sobota, 31 grudnia 2016

Need a little sweetness in my life

Pomalowałam paznokcie, zrobiłam nogi (a jest zima i nie mam faceta - to znaczy, od łydki w dół sama byłam facetem, więc miałam... nogi faceta!), posprzątałam, mam zamiar się umalować - Roku 2017, nadchodź śmiało! Jestem gotowa!

Nie wiem, czy będziesz dla mnie łaskawy, drogi Roku 2017, więc na wszelki wypadek zabezpieczyłam swoje samopoczucie stworzeniem Słoika Cotygodniowych Małych Przyjemności. Zainspirowałam się blogiem ciagle-szukam-siebie.blogspot.com. I pozwoliłam sobie ukraść i nieco zmodyfikować ideę :) (Czy wspomnienie i zalinkowanie u siebie tego bloga jest wystarczającym zadośćuczynieniem za naruszenie praw autorskich?... Aż tak sprawna w Internetach nie jestem)

Wiadomo, jak to jest z tymi całorocznymi słoikami szczęścia, dobrych wspomnień, sratatata. Podobno są tacy, którym udało się prowadzić je do lutego - ale ja ich nie znam :D

Ale taki słoik z przyjemnościami... Kto by zrezygnował z częstowania się co tydzień czymś przyjemnym??

Podzieliłam się moim pomysłem z Czarnulką. Przygotowałam odpowiednio grunt pod przyjęcie tego wynalazku, wciskając jej, że to prezent. Przyjęła ze spodziewaną radością :)

Co tydzień z wypełnionego 52 karteczkami z Małymi Przyjemnościami na Każdy Tydzień będziemy robić losowanie jednej karteczki z Małą Przyjemnością. Wspólnie, pod nadzorem Komisji Kontroli Gier i Zakładów. W poniedziałek - z oczywistych powodów. I będziemy wzajemnie się pilnować, by postanowienie losu zrealizować :)

Oczywiście Czarnulka nie mogła się doczekać poniedziałku (zganiam na nią, bo nie wie, że zganiam) i na przyszły tydzień już wylosowałyśmy dla siebie zjedzenie czegoś, czego jeszcze nie próbowałyśmy! Po dwustronnych naradach i porównywaniu doświadczeń okazało się, że obie nie jadłyśmy jeszcze batatów! Zrobiłyśmy szybką analizę terminarzy i w środę wieczorem na naszym stole pojawią się frytki z batatów!

Już wiem, że lubię bataty. Jeśli z czegoś da się zrobić frytki - musi to być dobre!

Szczęśliwego Nowego!

Happy End

Mamcia zrobiła mi butki na szydełku. Są obiektem zazdrości wszystkich, którzy je widzieli :)

piątek, 30 grudnia 2016

Grudzień ucieka za grudniem / Styczeń mi stuka za styczniem

Nowy rok, nowa ja, nowy kalendarz (ja mam taki nowy, świetny, ze stroną dla każdego dnia osobno, nawet dla soboty i niedzieli - to jest bajer!).

Kultura blogowania nakazuje napisać post z listą postanowień noworocznych. Najlepiej w punktach. Ja jestem człek kulturalny. I dbam o tradycję. Napiszę więc.

1. Pojawię się gdzieś tam na świecie :) Mam przynajmniej dwa pomysły, machina realizacji których zaczęła się powoli toczyć. To znaczy - już zapowiedziałam zakotwiczonym w tamtych miejscach, że mnie zobaczą. Bo tak właśnie mam zamiar legalnie wykorzystać znajomości. Jeśli mam być precyzyjna (zgodnie z regułą sztuki stawiania sobie celów) - Porto i Odessa. Oo, jak już to napisałam w Internetach - muszę to zrobić!

2. Obiecane wypady na mniejszą skalę. Obiecane, bo już zapowiedziałam tym i tamtym, że pojedziemy razem. Polskie morze i góry.

