: klik!). Zatem:
  • pracowałam w tym tygodniu jak z motorkiem w dupci,
  • przeszłam wielokrotnie między regałami ze wszystkimi słodyczami świata i nawet nie drgnęła mi powieka,
  • nauczyłam się tak grać w rzutki by trafiać w tarczę (myślałam, że posiadanie militarnego nazwiska wystarczy by nie musieć się uczyć „strzelać”…),
  • odchudziłam moją szafę (przyczyna jej otyłości wyjaśniona tu – klik!), wygarniając z niej trzy worki ciuchów, których nie kocham aż tak bardzo, ale może pokochają je jakieś potrzebujące dzieci i młodzież, dla których jakaś organizacja zbiera ciuszki na mojej dzielni. 
 Z racji mojego podeszłego już wieku (ćwierćwiecze) oraz podeszłego stażu mojej symbiozy z Moim M., zaczęłam się ostatnio zastanawiać, jak mógłby wyglądać taki… ślub :D
Ja w białej sukni w sali pełnej jedzenia. To się nie może udać.
To, że nie mam w mojej przepełnionej (a, już nie!) szafie zbyt wielu jasnych ciuszków to nie przypadek. Ja lubię jedzenie i picie, a jedzenie i picie lubią mnie. I okazują mi to uczucie bardzo ochoczo przytulając się do mnie nader wylewnie (WYLEWNIE – zwłaszcza picie).
Dlatego też skomponowałam autorskie menu ślubne dla ciamajdowych panien młodych, które zdecydują się brać ślub w tradycyjnej białej sukni, a nie w kreacji typu podomka.
Na obiad żurek, ryba z ryżem i surówką z selera. Do tego szampan lub wino. Tylko białe. W ramach słodkości same karpatki i kremówki – bez ciasta. A w repertuarze – białe walce.
Tylko w takich warunkach byłabym w stanie przetrwać z NIESPLAMIONYM honorem.
Zastanawiałam się także (tylko hipotetycznie ;)), co mogłoby zapobiec bezsensownej rzezi kwiecia z okazji moich zaślubin. Nie jestem wielką fanką kwiatów, sama posiadam tylko jedno ziele – półumarłego kaktusa Włodzimierza i naprawdę do podkreślenia wagi formalizowania związku nie potrzebuję obsypania głównych bohaterów kwiatami, które umrą szybciej niż dogorywający momentami Włodzimierz. Wiem, że wiele par ma tego typu obiekcje i domaga się zamiast kwiatów a to wina, a to kuponu totolotka, a to czego tam innego.
Ja z racji tego, że nie umiałabym się zdecydować na jedną rzecz, wymyślam listę! Już teraz, bo jak przyjdzie co do czego to nie będzie czasu na rozmyślania nad tym! :D
Na tę chwilę mam:

  • kwiaty doniczkowe (jak Włodzimierz do tego czasu nie umrze – będzie miał towarzystwo :))
  • świece lub woski zapachowe (mój ostatni fioł – na pewno się nim podzielę :))
  • czekolada, dużo czekolady! soki owocowe i warzywne oraz jarmuż
  • Mój M. to by pewnie chciał książki – ja to nie, opowiem może kiedyś, czemu :)
  • pocztówki! (o tym też kiedyś opowiem ;))
  • wsuwki, długopisy i gumki do włosów – coś, co zawsze się gubi, choćby się tego miało milion xD
  • kluczyki do Ferrari (najlepiej z samym Ferrari)
Jak mi jeszcze coś przyjdzie do głowy to przyjdę i powiem :)
Happy End
Moja koleżanka – Ruda co Tańczy jak Szalona - wysłuchiwała ostatnio moich kolejnych szalonych pomysłów, których nie zrealizuję. Tym razem był to pomysł zmiany koloru włosów. Mój błyskotliwy monolog brzmiał: „Może pofarbuję sobie włosy na chwilę? Tylko musiałabym być pewna, że nie będę miała w tym czasie jakiegoś wyjazdu z pracy. Tak na wszelki wypadek. Boję się, że mi wyjdą jakieś rude czy coś…”

czwartek, 25 lutego 2016

Nie mam co na siebie włożyć


Niniejszy post zainspirowany jest spektakularnym odkryciem, jakiego dokonałam ostatnio w moim pokoju. Tak, to się zdarza. Nawet w najmniejszych pokojach, do których człowiek wprowadza się niby to na chwilę i zostaje na 4 lata (nadal część rzeczy trzymam w nierozpakowanej walizce, na której leżą luzem czyste pościel i ręczniki, bo przez 4 lata nie znalazłam dla nich godnego miejsca -.-)
Odkryłam – a właściwie przyznałam się sama przed sobą po miesiącach zamiatania tej sprawy pod nieodkurzony dywan – że… mam za dużo ubrań.
I ów post jest aktem oskarżenia przeciwko winowajcy tego zdrożnego procederu.
Oto on: vinted.pl
Mówiąc skrótowo – lumpeks/szmateks/secondhand z siedzibą w Internetach. Nie trzeba wychodzić z domu, przepychać ciasno zbitych ubrań na wieszakach, przepychać tęższych dam przy wieszakach, nie wiedzieć co zrobić z parasolem, jakoś wyglądać, nic nie trzeba. Trzeba tylko umieć utrzymać portfel na wodzy.
Portal oferuje możliwość wystawienia swoich niechcianych, zapomnianych, niekochanych, kupionych i nienoszonych (irracjonalne, a tak powszechne) ciuszków i odsprzedanie lub wymianę na coś chcianego, pożądanego, kochanego, niekupionego, a wołającego o noszenie u innej użytkowniczki (zwanej pieszczotliwie vintedzianką). Konieczna jest tylko rejestracja, bez – jak to bywa chyba na innych portalach – dodatkowych formalności w stylu uwierzytelniania smsem, przelewem, zdjęciem dowodu, odciskiem palca, listem polecającym  Ameryki itd. Oczywiście, ma to swoje minusy – każda transakcja oparta jest właściwie na internetowej umowie z obcą babką, o której reputacji świadczy tylko garstka komentarzy.
Piszę o tej stronie, gdyż – napiszę jak w reklamach Mango – zrewolucjonizowała ona moje podejście do zakupu ubrań. Mogę z łatwością wyhaczyć naprawdę tanie, czasem zupełnie nowe lub niewiele noszone rzeczy bez wychodzenia z domu. I pozbyć się zawadzających ubrań (choć to już trudniejsze – o czym świadczy otyłość mojej szafy -.-). Albo wymienić je na inne. Korzystam ze strony internetowej, ale także z aplikacji na telefony (która mi osobiście się trochę zacina, ale używam jej na podstarzałym tablecie – boję się zainstalować na mój superszybki nowiuśki telefon, by nie siedzieć w niej za dużo :D).
I nawet teraz, gdy teoretycznie jako Poważną Osobę na Poważnym Stanowisku stać mnie na nieco droższe rzeczy, wolę nadal zaopatrywać się na vinted.pl ;)
Bo – podobnie jak w lumpeksach/szmateksach/secondhandach – można znaleźć coś, czego nie ma nikt inny oraz... to coś na kształt polowania ;) Te emocje! Poszukiwania! Tropienie okazji!
A na vinted.pl nie ma przy tym przynajmniej przelewu krwi :D
Happy End
Mój M. napisał do mnie wiadomość: „Szyję guzik. Ciekawe to jest”. I za chwilę dodał: „Nie wiem, jak zakończyć…”

