poniedziałek, 25 stycznia 2016

Jutro będę ideałem


Pamiętam taką piosenkę, która leciała w jakimś porannym programie muzycznym, który rozbudzał mnie przed pójściem do szkoły, a śpiewana była przez Magdę Steczkowską i leciała „Jutro będę ideałem”.
Podsumowując moje zwyczaje muzyczne, mogę się określić jako:

  • playlist person – moja penpalka z Hiszpanii tak się określiła; termin oznacza kogoś, kto nie lubuje się w konkretnym wykonawcy, a zbiera różniaste piosenki na playlistę. Od niedawna używam Spotify i taką playlistę sobie tworzę i… głupie to, ale tak się jaram przy każdej piosence, bo zaskakująco… każda to ta „moja”  
  • lyrics person – to z kolei wymyślony przez 7 sekundami przeze mnie termin (zaraz składam wniosek patentowy), oznaczający kogoś, kto skupia się na tekście w piosence. 
Wracając do piosenki „Jutro będę ideałem” – nie jest na mojej playliście, ale pamiętam zręby tekstu i uczucie, że się z nim utożsamiałam.
Bo zawsze chciałam mieć taki idealny dzień, w którym wszystko – od budzika po ostatnie mrugnięcie powieką – będzie takie idealne! Żadnych błędów, gaf, pomyłek, bałaganu, wszystko poukładane i perfekcyjne, i ja taka w tym taka świetna, pogodna i idealna! I będąc młodszą (bo mam nadzieję, że nadal jestem młoda – mimo ćwierćwiecza na karku :D) każdy dzień zaczynałam z tą myślą, a jak coś zdarzało się nieidealnego, myślałam (podobnie jak było chyba w tej piosence), że ten dzień już jest stracony i to jutro będę ideałem :)
I ja wiem, że nigdy taki dzień nie nastąpi. Znaczy - nastąpi, ale to już nie będzie dzień, a cała wieczność – bo perfekcyjność to cena ludzi umartych (że tak sparafrazuję Kogoś Mądrego).
Ale dziś byłam tak blisko!
Nie żeby bliska bycia umartą rzecz jasna.
Chociaż…
Wstałam względnie wcześnie. Bo chciałam się dowiedzieć, jak to z moim kolejnym służbowym wyjazdem na koniec świata. Przejazdem pociągiem o najdłuższej trasie w naszym Prawym i Sprawiedliwym Kraju (nie hejcę – żeby nie było), ciągnąc za sobą walizkę, która sama jest jak pociąg (Jej turkot jest w stanie obudzić całą dzielnię. Poważnemu Człowiekowi na Poważnym Stanowisku nie przystoi trochę wlec za sobą taki rupieć, ale… nie znalazłam jeszcze w sobie na tyle inspiracji by kupić coś mniej kompromitującego).
Werdykt Pana Szefa, ogłoszony mailem z godziny 5 rano (nie mam pojęcia, czy on jeszcze czy już wtedy nie spał) – nie jadę!
Już prawie siadłam do komputera jak stałam, zmuszając się jedynie do przebrania piżamy na „dres code”, ale… nie! Zrobiłam sobie pokornie śniadanie. Za trzy godziny z kolei – pożywną przekąskę. Za kolejne trzy godziny – obiad z rybą i toną brukselki. Za kolejne trzy – owocową przekąskę, przemycającą ziarna siemienia lnianego (ponoć dobre na włosy). Za kolejne trzy – elegancką kolację. Perfekcyjnie.
Zabrakło tylko jarmużu :D
Rankiem pobiegłam także do biblioteki, skąd przytaszczyłam nowe książki. Ostatnio czytałam tak zapalczywie… w podstawówce. Wiem, to wstyd jak nie wiem, jak stąd do Kalisza... W tym międzyczasie czytałam tylko polecane czy podsuwane przez kogoś książki, raz na rok szarpałam się na powrót do bycia intelektualistką i odwiedzałam bibliotekę, ale dopiero jakieś 4 miesiące temu powróciłam do czytania – zapalczywie i z przyjemności(ą). No i sam Mój M. rzecze, że połykam książki. A on nigdy nie kłamie.
A na koniec dnia… ćwiczyłam! Rozłożyłam pas startowy w postaci mojej szarej mata-hari, odkopałam spodenki, poprawiłam cebulę na głowie i przez 37 minut sapałam na pół bloku, podrygując za panią z jutuba, która się nawet nie spociła. No i tu prawie stałam się umarta.
No i zupełnie na koniec… napisałam w końcu tego posta. Choć już mnie korciło, by pójść za tymi głosami samouwielbienia, że już tyle dziś zrobiłam, tak się namęczyłam, że należy mi się odpoczynek, że ta książka tam czeka, a ja tak lubię biografie…
W te dokładnie 37 minut, w jakie „na białym czarnym kreśliłam jakieś plamy” książka nie uległa samozniszczeniu. A ja urodziłam kilka słów dla świata.
Happy End
Jestem dumna z moich współlokatorów z Wesołej Chatki. Ponoć jak mnie nie było ostatnimi czasy z uwagi na super-ważne wyjazdy, godnie mnie zastępowali w tworzeniu raportów, co kto je na obiad i sami się upominali o gaszenie świateł w pomieszczeniach, w których nikogo nie ma. Mam chyba jednak dryg pedagogiczny :D