3. Woodstock! Już niedługo będę miała zmarszczki - akurat błotko się przyda :)

4. Bardziej stancjonarnie - w każdym miesiącu zrobić chociaż jedną nową rzecz. W lutym planuję siłownię - nie w styczniu, bo wtedy są tam tłumy nowych onych zmieniających swoje życie. Pomysłu na styczeń jeszcze nie mam. I na pozostałych 10 miesięcy też nie właściwie. Chętnie poczytam podpowiedzi z głębin blogosfery! :)

5. Reaktywować hobby pocztówkowe. Postcrossing.

6. Pisać. Tu dużo podpunktów, bo trochę mam pomysłów. Jednym z nich jest regularność tutaj. Ale nie obiecuję. Nie wiem jeszcze, gdzie i jak włożę swoje ironizujące pióro. Ale mam zamiar je gdzieś wsadzić. I może w końcu napiszę przedstawienie jasełkowe, które od zawsze chodzi mi po głowie...

7. Zrealizować jakiś projekt dla ludzi. Może być mały. Taki żeby cieszyły się nawet 4 osoby. Ale coś, czym będę mogła rządzić ;)

8. Kupić własnego jeździka. W sensie - samochodzik. Już nawet kocham kilka marek samochodów. I rozróżniam. Na pierwszym miejscu byłby czarny garbus. Ale jakby ktoś miał na zbyciu jakieś śliczne Suzuki Swift - nie pogardzę :)

9. Dojść w rosyjskim do poziomu B2. By rozmawiać z rosyjskojęzycznymi znajomymi swobodnie.

10. Zająć się dziwnym bólem po lewej stronie brzucha - i tu maszyna realizacji poszła już w ruch, bom zapisała się do lekarza. Na wszelki wypadek mogę ograniczyć jeszcze sól - jakby to miała być nerka. Nie wiem jakim cudem, bo mam 25 lat i nie dosalam ziemniaków, ale przez 18 lat życia stołowałam się u Mamci, która hołduje raczej przesolonym -.-

11. Wypełniać kartki mojego nowego kalendarza słowami. Och, jak już się nie mogę doczekać! Kupiłam go z miesiąc temu i już chyba 5 razy wyciągnęłam go z szafki sprawdzając, czy jednak nie zaczyna się na przykład 20. grudnia bym już mogła coś napisać. Podejrzewam, że moja fascynacja się zakończy, gdy przypomnę sobie, jakie mam brzydkie pismo -.-

12. Zakończyć rzecz, która zaczęłam ponad dwa lata temu. Pozostawię to w tajemnicy. Muszę być bardzo skomplikowana, skoro tyle to trwa, ale mam nadzieję, że w tym roku dobrnę do finału. Choć trochę będzie mi tego brakować.

13. Kupić w końcu podpórkę pod plecy do fotela!!! :O

13 to piękna liczba!

Ale moją ulubioną jest 7. Mam dziś jasno w głowie (wczoraj miałam raczej pochmurno) i mam nadzieję, że ten rok z 7 w imieniu będzie dla mnie szczęśliwy.

Oby nam się!

Happy End

Mamy nową współlokatorkę! Nasza paczworkowa rodzina się powiększa :D

czwartek, 29 grudnia 2016

Wielka dama znów tańczy sama

Dobrnęłam, dotarłam, doczołgałam się. Koniec roku. Jak znakomita większość ludzi wymyśliłam sobie, że zmieniająca się raz na 365 dni ostatnia cyfra w dacie zmieni mi wszystko - noc sylwestrowa pozbawi mnie zmartwień i obaw oraz napełni mnie pewnością, że oto jestem szczęśliwa i będę pruła odważnie po wszystko co dobre przede mną. I będę jadła owsiankę na śniadanie.

To był mój annus horriblis. Wszystko jest inaczej niż było rok temu i wszystko jest inaczej niż spodziewałam się rok temu, że będzie za rok.

Jako praktykująca ekonomistka z wykształcenia i hałturząca blogerka z doskoku chyba muszę zrobić bilans zysków i strat. Rachunek przepływów, przepływów i odpływów. Zestawienie aktywów i pasywów.

Aktywa. Czyli zasoby, środki do działania. Te zaczyna się od najbardziej długoterminowych. Trochę tu mam odpisów.

1. Pan M. Strata nadzwyczajna. Nieprzewidziane ryzyko. Krach. Spowolnienie gospodarcze na długie dni. Niedobór dostaw energii. Pożar w magazynach. Odejście głównego udziałowca było najważniejszym wydarzeniem, które zamieniły ten rok w rok odwrotowy. W zamętach i odmętach swoich różnych problemów i emocji oderwała mi się najbardziej solidna część mojego życiowego wyposażenia - nagle i niespodziewanie. Okazało się, że nie mam tak silnej pozycji na rynku, a zmiana dostawcy uczuć dla Pana M. nie była aż taka bolesna i trudna. Jak dla mnie się okazała. Trzeba widocznie spodziewać się niespodziewanego. I mieć się na baczności, bo nawet mając silną pozycję można zostać zamienionym na lepszy model. Umiem to przyznać - spotkała mnie tragedia, która rzuciła się cieniem na wszystko. I sprawiła, że mam wrażenie, że już nie istnieją na świecie dobre zobowiązania długoterminowe.