poniedziałek, 22 lutego 2016

Because it’s never too late


Kontynuując moją wczorajszą opowieść (klik)…
Bladym świtem o 11 ów dnia następnego wstaliśmy z Moim M., zapełniliśmy oczy obrazkami z telewizora (bo my nie mamy), a po niedzielnym obiadku ruszyliśmy zażyć ominiętą dawkę pyłów i zanieczyszczeń Królewskiego Miasta.
Po co? By spełnić jedno z moich niepisanych (i w końcu niezapisanych tutaj) postanowień noworocznych :D
Tak wysilałam mózg by wymyślić – jak Pan Bóg przykazał - listę postanowień do niedotrzymania na ten rok. I ostatecznie skończyło się na etapie gimnastykowania mózgu – żaden impuls do dłoni w celu zapisania dla potomnych się nie wydarzył. Poza tym – co tu zapisywać. Moje główne postanowienie dzielę z 90% ludzi w moim wieku (czyli ćwierćwieku) – zdrowiej jeść i regularnie ćwiczyć.  Nic odkrywczego. Po co się chwalić. Mnożyć byty w Internetach.
Ale miałam dwa postanowienia relatywnie nietypowe ;)
Jedno z kategorii całorocznych, którego niedotrzymywaniem mogę się chwalić co niedzielę, albowiem postanowiłam sobie przy okazji każdej mszy świętej przekazywać znak pokoju poprzez podanie ręki. W parafii, do której należy wioska Hen-Hen, z której pochodzę, nie ma takiego zwyczaju. Raz kiedyś świętej pamięci ksiądz, co perfumował się tak, że nawet jak przejechał samochodem to było to czuć, próbował wprowadzić taki zwyczaj, mówiąc „Przekażcie sobie znak pokoju poprzez podanie ręki”, ale owieczki nie były skore do bycia posłusznymi w tym zakresie i tylko jak kury kiwają głowami po sąsiadach do dziś. No to i ja zwykle przekazuję znak pokoju po kurzemu. Ale chcę się oduczyć! Pochwalę się – ostatniej niedzieli mi się udało!
Moje drugie postanowienie to takie z kategorii marzeń do spełnienia na ten rok. Nie mówiłam o nim nikomu i… może dlatego się spełniło :D
To moje postanowienio-marzenie na ten rok to koncert Edyty Górniak.
Co po niektórzy śmiali się ze mnie perfidnie, że tracę równowartość 10 kebabów na koncert „tego wyjca”, ale… bardzo chciałam usłyszeć ją na żywo.
I usłyszałam. W Królewskim Mieście, w Hali Wisły, co – poprzez nieprzesadnie dużą powierzchnię i usadzenie gości elegancko na krzesłach, a nie upchanie motłochu na płycie – pozwoliło na zobaczenie gwiazdy naprawdę z satysfakcjonującej odległości i to siedząc w najtańszym sektorze :D
Koncert reklamowany był jako super, hiper, mega, ultra wyjątkowy. Edyta Górniak na jego potrzeby pojechała uczyć się śpiewać i tańczyć do Stanów (po tylu latach?...), ekrany do wizualizacji przyjechały z Niemiec, mikrofon, do którego śpiewa Beyonce (w sensie – do tego typu, nie do tego samego :D) przyjechał skądś tam inąd, byli tancerze, zespół, telebimy itd.
I rzeczywiście… było uroczyście. Edyta przebierała się cztery razy, szczebiotała i filozofowała w swoim słodkopierdzącym stylu między piosenkami, tańczyła, zapraszała ludzi na scenę i spazmatycznie się emocjonowała.
Tak, napisałam to słodko-gorzko. Bo takie miałam uczucia na zmianę. W jeden wieczór zachwyt, zażenowanie, podziw, znudzenie, zaskoczenie, zlekceważenie itd.
Edyta Górniak nie kłamie śpiewając, że jest kobietą… :D
Momentem tak cudownego zaskoczenia było to jak na scenie pojawił się… Mietek Szcześniak. O tak, zabrzmiało dokładnie to! <3
Ogólnie – nie żałuję tych 10 kebabów. I także tego 11., którego nie udało nam się z Moim M. zjeść po koncercie, bo zaczął padać deszcz :D
Jednakowoż.
Ogólnie jestem zafascynowana historią Edyty Górniak i podziwiam ogromny talent. Nie chciałabym oceniać jednocześnie osobowości, o której mam swoje zdanie, ale boję się, że będzie na granicy hejtu (bo z natury mam naturę hejterską), więc się powstrzymam :) Utrzymam palce na wodzy! ;) Moim zdaniem Edyta Górniak to najlepszy głos w Polsce (przynajmniej z tych, co słyszałam ;)). Podoba mi się wiele interpretowanych przez nią coverów oraz kilka jej własnych piosenek – zwłaszcza z początkowych etapów kariery.
No właśnie…
Po mojemu (TAK by naprawdę powiedzieli Rosjanie ;)) zwrot w stronę densowych, umpa-umpa, energicznych, bliźniaczych rytmów nie pozwolił wybrzmieć jej talentowi. Pewnie to kwestia mojego zamiłowania do jej bardziej elitarnych, delikatnych występów o minimalistycznej formie, a wspaniałej treści. Takich występów, których już pewnie nigdy nie będzie…
Kolejny dowód na to, że urodziłam się za późno :(
Poniżej, mój najulubieńszy i kompletnie nieznany utwór, który znalazłam przypadkiem i się zakochałam miłością nieprzejednaną. Oraz wspaniałe wykonanie „To nie ja”. Heh…
Mam wrażenie, że wszystkie wyświetlenia pod tym filmem zrobiłam ja :D
Happy End
W ogóle – Edyta Górniak przeprowadziła się do Królewskiego Miasta! Jak donoszą opiniotwórcze portale internetowe (Pudelek i Pomponik) – przyjechała na sylwestra, łyknęła tutejszej atmosfery (zagryzając smogiem), kupiła dom za milion i… voila!
Mój M. poinformowany o tym ważnym wydarzeniu, podsumował je niepoprawnie politycznie:
- Przeprowadziła się do Królewskiego Miasta. Zdechnie…