niedziela, 24 stycznia 2016

Mam mętlik w mojej małej głowie



Poważne Stanowisko Poważnego Człowieka w ostatnim czasie mocno się przemieszczało, za to czasy pracy robiły się czasem zupełnie niepoważne – tym razem to był powód nagłego opuszczenia Niepoważnego Stanowiska Blogera przez Ja bez Imienia. Tym razem – bo zwykle to był słomiany zapał.
Ale powracam! I mam zamiar uczepić się Niepoważnego Stanowiska jeszcze silniej. Już nawet zrobiłam sobie w moim hipernowym telefonie karteczki z tajemniczo wyglądającymi hasłami, czym bym chciała się podzielić, krążąc po orbicie Blogosfery :)
Mimo bycia Poważnym Człowiekiem na Poważnym Stanowisku, posiadania stałego partnera do życia w postaci Mojego M. od już znacznego czasu, przeżycia tych kilku wiosen i przetrwania tych kilku nieznośnych zim (No, ciekawe ile byście mi dali, Drodzy, którzy tu zabłądziliście. Jak przyznałam się ostatnio, w którym roku się urodziłam Komuś z Pracy, ten Ktoś… normalnie się roześmiał o.O), czuję się czasem dzieckiem. Postawiłam taką hipotezę całkiem niedawno. A rzeczywistość od jakiegoś czasu nie jest specjalnie różnorodna w podsuwaniu inspiracji do przemyśliwań i uparcie dostarcza mi zabawne i mniej zdarzenia w tym temacie.
Koleżanka wysłała mi ostatnio zdjęcia ze swojego ślubu (Ślub, który był tak udręczająco idealny! Słowo daję, zrobiłabym sobie kopiuj-wklej w przy okazji swojego ślubu i wesela. Tak btw. – ostatnio dowiedziałam się, jak nasi słowiańscy bracia – Czesi bądź Słoweńcy – tłumaczą sobie skróty Ctrl-C i Ctrl-V. Mianowice: „Ctrl – czyje”, „Ctrl – własne”). A po nich – zdjęcie efektów nocy poślubnej bądź kolejnych. Nie takie biało-czarne plamki, na których lekarz jakimś cudem odnajduje nogę bądź rękę. Takie nowoczesne zdjęcie, na którym widać małego gościa i niemal rysy jego twarzy! Zaskoczyłam się, rozemocjonowałam i… przestraszyłam. Dla kontroli czy nie mam skłonności psychopatycznych wysłałam rzeczone zdjęcie mojej dobrej znajomej Czeszce-Śmieszce. Też uznała je za budzące zaskoczenie, emocje i… strach. Jest to trochę przerażające zobaczyć kogoś, kto się jeszcze nie urodził i… sorry, ale na ten moment wygląda trochę jak alien :D Brak instynktów rodzicielskich = -20 do dorosłości. Czy nie?
Zdjęcia z ów udręczająco idealnego ślubu pojawiły się także na fejsbuku, gdzie umieściły się dokładnie między gromadką dzieciorów na sankach mojej jednej koleżanki oraz oczku w głowie – także na sankach – mojego kolegi. Ej, czy wszyscy już są dorośli? o.O
Ja dla odmiany tej zimy ulepiłam bałwana z Moim M.