2. Pan S. Kontrahent na kilka pomyślnych transakcji. Na szczęście - nie do końca uczciwy. Na szczęście w tym sensie, że mogę go bez bólu odpisać. Pan S. był trochę jak start-up - całkiem udany, choć nie przyniósł zysków. Mam wrażenie, że nauczyłam się przy jego okazji być otwartą, odważną, tą piękniejszą stroną umowy, z szeroką ofertą różnych emocji. Jednakże zawsze pozostają ślady w księgach rachunkowych po zdefraudowanych deklaracjach - jak mam komuś uwierzyć w słowa, które tak bardzo chcę słyszeć, jeszcze raz?

3. Zmiana siedziby firmy. Nowe miejsce prowadzenia działalności. Moja Willa. Zamieniłam pieczarę na komnatę. Pojawiły się nowe aktywa trwałe w postaci blogerskiego białego biurka, stolika z Ikei, kwiatków (są już ze mną trochę, więc chyba to już trwałe :D) i poduszek. Czasem kładzie się cieniem na schodach domniemana obecność Pana M., jednakże wspólna idealna choinka, wieczorne herbaty i pieczone ciasteczka z Czarnulką i Rudą, co Tańczy jak Szalona pozwalają mi się naprawdę cieszyć z mojego nowego miejsca w Królewskim Mieście. Które chyba jest moim pierwszym domem tutaj.

4. Delegacje! Wyjazdy niesłużbowe! Fizycznie słupki szły w górę! Tatry w marcu, Sudety w maju, Bieszczady we wrześniu. I główna konferencja wypoczynkowa w przepięknej Barcelonie. Działam aktywnie ogólnopolsko z ambicjami na strategię europejską, a może i globalną!

5. Najbliżsi współpracownicy. Dopuściłam ich do rady nadzorczej. Zaangażowałam w sprawy bieżące. Pracują razem ze mną. I nie muszę ich gonić. Nie dałam im nawet podwyżki, ba!, byłam wyjątkowo miernym współpracownikiem. A tymczasem jakoś tak ich bardziej widać.

6. Innowacje! W tym roku po raz pierwszy w życiu (kolejność przypadkowa):
- kupiłam sobie sama kwiatka,
- zrobiłam gołąbki bez kapusty (czyli pomieszałam mięso z ryżem -.-), pierniczki na choinkę, zupę-krem z pora i rosół z prawdziwej kury,
- dekorowałam swój pokój rzeczami, które nie są potrzebne, ale są ładne,
- miałam własną choinkę na Boże Narodzenie w Królewskim Mieście,
- piłam tequillę,
- całowałam się z kimś innym niż Pan M.,
- zawiesiłam wszystkie swoje ubrania na wieszakach zamiast upychać po szafkach,
- nie jadłam z nerwów,
- kupiłam sobie cienie do powiek,
- kąpałam się w morzu innym niż Bałtyk,
- znalazłam się w odległości mniejszej niż 5 metrów od Jednego z Moich Czterech Mężów, Którzy Mnie Nie Znają,
- 3 razy widziałam Drugiego z Moich Czterech Mężów, Którzy Mnie Nie Znają,
- płakałam na ślubie,
- zniszczyłam z premedytacją jakąś całkiem sprawną rzecz tylko dlatego, że była od osoby, na którą byłam zła,
- dotknęłam uczucia braku nadziei,
- robiłam przetwory domowe,
- kupiłam sobie własne żelazko, deskę do prasowania, lusterko do malowania i patelnię,
- zrobiłam dekorację na Święta w swoim pokoju,
- zapłaciłam za substrypcję streamingu muzyki,
- zjadłam barszcz czerwony ze smakiem.

Nadal jednak nie obejrzałam "Pretty woman" o.O

Pasywa. Czyli z czego finansuję swój majątek, swoją działalność. Są kapitały własne. Marzenia, plany, pasje i nadzieja. I kapitały obce, zobowiązania krótko- i długoterminowe. Tu mam kilka takich. Brakuje mi tylko nowego głównego udziałowca. Rozpiszę może przetarg.