niedziela, 21 lutego 2016

Z każdym swoim dniem/ Zaprzyjaźnij się


Opuściłam na jakiś czas ten mój internetowy padół. Ale wróciłam! Ponownie nieudacznie biegam tymi równymi, zapaskudzonymi chodniczkami pomiędzy klawiszami.
Weekend. Jak ludzie w Polandii nazywali wcześniej te dwa dni na końcu tygodnia – zanim ich podstępnie zangliszczono? Z przerażeniem pomyślałam, że może weekend po prostu… nie istniał? :O
Tydzień temu, jak i w tym tygodniu, zagospodarowaliśmy sobie z Moim M. weekend bardzo szczelnie i przyjemnie. To dowodzi temu, że Mój M. jest mężczyzną słownym (obiecał mi taki obrót spraw weekendowych po wykończeniu swojej pracy magisterskiej), a ja zwyczajnie jestem niedostatecznie cierpliwa, by nie powstrzymać się przed niedowierzaniem w jego obietnice.
Poprzedni weekend był zaiste mocno upakowany atrakcjami.
Sobotnim rankiem, o świecie przed 11 wyruszyliśmy zaskoczyć nasze przepełnione Królewskim Miastem płuca powiewem świeżego powietrza w wiosce, z której pochodzę, co to jest za lasami, za rzekami, za autostradą A4, po drugiej stronie Wisły, tam Hen-Hen.
I już tego samego dnia odwiedziliśmy (ja po chyba 7 latach, a Mój M. najpierwiej w życiu) jedyne kino w całym powiecie, gdzie obejrzeliśmy… polską komedię romantyczną. Planeta Singli. To moja znajoma (o najdłuższym stażu znajomości ze mną) wysunęła ten ryzykowny pomysł w ramach akcji double-date. Poszłam. Zobaczyłam. Nie porzygałam się. I nawet niestety dobrze się bawiłam. Niestety – bo musiałam się do tego przyznać po moich początkowych hejtach na ten pomysł (bo z natury mam naturę hejterską). Nawet polecam toto.
Ledwo wysupłaliśmy się z przepełnionej parami i oparami uczuć jedynej sali kinowej w jedynym kinie w powiecie (polecam z uwagi na seanse o obniżonej zawartości popcornu!), a już przechodząc przez śliską skórzaną kanapę zgrabnego Peugeota (mogłabym mieć takie autko!) wbiliśmy na imprezę na cześć pierwszych inżynierów w wiosce Hen-Hen. Przeprowadziliśmy gruntowną analizę wszystkich 180 (sztuk!) mieszkańców wioski Hen-Hen i doszliśmy do wniosku, że w poniedziałek poprzedzający imprezę o godzinie 9 o świcie rano wioska Hen-Hen zaiste zyskała pierwszego obywatela o tytule inżyniera, a o godzinie 15 już – drugiego (moja Sis). Cóż dodać – imprezę można uznać za wpisującą się w narodową tradycję celebrowania ważnych uroczystości. Podano sałatkę jarzynową, zagryziono swojską kiełbasą i lejsami, a wódka była pijana.
Tylko Ja bez Imienia dołożyła nutkę ekstrawagancji. Zrobiłam specjalnie dla siebie (czyli dla mojej najlepszej przyjaciółki) sałatkę owocową. Coś na pocieszenie w czasie obowiązywania mojego no chocolate challenge. No chocolate challenge zyskał wskutek imprezy „doprecyzowanie założeń projektowych”. Okazało się, że nie obejmuje ciasta od mamy (argument: mamie by było przykro), ale obejmuje chipsy i frytki (no…). W ostatnim tygodniu zastanawiam się nad klasyfikacją lodów. I nie wiem :/
Dzień zakończył się następnego dnia :)
Ciąg dalszy opowieści weekendowych – wkrótce :)
Happy End
Agnieszka Więdłocha – jedna najbardziej charakterystycznie przerażających się aktorek w Polandii – nosiła w tym filmie tak OBŁĘDNE ciuchy! Idźcie zobaczyć!