Parafrazując klasyka:
To jest bałwan na miarę naszych możliwości. My tym bałwanem otwieramy oczy niedowiarkom! Mówimy: to jest nasz bałwan, przez nas zrobiony, i to nie jest nasze ostatnie słowo!
Nie chcę się skarżyć, ale dzieciory ogólnie mnie ostatnio osaczają :D Czekając na pociąg o najdłuższej trasie w naszym Prawym i Sprawiedliwym Kraju i jedząc gigantyczne lody z owocami (z karty podobały mi się najbardziej zestawy dla dzieci, ale się powstrzymałam… :D), atakowana byłam przez nieposkromione dźwięki pewnej dwójki o wzroście nieprzekraczającym 1,20 m. Ja chyba nie lubię dzieci. Albo nie rozumiem. Dzieci nie chodzą. One zawsze biegają. I nie mówią. One zawsze krzyczą. Ta dwójka gigantów nie była inna. A ja super-mądrze robiłam miny zniechęcenia w ramach komentarza do tej hałaśliwej historii – bo na tylko tyle mnie stać. No i matka gigantów mnie niechcąco strollowała, mówiąc do gigantów: „Uspokójcie się, zobaczcie jak tam pani ładnie je”. xD
No i pociągu o najdłuższej trasie w naszym Prawym i Sprawiedliwym Kraju też jechały dzieci. I też takie, co to nie umieją chodzić ani mówić.
Czyli takie, jacy są homo sapiens, zanim się ich włoży w formę.
I upiecze.
Mam pierwszy materiał do kącika: „Obłędne ciuchy Moniki z „Przyjaciół”, które, cholera, już nigdy nie wrócą”!



Tak, zdjęcie robione tapczanem.
Happy End
Dowiedziałam się ostatnio, że jakieś 50% białek w naszym organizmie pochodzi z rozkładu nawozów azotowych. Biorąc pod uwagę, że Pewna Firma ma bardzo znaczny udział w polskim rynku nawozów azotowych (powiedzmy – 80%), to ta Pewna Firma buduje w 40% białka w Polakach. Dostarcza budulca na 40% Polaków! Na miejscu Pewnej Firmy wyeksploatowałabym tę informację marketingowo! :D

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Put on your red shoes and dance



Obranie sobie na dziś tytułu z Davida Bowie’ego nie jest najbardziej nieszablonowym pomysłem na dziś, jednakowoż siłą rzeczy w ramach Zespołu Zapętlenia Jednego Utworu letsdancuję i starmanuję. Nie jestem typem osoby, która delektują się muzyką, potrafi siedzieć  i słuchać, wessywać/wsysywać (nie no, musi istnieć takie słowo, ale nie znam poprawnej formy mimo, że byłam w klasie humanistycznej – nobody’s perfect) porami skóry to coś, co Mój M. nazywa klimatem. Ale miałam już w kalendarzu przynajmniej dwa dni, gdy playlista z Bowiem się zapętlała.

Poza tym opowiadałam dziś mojej koleżance, z którą nie zgadzamy się politycznie, a mimo wszystko się lubimy (Da się! Polecam! :)), jak spędziłam sylwestra. Więc pieśń Davida Bowie’go idealnie w temacie.

Wprowadzając Czcigodnego Czytelnika w klimat mogę zaznaczyć, że Ja bez Imienia przechodzi ostatnio Proces Przepotwarzania. Uczy się puszczać z wodzy myśli, przyglądać się wszystkiemu wokół, odkładać tak wygodne i praktyczne szkiełko oraz mieć serce i paczać w serce. Mury bezpiecznych twierdz niepodważalnych „Tak trzeba” oraz wygodnickich „Tak jest dobrze” oraz przewidywalnych „Jak należy” kruszą się i… runają/runują? (nie no, muszą być takie słowa!). Popadają w ruinę. I właśnie w sylwestra miałam wrażenie, że wykruszył się jeden z bastionów.