Ach więc jak napisałam wcześniej - wszystko jest inaczej niż było rok temu i wszystko jest inaczej niż spodziewałam się rok temu, że będzie za rok. Teraz mam nadzieję, że za rok będzie inaczej niż jest teraz.

Happy End

Mam objawy choroby lokomocyjnej czytając podczas korzystania z rowerka stacjonarnego o.O

środa, 14 grudnia 2016

Ty dobierzesz odpowiednie słowa / Mi przypadnie cały ból

Jestem głęboko wierząca w ludzi. Moja wiara opiera się na prostym paradygmacie (nie wiem, co to paradygmat, podobnie jak imperatyw, ale jakoś mi tu pasuje, niech mi ktoś powie, czy to poprawnie), bo ja nie kłamię. Chyba, że nie chcę komuś przeszkadzać lub być uznana za chciwą ("Nie, nie chcę kolejnego kawałka ciasta, które masz w kuchni i musisz po nie iść").

Skutkiem ubocznym mojej głębokiej wiary w codziennych sprawach życia towarzyskiego jest to, że ze mną nie da się nikogo wkręcać. Za to mnie wkręca się wyśmienicie.

W mniej codziennych sprawach życia towarzyskiego, a właściwie w enigmatycznych sprawach życia sercowego umiem jednak nałożyć pewną cenzurę. Trudno mi głównie dać wiarę w za dużo dobroci. Wynika to z zasady ograniczonego zaufania, z pozostałości w podświadomości irracjonalnego myślenia, że mi się za dużo dobrego nie należy, z przekonania, że zbyt dobre rzeczy są tylko w filmach i blablabla.

Ale w ramach procesu przeistaczania się z mózgu na ładnych nogach w istotę emocjonalną i ludzko nielogiczną (na ładnych nogach), zaryzykowałam i dałam wiarę. Tym bardziej, że oczy i usta były bardzo przekonujące. No i czy nie pięknie uwierzyć w słowa, które zawsze chciało się usłyszeć!

Dałam się przekonać.

Tymczasem!

Okazało się, że oczy i usta od pewnego momentu miały także przekonać samą osobę przekonującą, która zaczęła się wahać (to normalne!), czy cała zabawa mu się podoba i czy to jest to.

Wstydź się, Panie S.! (boję się, że kiedyś może zabraknąć mi alfabetu...)

Panowie A, B, C, ... i Z! My chcemy słyszeć te wszystkie słowa i doświadczać tych wszystkich romantycznych gestów! Ale tylko wtedy, gdy są prawdziwe i gdy jesteście ich pewni.

Po raz pierwszy wzięłam i nie wyśmiałam chłopa za cytowanie tekstów, które wymyślam w dialogach do sytuacji, które nigdy się nie wydarzą. I dałam się porwać do robienia tych wszystkich niekonstruktywnych rzeczy jak patrzenie się w oczy i całowanie się na środku chodnika, bo tak.

I było świetnie przez miesiąc. Złapałam Pana Boga za mały palec u nogi.

Ok, może chciałam złapać za większy i dlatego spadłam -.-

Ale teraz jestem w tej samej dupie co wcześniej, w dodatku po drodze do tego uroczego, przytulnego miejsca zgubiłam zaufanie do człowieka i wiarę, że serio ultradobre rzeczy się zdarzają.

To przykre doświadczenie w moim przeistaczaniu się.

Ludzie, nie róbcie tak! (spoiler - będą dwa paulocoelhowe zdania!) Nie róbcie tego, co myślicie, że ktoś inny od Was oczekuje tylko dlatego, że od Was oczekuje! I mówicie zawsze najgorszą prawdę zamiast najlepszego kłamstwa!

To mówiłam ja - Ja bez Imienia, Paulo Coelho tej części blogosfery.

Pan M. rzekł (wirtualnie): "Ciebie nie da się przecież oszukać".

A jednak. Stawanie się mniej cyborgową, a bardziej ludzką ma swoje skutki uboczne. Poza tym byłam... osłabiona psychicznie po chorobie When all the evil II happend. Dostroję się.

Na razie znów mnie poharatało. Straciłam kolejne życie w grze w życie.