czwartek, 11 lutego 2016

Nie przynoś mi swoich smutków/ W tak zabłoconych butach


Uwaga, będę się mądrzyć.
Dziś nie będzie o tym, co się stało z moim naczyniem żaroodpornym (dla ciekawskich – klik!). Albo o tym, dlaczego się wstydzę swojej walizki (wiem, ultraintrygujące, dla zainteresowanych – klik!). Albo o tym, jak zaszłam w ciążę (spożywczą – ech, to mogło być chwytliwe! dla tych, którym mało kiepskiej literatury – klik!). Nie będzie o mnie.
Będzie… ogólnie. Światopoglądowo. Filozoficznie. Wzniośle.
A najgorzej będzie, jak tak jednak nie będzie :/
Chciałam pochylić swoją rozczochraną nad tematem zupełnie niemaglowanym na prawo i lewo, i wzdłuż,  i wszerz, i wzwyż, i na ukos.
Temat ów: hejt.
Mówią, że to narodowy sport, uprawiany na wszystkich poletkach wirtualnej wioski przez wyćwiczonych w przerzucaniu gnoju pachołków i niskoareałowych chłopów.
A ja chyba jestem takim… gnojojadem trochę. Bo mnie czasem mniej interesuje artykuł/wpis/post/wzmianka na fejsbukie, a bardziej – komentarze. Czytam jakoby dla niepisanego badania socjologicznego w celu sprawdzenia, jak stoimy z hejterską formą. Z przerażeniem się przekonuję, że utrzymujemy poziom olimpijski :D
Chciałabym kiedyś zobaczyć hejtera w akcie hejterskim. Jaką ma minę. Pewnie internetowy poker fejs, czyli minę jaką mają wszyscy pisząc „:D”, „haha”, „lol”, „xD” i inne (czy ktokolwiek serio robi wtedy te miny? :D Ja teraz nie zrobiłam ;)). Jak wygląda.
Oni muszą być wśród nas :D Ci wszyscy, którzy decydują się wypluć na klawiaturę to, co inni decydują się jednak przyskrzynić w głowie.
Jak na przykład ja. Tak, ja na hejcie się znam. Ponoć z natury mam naturę hejterską. Od czasu do czasu majdnę na zewnątrz bezsensownymi negatywnymi uwagami. Uwaga, będzie przyczyna: tylko po to, by poczuć się sama ze sobą lepiej i podkreślić, że inni robią gorzej, bo nie robią jak ja. Nie latam z tym jednak do Internetów. Nie piszę komentarzy, mówiących innym jak mają żyć. Nie przekonuję, że moje białe jest bielsze, a innych białe jest bezsensem, bo jest inne niż moje najbielsze białe.
Hmmm, może czytam komentarze tylko po to, by poczuć się, jakbym je pisała?... <głęboka filozoficzno-psychologiczna myśl>
Serio – najseryjniej na świecie! – chciałabym przykładnie umieć przechodzić obok wielu hejtogennych rzeczy nieskażona wewnętrzną chęcią bezsensowego wyrażenia swojej opinii. Czy takie osoby naprawdę istnieją? Czy tylko tak zakładają, że tak umieją? Dawać wybór ludziom, jacy mają być, co robić i jak robić? Przyznajcie się!
Ten post miał wyglądać zupełnie inaczej, a zrobiłam se psychoanalizę -.- I to bez kontynuacji w psychoterapii. Fak.
Chciałam napisać o znańszych blogerkach, które cierpią z powodu hejtu. Też nie wszystko, co robią znańsze blogerki mi się podoba, czasem nie podoba tylko dlatego, że robią coś inaczej niż ja i mnie to wkurza (więc hejt), ale… żeby tracić czas na wymyślanie, do czego podoba jest twarz jednej czy drugiej? I szukać coraz wyszukańszych określeń zastępujących ową „twarz”?...
Z drugiej strony jednak, obserwując znańsze blogerki już wiele razy natrafiłam na podobny system działania do tego, na który się skarżą. Najbardziej znaczący przykład to płomienny monolog na snapchacie o cierpieniu wynikającym z bycia obiektem bezsensownej krytyki, niczego niewnoszącej do życia, by monolog skończyć… pokazaniem kucającego gościa na lotnisku, któremu… plecy pękały wyżej niż zaczynały się spodnie.
o.O
Czy to hejt czy nie hejt?...
Żyjmy jak chcemy i dajmy żyj innym. Czego Wam i przede wszystkim sobie życzę.
Na koniec chciałabym podlinkować absolutnie świetny (daleko świetniejszy od moich dzisiejszych rozważań) materiał w temacie! Uwaga, padają w nim słowa niecenzuralne – żeby nie było, że nie ostrzegałam! :)


Happy End
Łojezu, ja się trochę zachwyciłam moją autorską definicją hejtu <3. Siódmy akapit. Może wezmą do wikipedii?

wtorek, 9 lutego 2016

Oj, kot, pani matko!


Zapowiadałam w jednym z postów (klik!) dwa wpisy z kategorii „Kocham to, co lubię”. Jeden już naskrobałam (klik!). To drugi. O weekendowym zabiegu odreagowania w…
… Kociej Kawiarni!
Rys kartograficzny
Kocia Kawiarnia Kociarnia mieści się w Królewskim Mieście na ulicy Krowoderskiej 48. Czyli nie ścisłe centrum (w sensie rynek i dziesięć ulic wkoło), ale i nie taki znowu wypizdów. Powiedziałaby, że taki… wypizdów centrum? Hmm. Chyba nie do końca jestem uprawniona by tak definitywnie oceniać, co jest wypizdów, a co nie. W końcu w dowodzie jako miejsce urodzenia mam wpisany… wypizdów, level 152 (czyli nie ostatni przysiółek w Bieszczadach, ale też nie żadna sypialnia metropolii). 

Rys gastronomiczny
Kocia Kawiarnia – czyli z czym to się je. A więc to takie miejsce, gdzie można wypić kawę, herbatę, kocioladę czy też wsunąć jakie ciacho w towarzystwie kilku upartych czworonogów – kotów.
Rys genetyczny
Kocia Kawiarnia w Królewskim Mieście powstała dzięki – uwaga, będzie trudne słowo! – crowdfundingowi. Jako magister z dziedziny nauk ekonomicznych, fachowo wyjaśnię to pojęcie. Crowdfunding to sposób finansowania przedsięwzięć poprzez drobne wpłaty funduszy od wielu osób. Przykładem crowdfundingu jest funkcjonowanie projektu PolakPotrafi.pl, z którego infrastruktury w sieci skorzystała pomysłodawczyni Kociej Kawiarni. I ja dołożyłam swoją cegiełkę, otrzymując za to bon na kawę (którą zamieniono mi na herbatę, za co bardzo dziękuję, bo kawy nie pijam – jestem jeszcze za mała by to robić ;))
Kocia Kawiarnia pełni rolę nie tylko kawiarni – to także miejsce, gdzie można zapoznać się ze zwierzakiem i adoptować go. Na ścianach kawiarni wiszą portrety kotów, które już znalazły nowe domy poprzez ten projekt.
Całe wnętrze Kociej Kawiarni jest… kocie! Koty są wszędzie. Na filiżankach, w filiżankach (Mój M. strasznie się zawiódł otrzymując kawę bez pianki – bo taką zamówił, dureń jeden!, a na kawach z pianką malowane są koty :)), na ścianach, na drzwiach… Ba! Jakich drzwiach! Do właściwej części kawiarni wchodzi się… przez szafę. (Ciekawa jestem ile razy kelnerka w ciągu dnia słyszy słowo „Narnia”-.-). Zamiast numerów zamówień, kładzie się na stoliczkach różnokolorowe figurki kotów na znak, gdzie i z czym kelnerka ma podejść.