Zwykle na imprezach Bez była sztywniakiem udającym, że nie jest sztywniakiem i pewnie było widać, jakim Bez jednak jest sztywniakiem. To tak samo jak kogoś znajomego widzisz na ulicy, udajesz, że nie widzisz, a tak naprawdę cholernie widać, że go widzisz. Nie w takim sensie, że zamulałam wszystkich dyskutowaniem nad słusznością stosowania podejścia keynowskiego do gospodarki przez Miłościwie Nam Panujących (chętnie podyskutuję jakby to chciał!), ale… nie umiałam się bawić.

I gdzieś, niewiadomo jak, niewiadomo jakim kluczem, jakim trafem i jakim algorytmem… sukces :)
No, może jednym z parametrów w tym algorytmie był nieprzychylny (lub zbyt przychylny!) dla mnie alkochińczyk :D

Niemniej jednak… tak radośnie tańczyłam! I to mimo, że zdawałam sobie sprawę, że bardziej wyglądam jak murzynka (sorry – Afropolka!) z afro wyglądającym jak po wyjściu spod prysznica w ciążowej bluzce niż docelowa Uma Thurman z Pulp Fiction, to jednak nieskrępowanie tak jakoś… tańczyłam! Nawet odtańczyliśmy z Moim M. Taniec Trolli (który stanowi bardziej parodię tańca niż sam taniec) :D A gdy już i on wymiękł – tańczyłam w zieloną serpentyną, zwisającą z żyrandola :) A o dwunastej oglądałam fajerwerki – choć się boję :)

Sukces :)

Mimo jednak wielkich sukcesów, Davida Bowiego zagłusza dziś od czasu do czasu zapętlone zdanie mojego niezadowolonego starszego kolegi z pracy: „Pani Bez, nie tak się umawialiśmy” :/ Nie umiem bezczelnie obok tego przejść. 

Poza tym nie było mnie tu przez więcej niż jeden dzień, więc szybko zdam raport, co u mnie:

  • Mój M. wykazał się wyjątkowym talentem i zrobił dla mnie wielokrotnie złożony, niebanalny, eklektyczny i zbyt pstrokaty na tapetę w moim nowym telefonie (ale i tak go sobie ustawiłam) obrazek!


  •  Babcia Mojego M. dała mi paczuszkę moich ulubionych ciastek z cukrem, którą… zjadłam bezwstydnie w jeden dzień. Całą. Prawie sama. Moja Sis dostała trzy ciastka rzutem na taśmę, bo przed jej wejściem do mieszkania nie zdążyłam wpakować wszystkich ciastek do paszczy
  • Pod względem kulinarnym ostatniego czasu nie mogę zaliczyć do udanych. W weekend jadłam tylko to, co dla mnie zrobiono. Zapowiadana w poprzednim poście wielka niewiadoma gastronomiczna okazała się spoko, ale nic mi nie urwała (z niedojedzonego makaronu wygrzebałam jednak skrupulatnie drogocennego łososia!). Dziś przy okazji robienia makaronu z papą tuńczykową a) zapomniałam wziąć ze Sklepu na Rogu całą reklamówkę cebuli b) upstrzyłam sobie koszulkę otwierając śmietanę. 
  • Znalazłam błąd w serialu „Przyjaciele”, który oglądam z kilku powodów a) lubię oglądać coś do obiadu, a moim ulubieni vlogerzy czasem nie wyrabiają z graniem do mojego kotleta b) UWIELBIAM ciuchy z tego filmu!!!!!! Jejku, mogłabym tu założyć taki mały kącik tematyczny „Obłędne ciuchy Moniki z „Przyjaciół”, które, cholera, już nigdy nie wrócą”??? c) oglądam tylko seriale, które nie zachwycają by się nie uzależnić – ja słyszałam te historie z oglądaniem pięciu sezonów w jeden wieczór, zatem wystrzegam się „Gry o tron” i innych tego typu hitów. Przyznam, że i po „Przyjaciół” sięgnęłam bojaźliwie, bo co niektórzy opowiadają, że to też ma właściwości uzależniogenne. Ja jestem odporna. Podoba mi się, ale – podobnie jak moja ostatnia niespodzianka łososiowa – nic mi nie urywa :) A odnośnie błędu w serialu – powiedzieli, że Mińsk jest w Rosji. Sprawdziłam nawet rok powstania danego odcinka. I rok ogłoszenia niepodległości Białorusi. Mińsk był wówczas już białoruski i nie chce być inaczej. I umiarkowanie wyglądało to na żart serialowy o.O