Happy End

Mama zrobiła mi beret. Mam w nim wielką głowę i jak się dobrze zamaskuję to mogę w nim wygrywać wyścigi do krzeseł w tramwajach.

środa, 7 grudnia 2016

To co dziś usłyszę / Musi działać i działa na mnie

Gęby internetowe emigrują (bo startują stąd, gdzie aktualnie wspólnie jesteśmy - z Internetów) do Telewizorni, a gęby telewizorniowe imigrują (bo lądują tu, gdzie aktualnie wspólnie jesteśmy - w Internetach) do Internetów. Wszystko jednak w jakimś takim ułożonym, stabilnym ekosystemie. Czyż nie?

(Tak btw. jeszcze napiszę - czy to nie piękne, że mogę napisać "aktualnie wspólnie jesteśmy w Internetach" - w sensie Ty, który to czytasz oraz ja - Ja bez Imienia, która dzięki temu postowi jest tu zawsze i mówi ciągle i nieprzerwanie, prawie jak Bóg. Ach, życie blogera naznaczone boskością. Bluźnię.)

Dziś obejrzałam coraz częściej wyskakujący mi z lodówki program kręcony w samochodzie pana J.K. (nie tego najważniejszego J.K., powiedziałabym, że wręcz przeciwnie) na Onecie. Imigracja w Internety po wygnaniu z Telewizorni.

Obejrzałam, bo pan J.K. prowadził (podwójne znaczenie!) wywiad z jednym z moich 4 mężów, którzy mnie nie znają.

I wywiad fajny.

A przed nim był krótki przegląd prasy. Taki se i dość przewidywalny.

No bo wiadomo, co po tych jazdach (chyba też w dwóch znaczeniach!) na Onecie się spodziewać.

Bo każdy twór medialny każdy umie przyporządkować. I wiadomo z grubsza, co czytać, co oglądać i gdzie bywać, jak się chce utwierdzić w swoim przekonaniu, kto jest cacy, a kto jest be.

I ja wiem to także doskonale, gdzie znajdę się wśród swoich. Gdzie w komentarzach zobaczę swoje słowa w każdej, absolutnie każdej wersji - nawet w tej, jaką bym się posłużyła, gdy mam okres i muszę jechać w zatłoczonym tramwaju, w którym jedzie żul, w dniu, w którym zostało ogłoszone, w jaki sposób zwiększają kwotę wolną od podatku i gdy za oknem pada deszcz i jest zimno w ch... (najgorszy dzień).

Ja nie lubię tej wersji, że są nas dwie Polski, jednakże media czasem widzę w takiej właśnie dychotomii. Obie grupy pokazują wiadomości, obie twierdzą, że nie kłamią i obie wskazują, że kłamie druga strona. No i że absolutnie nie można z tamtą drugą stroną mieć nic do czynienia. O nie!

Umówmy się, w telewizji na T i na 3 litery jest względnie przewidywalne, kto zostanie zdissowany (nie wiem, czy poprawnie używam tego słowa), a kto zapropsowany (młodzież zrozumie :)). O telewizji na T i na 5 liter można powiedzieć dokładnie to samo, tyle że trzeba nazwiska zamienić miejscami. No i jedna grupa panów w garniturach i pań garsonkach nie jeździ na wszelki wypadek do jednego studia, bo to sprzedawczyki i bluźniercy, a druga grupa nie jeździ do innego studia, bo to zabobońcy i hipokryci. A debaty i rozmowy z ekspertami (bo obie telewizje na T i ich bracia i siostry w grupach mają odpowiednich ekspertów i obie przekonują, że eksperci są wiarygodni) zwykle wykazują dość przewidywalne konkluzje.

Hmm, to są media czy jakieś kółko wzajemnej adoracji, gdzie odpowiedni eksperci i politycy mogą się spotkać by przekonać siebie do tego, że są dokładnie tego samego zdania? A przy okazji przekonać przekonanych przed ekranami, że myślą prawidłowo?

I mimo, że ja umiem się umiejscowić w tej dychotomii i mam swoje patie i antypatie - przyprawia mnie to o szybsze bicie serca, a niezalecane jest mi się denerwować, bo mi płatek zastawki w sercu wylata (tym z całkiem zdrowym sercem też niezalecane jest zresztą życie w stresie).