 
Ogólnie sprawa związana z przygotowywaniem posiłków i obecnością w lokalu bądź co bądź jednak zwierząt została sprytnie rozwiązana – część pijalno-jadalna, gdzie urzędują koty, jest w zupełnie innych pomieszczeniach niż miejsce, gdzie przygotowywane są napitki i przekąski, a łączy je zamykana szafa i okienko do przekazywania zamówień. Szach-mat, Sanepidzie!

 Koty w tym miejscu są bossami. Słowo daję, gdy jakiś kot wchodzi do pomieszczenia, rozmowy milkną, wszyscy wlepiają wzrok w zamaszysty krok kota i odważają się jedynie na nieśmiałe „Kici-kici” w nadziei, że choć podejdzie musnąć ogonem. A ten, do kogo kot raczy podejść w swojej kociej łaskawości jest obiektem zazdrosnych spojrzeń wszystkich i uznawany za błogosławionego. Serio, nie kłamię. Przedziwne zjawisko. Koto-hipnoza. 


Przyznam, że nie jestem raczej typem osoby zakochanej bez pamięci we wszystkich stworzeniach, które się ruszają i chcącym uratować je wszystkie przed przemocą, głodem i wyginięciem. Na poparcie tej tezy napiszę, że… jem mięso. I uważam to za normalne. Tak, jestem dokładnie takim barbarzyńcą.
Ale zwyczajnie lubię zwierzęta i mam kilka ulubionych. Wśród nich są właśnie koty, które są ukochanym zwierzęciem Mojego M. Stąd nasza wyprawa do Kociej Kawiarni, za którą tak trzymaliśmy kciuki i której tak wyczekiwaliśmy. Bo koty mają osobowość!
I kozy też mają. Jako fanka kóz czekam na kozią kawiarnię ;)
Choć w przypadku kóz – może trafniejsza by była kozia dyskoteka ^^
Happy End
Znany zakonnik wypowiedział się gdzieś dla kogoś na jakiś temat. Znany zakonnik?? Czy to nie jest oksymoron?

poniedziałek, 8 lutego 2016

Mija soję, tofu, ryż


Dokonałam przeglądu moich dotychczasowych postów. I już wiem – bez przerwy piszę o jedzeniu.
I nie ma z tego żadnego pożytku dla świata. Z jednej strony – nie przyczyniam się do edukacji prozdrowotnej społeczeństwa internetowego, co jeść, aby zdrowym być (z braku teorii – mam dyplom tylko z ekonomii i kilku konkursów literackich z podstawówki oraz z braku praktyki – też…). Z drugiej - pisząc że się nafutrowałam jak prosiaczek, nie dzielę się przyczynami doprowadzenia się do tego błogiego stanu (przepisem czy cuś).
Właściwie, to nie zakładam, że cokolwiek pod tym adresem ma przynieść światu jakiś pożytek ;)
Ok., w każdym razie, dziś będę kontynuować dorabianie ideologii mojej pisaninie i po określeniu misji, a ostatnio po określeniu jednego z celów, wezmę napiszę post z przesłaniem!
I…
…będzie o jedzeniu :D
Dziś znów zjadłam za dużo. I nie chodzi tu nawet o dodanie sobie przez to kilogramów – mam jeszcze trochę luzu w sweterkach niegroźnego przecież rozmiaru S (choć spodnie w S już… mocno… pasują :D). Chodzi o to ambiwalentne uczucie bycia toczącą się kulką i o samolubstwo, że się nie podzieliłam ze światem, co mnie tak uformowało :D
To: bierzcie i jedzcie z tego wszyscy! Łojezu, jakie to dobre! I nawet wprowadziłam własne poprawki (na miejscu słowa „poprawki” powinien być antonim słowa „udoskonalenia”).
·         Po pierwsze – zmniejszyłam ilość bulionu. Bo wzięłam za mały garnek xD A właściwie – bo nie mamy na tyle dużego :D
·         Po drugie – to właściwie nie był bulion. Pani Mama mnie zawsze obżala, że robię bulion z kostki, jakby mnie nie było stać na prawdziwy. A ja jestem zwyczajnie w świecie leniwa.
·         Po trzecie – nie upiekłam pomidorów. Bo moje kupione na wagę na promocji w Auchan za jedyne 10 zł naczynie żaroodporne ostatnio zaraz po wyłożeniu z piekarnika zalałam zimną wodą. Nie mogę odżałować.
·         Po czwarte – nie dałam prawdziwej bazylii w zielu. Dałam bazylię w proszku. Z torebki.
I jak po tych wszystkich szalonych modyfikacjach to było „Łojezu, jakie dobre!”, to pomyślcie sobie, jakie musi być kiedy za gotowanie zabiera się ktoś, kto ma wszystkie te przymioty kucharza, których Bez nie posiada :)
A teraz przesłanie drugie – kończę z dietą spontaniczną! Definicja zasłyszana wczoraj:
„Dieta spontaniczna – jem wszystko, co wpadnie mi w ręce”.
Nie jem od dziś słodyczy. Dziś zjadłam ostatnie Kinder Bueno, które – jak się dowiedziałam – wykampił mi jednak wczoraj Mój M. A schowałam je specjalnie by uniknąć jego komentarza w miejscu, do którego przez 6 lat nigdy nie zaglądnął – do mej własnej torebki! Ale Mój M. miał poryw pedantycznego skrawka swej duszy i wspaniałomyślnie postanowił wyrzucić z mojej babskiej pieczary do chowania wszystkiego… papierki po wcześniejszym Kinder Bueno, do zjedzenia którego się przyznałam. I tak na zwłokach pierwszego, znalazł to drugie… Ostatnie!
No chocolate challenge potrwa cały Wielki Post. Na chwałę Pana i mojego płaskiego brzunia :)
Happy End
Dziś dostałam pocztówkę z Belgii. A na niej – nie Bruksela, nie ciche kafejki, nie portowe deptaki.
Czekoladki -.-