Serdecznie witam nowe osoby na moim podwórku! :) Pozdrawiam ciepło!

Happy End

Oficjalny instagram PKP polubił moje zdjęcie! Myślę, że to mogą być nieśmiałe podchody bym została prezesem tej spółki. Jeśli to czytacie – nie lękajcie się! Przygarnę każdą ilość milionów, które mi zaoferujecie :)

czwartek, 7 stycznia 2016

But I tell you just be satisfied/ Stay right were you are


Poważny Człowiek ma bardzo Poważny Problem wdrapywać się co dzień na swoje Poważne Stanowisko. Mam nieuregulowane godziny pracy, a moja odległość do stanowiska pracy wynosi tyle, że z powodzeniem można użyć do jej zmierzenia linijki. Tak, pracuje w domu.

Ma to wiele plusów:
- zapewniony dostęp do łazienki z wanną i lodówki (którą muszę jednak sama napełniać :D) - w żadnym korpo tego nie ma! 
- możliwość wyskakiwania do Sklepu na Rogu bez gimnastykowania się, jak uniknąć przy tym bacznego wzroku szefa,
- jestem najlepszym - bo jedynym! - DJ'em w biurze,
- brak dresskołdu. W ramach dreskołdu noszę dres ^^

Oto na przykład moja stylizacja na dziś, inspirowana postacią Ferdynanda Kiepskiego:



A co do mojego DJ’stwa – dziś w ramach Zespołu Zapętlenia Jednego Utworu – słucham tego:


Słucham i zżeram w środku własną wątrobę z żalu, że nie poszłam onegdaj na koncert Queenu w Królewskim Mieście z Moim M. 

Wczoraj dałam nura w blogosferę i zobaczyłam, że wszyscy robią takie piękne podsumowania i jeszcze piękniejsze plany na przyszły rok! Jak zrobię takie jutro to już będzie za późno?...

Co nowego poza tym? Nadal nowy telefon (Dzidzia ma dwa dni, nadal kładę ją ostrożnie, robiąc przy tym symulacje wszystkich możliwych wypadków, jakie mogłyby się jej przydarzyć. Jakby kto pytał - model nazywa się: „Taki jak ma Mój M. tylko czarny”. Polecam. Ja bez Imienia), nowy pomysł na jutrzejszy obiad (Tak, napiszę to. Pochwalę się. Tagiatelle z łososiem, cukinią i marchewką. Jak będzie niedobre to się pochlastam, bo wydałam na składniki milion pieniędzy) i nowe pomysły moich współlokatorek bym założyła bloga dla osób pracujących z domu (to w ramach reakcji na moją dzisiejszą stylówę).

Ha! Takiego czegoś jeszcze nie ma! Stylizacje inspirowane bazarem z czasów wczesnej transformacji ustrojowej, gwiazdami seriali puszczanych jako sountrack do gotowania dla kur domowych (Halinka Kiepska. Al Bundy. Seniorka Mostowiakowa w kubraczku) lub najbardziej obciachowymi odsłonami odzieży świątecznej. Najmodniejszy materiał sezonu – polar! Najmodniejszy krój – a’la worek Polifoski! I fryzura wszech czasów – nieśmiertelna cebula!

Przemyślę to :)

Na koniec dziękuję pierwszym osobom, które do mnie zabłądziły! Miło, że zostawiacie po sobie ślad! :)

Happy End

Maffashion obcięła się na mnie! Seryjnie! :O