sobota, 6 lutego 2016

Siedmiomilowy na chwilę założyć but


Jakiś czas temu pisałam o misji blogowania (klik!). Dziś na tapecie – cel!
No bo można męczyć ludzi w internetach swoją pisaniną w różnych celach - coby się czymś odkrywczym podzielić, zaprezentować swoją artystyczną duszę, polecić lub nie polecić.
Mój cel na dziś – pożalić się i uzyskać utulenie we wnerwie pośród innych człowieków.
Napiszę tylko trzy litery. MPK.
Ogólnie, tak na co dzień naprawdę nie narzekam na komunikację publiczną w Królewskim Mieście. Co jakiś czas miłościwie nam panujący świętują oddanie do spożytkowania przez człowieki nowych pojazdów (bardzo eleganckich, światowych i jednocześnie tak swojskich, bo polskich, z innowacjami na skalę krajową w postaci miejsc na walizki, kontaktów do ładowania telefonów i… stojaków na rowery – wtf??), dla większości linii rozkład jazdy nie jest tylko kwestią orientacyjną i ogólnie dość sprawnie idzie teleportacja z jednej dzielni na drugą czy trzecią. Jak to mówią – mocne 2/10 ;) <żarcik-kosmonaucik>
Ale przychodzi czasem taki dzień…
I TAKI dzień był dziś.
Rys kartograficzny:
Ja bez Imienia w autobusie linii nr 139 w kulminacyjnym momencie przejażdżki ok. godziny 17:40 między przystankami Opolska Estakada i Aleja 29 Listopada.
Rys emocjonalny:
„Na Boga, gdzie ci wszyscy ludzie teraz jadą?? Skoro wiedzą, że tutaj zawsze są korki to na ciula akurat teraz jadą w te korki, robiąc jeszcze większe korki?? Na pewno jest jakaś inna droga, a oni akurat mi na złość cisną tutaj! No spóźnię się. Normalnie jadę tę trasę 20 min, a już jadę 40! Czemu ci ludzie siedzą sobie tak spokojnie w tym autobusie? Ja mam fantazję stanąć na środku tego jadącego 2 km/h ferrari i ulżyć sobie głośną k…wą – na pewno wielu by utożsamiło z moją emocją. Nie no, chłopie, 10 minut dojeżdżaliśmy do tego przystanku, a tyś se przypomniał w momencie zamknięcia drzwi, że jednak masz ochotę tu wysiąść?? Ruszajcie się, robaczki, z tymi transferami przy drzwiach, bo nigdy nie dojedziemy!”
Rys filozoficzny:
Najbardziej wkurzają rzeczy, na które nie ma się wpływu. I wtedy się wydaje, że wszyscy są przeciwko i specjalnie wszyscy zebrali się akurat na tej ulicy by utrudnić człowiekowi dojazd w upatrzone miejsce na umówioną godzinę. I nic się nie da z tym zrobić. Najgorzej.
I wszyscy ludzie nagle wydają się tacy bezmózdzy! Jak ta babka, co próbowała dziś wcisnąć zmiętolony bilet w kasownik. Kasowniki to cwane bestie – one z flejtuchowymi biletami nie pracują. Do kasownika trzeba podejść przygotowanym jak na rozmowę kwalifikacyjną – z równo wykrochmalonym, eleganckim biletem.
Albo jak ci wszyscy ludzie, których nie zastanowił nigdy fakt, dlaczego napis „Automat biletowy” wisi akurat nad jednymi i akurat nad TYMI JEDNYMI drzwiami autobusu bądź tramwaju. Ktoś bardzo zmyślnie to wykombinował, by wskazać ludzkości najkrótszą drogę do kupna biletu (wiedzieliście o tym, prawda?...). Jednakże nie pomyślał, by swoją szczytną ideę zaakcentować wyraźniej. W stylu dupnego neonu, albo dwóch, ewentualnie pięciu z serią strzałek – TU WEJDŹ KUPIĆ BILET, A NIE CIŚNIJ Z TYŁKIEM TŁUSTOCZWARTKOWYM I SIATAMI PRZEDTRZECIOMAJOWOWEEKENDOWYMI PRZEZ PÓŁ AUTOBUSU, MADONNO Z WIELKIM CYCEM, BO WSIADASZ DOKŁADNIE DRZWIAMI NAJDALSZYMI OD AUTOMATU!
I ostatnia perełka. Bardzo bardzo spieszyło mi się kupić bilet na autobus. I z radością przyjęłam fakt, że w kolejce do automatu na przystanku jest tylko jedna osoba. Jedna. Która pięć razy przeszła całą procedurę kupna biletu i usilnie próbowała wepchnąć piątaka w otwór na monety. Stojąc elegancko w kolejce (z epoki słusznie minionej jednak wolałabym się wrócić do mody, a nie do kolejek) zastanowiło mnie, co chłop robi źle. Chłop zrezygnował ostatecznie z kupna biletu, podeszłam do automatu i NA PIERWSZEJ PLANSZY procedury kupna biletu ujrzałam dupny (o tak, wydaje mi się, że wystarczająco duży by powiedzieć, że dupny, nie do przeoczenia, a ja mam słaby wzrok) napis na CZERWONYM tle: PŁATNOŚĆ TYLKO KARTĄ.
Ok. Nie mam pytań.
Uch. Tak naprawdę to ja lubię ludzi. Potrzebowałam się tylko wyżalić. Oczyszczenie z negatywnych emocji, te sprawy… Sorry za Capsa…
Kto mnie utuli w nerwach?...
Happy End
Mój komputer przy każdym uruchomieniu próbuje mnie nakłonić do aktualizacji oprogramowania na Windows 8. Mój komputer wykazuje się naprawdę szaleńczą ambicją jak na sprzęt który ma problem z uruchomieniem Worda. Gruntowna aktualizacja? To by go zabiło.

piątek, 5 lutego 2016

Oooops, I did it again…


No ups. Przyszedł Wielki Czwartek – Tłusty Czwartek i znów to zrobiłam. Czuję się ponownie jak słoń w ciąży. Bo określenie „słoń” nie jest enough. Zaszłam w słoniową ciążę z pączkami.
W ogóle to pognałam do domu, prawie 2 godziny drogi od miejsca, gdzie się zasiedziałam, dla 15 minut przyjemności pochłaniania ciepłych pączków domowej roboty z gorącą marmoladą.
I ciepłe pączki urzędują dłużej w brzuchu niż ostatnia (klik) wielka tortilla z kurczakiem, pieczarkami, kukurydzą i sosem czosnkowym. Ogólnie… to nie był chyba najdoskonalszy pomysł by żreć ciepłe pączki -.-
A w jakiej miłej atmosferze pognałam do domu. Mr Brat i Miss Sis zabrali mnie limuzyną, gdzie całą kanapę tylnego siedzenia dzieliłam tylko z zakupami.
I w końcu znaleźli na mnie sposób bym zamknęła jadaczkę-szczekaczkę i nie mówiła kierowcy jak ma żyć. Bo ogólnie uważam się za najlepszego kierowcę na świecie (który wieczne zapomina swego prawa jazdy, bo chowam je w mieszkaniu na wypadek, gdyby został mi skradziony portfel i wszystkie dokumenty tożsamości, bo po co mnie prawo jazdy w Królewskim Mieście, skoro nie mam kategorii na autobusy MPK, a jak już mnie ktoś okradnie to będę miała chociaż jeden dokument zabezpieczony w mieszkaniu, który powie, że Ja bez Imienia to ja). I jadąc z kimś mam o tym pełne przekonanie, wiedząc jednocześnie, że moje umiejętności tak naprawdę nie są przesadnie brawurowe i nie pozwalają mi na przykład na wybranie dowolnego parkingu w mieście – tylko akurat taki, na którym jest zwykle mało samochodów, dużo miejsc, nie ma przeszkód terenowych i można parkować skosem lub ostatecznie równolegle (to jest dość dużo parametrów, więc spektrum wyboru nie jest zwykle oszałamiające…). Jednak oczywiście nie omieszkam poinformować kierującego, że ja wiem lepiej z jaką prędkością jechać, kiedy hamować i na co uważać. Podobno to jest okrutnie denerwujące. Takie chodzą pogłoski.
Jednakże w tym tygodniu lek na tę przypadłość został wynaleziony!
Po prostu trzeba Bez puścić chwytliwe piosenki do śpiewania. A im bardziej obciachowe – tym lepiej.
Hit ostatniej przejażdżki poniżej. Treść jak na piosenkę tego typu zaskakująco głęboka. Wykonanie – urocze. Teledysk – przystający do gatunku. Polecam. Ja bez Imienia.
Happy End
Własnoręcznie ulepiony przeze mnie i Mojego M. suchar!
Jaki jest miesiąc z F w nazwie?
.
.
.
.
Kwiecień!
<obowiązkowa żenująca cisza>

czwartek, 4 lutego 2016

Płyniesz w obłoczku zwiewnej spódnicy


Jak wspominałam w jednym z postów (klik!), przeszłam ostatnio aż trzy procedury pielęgnacji umysłu – ukulturalnianie, odchamianie i odreagowanie. W niniejszej opowiastce chciałabym zdać relację z realizacji drugiego z zabiegów, a więc z wizyty w Muzeum Narodowym w Królewskim Mieście Krakowie.
Wcześniej jednak, tak by the way (jak to mawiali starożytni Rosjanie), zaznaczam, że niniejszy post uznać należy za wyjątkowy z uwagi na:
·         bycie premierowym z etykietą „Mam w duszy wszystko, z czym lubię żyć”, którą mam zamiar oznaczać posty z gatunku „Kocham to, co lubię”. A więc będę się chwalić, co mam/widziałam/kupiłam/odwiedziłam fajnego i… polecam!
·         posiadanie więcej niż jednego zdjęcia ;)
Zacznijmy jakoś po ludzku.
Rys kartograficzny.
MuzeumNarodowe w Królewskim Mieście Krakowie znajduje się przy drogich każdemu mieszkańcowi Królewskiego Miasta (najszczególniej w godzinach 7:00-9:00 oraz 15:00-17:00) alejach trzech wieszczów (choć listonosz przybiega tam z paczkami adresowanymi na Aleję 3 Maja o.O). To przepastny budynek, w którym zmieściłby się Jumbo Jet, wielodzietna rodzina słoni i wszystkie obietnice wyborcze wszystkich partii we wszystkich wyborach od 1989 roku (nie no – może od 2005, to nie jest jednak AŻ TAK wielki budynek).
Rys kontentowy
W Muzeum Narodowym w Królewskim Mieście Krakowie każdego dnia, od bladego zimowego świtu (a więc od 10:00) po późne godziny zimowych wieczorów (a więc do 18:00) obejrzewać można trzy wystawy stałe:
·         Galeria Rzemiosła Artystycznego – od piecowych kafelków przez zastawy (w tym bajeczne kolorowe kieliszki, których nie powstydziłaby się żadna nowoczesna speluna), szafy, skrzynie, szkatuły na popierdółki (właśnie szukam czegoś w ten deseń i upatrzyłam sobie tam kilka rzeczy), zegary po całe zestawy mebli do salonu, ułożone na wzór Ikei

·         Galeria Broń i Barwa w Polsce – broni było dużo, nie zaczaiłam, o co chodzi z barwą o.O Polecam miłośnikom wszelkiego żelastwa z różnych epok. No i w ramach akcji „Dotknąć historii” można przymierzyć hełm!
·         Galeria Sztuki Polskiej XX wieku – białe ściany i przeróżne obrazy. Muszę chyba tam wrócić w przypływie nastroju na kontemplację sztuki.
Rys docelowy!
Czyli po co tam głównie polazłam.
Polazłam tam dla wystawy czasowej „Modna i już! Moda w PRL” (bardzo spodobał mi się także zmyślny tytuł angielski: „Fashion-able in Communist Poland”).

No i niepotrzebnie tam polazłam, bo teraz chcę mieć te wszystkie ciuchy. Granatowa w kropki po lewej – moja faworytka z całej wystawy!

Niewątpliwie można wiele mówić złego o epoce słusznie minionej, ale to były jednak czasy chyba najfajniejszej mody ever. Ja się nie znam na modzie, z krawiectwa znam dwa sposoby przyszywania guzików, a moje lalki w dzieciństwie chodziły (chodziły??) legalnie w szmatkach (bo umiałam sobie wyobrazić, że to sukienki), ale… te kroje i fasony – obłędne!

Na wystawie zobaczyć można także dodatki, kapelusze i buty – skądinąd te ostatnie wyglądały niemal każdorazowo na wygodniejsze od współczesnych. Bywały jednak i egzemplarze, których nie powstydziłaby się sama Lady Gaga, a także i takie… subtelnie ekstrawaganckie. Jak jubileuszowa para czółenek (no bo przecież nie pantofli – ja z tych co pantofle noszą na co dzień w domu) czy też buciki… twarzowe :)

Jakbym już się miała koniecznie przyczepić do czegoś, to brakowało mi szerszego opisu trendów w poszczególnych dekadach. Generalnie – miałam potrzebę otrzymania większej porcji literatury. Może w ten sposób musiałabym zużyć mniej energii na powstrzymywanie się od zagarnięcia tych wszystkich ubrań do domu…

Konkludując smutno – urodziłam się za późno.
Happy End
Nawet Mojemu M. wystawa przypadła do gustu, choć chyba najbardziej ze wszystkich eksponatów podobały mu się… stare motory ;)

wtorek, 2 lutego 2016

A żeby zdrowym być, nie wolno tyć,/ Nie wolno jeść, nie wolno pić, nie wolno żyć...


Za każdym razem nie mogę się nadziwić, jak cienka jest granica między byciem okrutnie głodną a obrzydliwie najedzoną. Nawet granica czasowa. 15 minut z jednej fazy w drugą.
Mogę się pochwalić – zrobiłam tortillę z kurczakiem, pieczarkami, kukurydzą i sosem czosnkowym. Dla mnie i wygłodniałego po szychcie w korpo Mojego M. Który chyba nie wierzył, że będzie w stanie się wypaść do syta na mojej kuchni i przyniósł jeszcze na deser pączki. I ja oczywiście jeszcze tego pączka zjadłam.
Teraz czuje się jak słoń. I to w ciąży.                
Nie jestem w stanie myśleć o niczym innym tylko o tym, że uczyniłam się właśnie grubasem.
Rozgrzebując te hałdy jedzenia, które mój mózg stawia mi teraz przed oczami w ramach przypomnienia, co ja najlepszego narobiłam, próbuję sobie przypomnieć, co innego dziś udało mi się osiągnąć.
A no udało mi się wydać milion pieniędzy na koncert, łączący w sobie elementy odchamiania i odreagowania. To przedziwne, ale w ramach próby usilnego wymyślenia sobie jak normalny człowiek postanowień noworocznych, których nie dotrzymam, pomyślałam sobie, że chciałabym pójść właśnie na koncert Edyty Górniak. I idę! Może właśnie dlatego idę, że ostatecznie nie obrałam sobie tego jako postanowienia noworocznego :D
Udało mi się także ruszyć moje – jakże wielkie teraz – zacne cztery litery i zobaczyć naprawdę wyjątkowo piękny zachód słońca nad Królewskim Miastem! Niechże mi ktoś mądry wytłumaczy, jak to jest i od czego to zależy, że coś co zdarza się codziennie – jak zachód słońca – może mieć takie różne formy. Raz być zupełnie zwyczajnym, a raz tak – że tak napiszę aniozzielonegowzórzowato – nieskończenie pięknym?
Trochę jak wszystko, co się zdarza codziennie w życiu.
Uch, powinnam przez najbliższy tydzień jeść tylko sałatę i koperek, popijając wodą.
A tutaj Tłusty Czwartek się czai w kalendarzu…
Happy End
W ramach noworocznych porywów założyłam sobie także słoik szczęścia i… zakończyłam uzupełnianie go w drugim tygodniu stycznia. Czy komukolwiek udało się wytrwać z takim czymś 365 dni?? No albo chociaż 36…

poniedziałek, 1 lutego 2016

W kinie, w Lublinie


Pomyślałam sobie, że jeśli moja pisanina tutaj ma mieć jakąś misję (skoro nie ma za bardzo celu, sensu i składu to przynajmniej misję może mieć), to byłoby to pokazanie, że codzienność jest ciekawa. Że nie trzeba być codziennie w innym kącie świata (gdzie są pająki lub skorpiony) albo jeść codziennie fit i nigdy nie mieć w ustach chipsów (chyba, że z jarmużu) albo robić fotek w pastelowych kolorach (ewentualne w odcieniach szarości) albo ubierać ekstra ciuchów (tudzież malowanek na twarz) żeby mieć codziennie (lub przynajmniej co jakiś czas) coś do napisania.
Codziennie wszak coś się wydarza. I to nawet mi – ludziowi, który połowę swojego życia spędza w łóżku, a drugą połowę przez komputerem z przerwą na siku, papu i sklep na rogu (w zupełnie odwrotnej kolejności właściwie -.-)
O, dziś na przykład widziałam po raz pierwszy w życiu jak wciąga się na ciężarówkę wielki żółty odrapany kontener.
No, to właśnie taką chciałam mieć misję – że codzienność jest ciekawa.
A dziś chciałam właściwie napisać o niecodzienności. Bo o weekendzie.
Tak, weekend to niecodzienność. Człowieka odsysa od komputera i nie wiadomo, co zrobić z rękoma :D I okazuje się, że człowiek ma też nogi!
Więc w ostatni weekend nogi poszły w tyle miejsc! I to był taki piękny weekend! Zaliczyłam wszystkie niezbędne procesy higieny mózgu – ukulturalnianie, odchamianie i odreagowanie.
W ramach ukulturalniania byłam w kinie. Bo zupełnie zapomniałam, czemu nie lubię kin.
Niniejszym apeluję o stworzenie specjalnych seansów kinowych w dwóch kategoriach: Premium tj. seanse typu no children oraz Deluxe, czyli seanse typu no popcorn. Już nawet wymyśliłam Wam chwytliwe, seksowne nazwy!
Ja bardzo proszę. Ja zapłacę. Bilet powiększony o cenę popcornu oraz bilet powiększony o cenę dziecka - wg aktualnego kursu – 500 zł (aczkolwiek mogę się mylić, bo miałam około trzydniowy detoks od wiadomości).
W ramach odchamiania byłam w muzeum. Narodowym! Przyciągnęła mnie pewna wystawa. I… chyba zrobię o niej osobny post. W ramach cyklu „Kocham to co lubię” lub coś w ten deseń.
Podobnie chyba zrobię w kwestii aktywności w ramach procesu odreagowania. Taki nowy kącik blogowy.
Tak, tak zrobię. Będzie innowacja! I to niesponsorowana przez fundusze unijne! Zaangażowanie prywatnych środków w ramach B+R!
Chyba jestem Poważnym Człowiekiem na Poważnym Stanowisku nawet będąc na Niepoważnym Stanowisku…
Happy End
Zostałam ostatnio zdyskredytowana jako zdeklarowana lyrics person, dowiadując się, że… Madonna zaśpiewała jedno słowo po polsku! Podaję youtubowy drogowskaz: 2:45. 


Że też z tylu języków świata wybrała akurat ten, którym mówi tylko jeden naród?