Ja jestem młoda, lubię jak jest nieprzewidywalnie, lubię się zaskoczyć. I lubię jak ludzie dyskutują i nie boją się dyskutować, a nie na wszelki wypadek nie przychodzą tu i tam, za to rozgaszczają się ze swoimi racjami tam, gdzie tym racjom wygodnie. Niechże mi ktoś powie, w której gazecie/telewizji/portalu wreszcie będę mogła zacząć czytać/oglądać, nie spodziewając się, jaka będzie konkluzja?

A o tym, że nie ma nas 2 Polski, a 38 milionów Polsk - mój ulubiony stand up Abelarda Gizy. W punkt.



Happy End

Zaczęłam dzień od szklanki odstanej przez noc wody z cytryną. Ponoć to gwarantuje sukces w życiu. Że też ja wcześniej nie wiedziałam, że to takie proste! A mówią, że trzeba się uczyć, zwiedzać świat, próbować różnych rzeczy i pracować.

piątek, 2 grudnia 2016

You've got my heart in your hands now / Careful if you please / Though I'm young my feelings are strong now

Znów nie było mnie tu trochę.

Bo biegałam merdając ogonkiem po parkach, zrywając się na tyle, ile umiem ze smyczy swoich racjonalnych ograniczeń.

Ale chyba znów (jednak, nadal!) w tym biegu - radosnym, szaleńczym, pięknym, intensywnym, uzależniającym - zapatrzyłam się za bardzo, w które to alejki koniecznie muszę się zapuścić i nie zauważyłam, zagapiłam się i... wpadłam znów w przepaść. Moja "bratnia dusza" - Ania z Zielonego Wzgórza - rzekłaby, że to "otchłań rozpaczy".

Ach więc tak, przyznaję. To był miesiąc nieracjonalny, pociągający, beztroski i intensywny. Całowałam się na trzeciej randce. Upatrzyłam sobie specjalną ławkę z oparciem nad Wisłą oraz mini-skwerek przy Miodowej jako świątynie czci. Odważyłam się patrzeć w oczy dłużej i bardziej wprost niż dotychczas i okazało się to nie takie straszne. Pozwoliłam się podrywać. Nie przestałam się malować i zawsze wybierałam najlepsze ubrania z mojej zimnej szafy. Kupiłam sobie turbo-drogie perfumy i bezceremonialnie się z nimi obnosiłam.

Jednakowoż annus horriblis zebrał swoje żniwo.

Nie jestem bez winy, o nie. Popełniłam wszystkie szkolne błędy i nie będę ich wyjawiać, bo mi wstyd, żem taka głupia mimo, że w młodzieńczych latach czytałam "Przyjaciółkę" i "Bravo".

Mam jednak umysł analityczny - nawet chłodno rozwiązując równania ze słów i gestów, z wieloma niewiadomymi wszakże, ale z kilkoma powtarzającymi się stałymi, można otrzymać wynik dość jednoznacznie wskazujący, że coś poważnego może być na rzeczy, można delikatne sobie ponadziejować i mieć jakieś drobne wymagania mimo braku oficjalnych deklaracji.

A jednak.

Jednak nadal jestem fajna, mądra, inteligentna, ładna i dowcipna, ale nie na tyle, by zabrać mnie do siebie na stałe. "Nie jestem gotowy, a wiem, że tobie zależy na byciu więcej niż średnio znaczącym wypadkiem w przyrodzie, ja nie udźwignę bycia do dyspozycji w zwykłych sprawach na co dzień i trwania przy jednym drogim, a wkoło tyle dobra prawie za darmo, także było miło, najpiękniejszy miesiąc w moim życiu (to jedno to naprawdę cytat!), ale... no trudno".

Brzmi znajomo.

Wpadłam w otchłań rozpaczy, choć jeszcze nic nie zdążyło się tak naprawdę wydarzyć. Ale po prostu znów mi szkoda, i łażą za mną piękne wspomnienia, a ja nie łażę już do pewnych miejsc (bulwary nad Wisłą odwiedzę może dopiero latem, za pięć lat).

Ale jakoś mi tak ogólnie... surowiej. I silniej tak serio, a nie tylko na pokaz, jaka to jestem niezależna.

Może pora zająć się tym, co umiem najlepiej. Pracą i pisaniem. Zaniedbałam obie rzeczy.

Płeć brzydką zostawić. I tak na ten moment trudno mi sobie wyobrazić zaufanie od nowa. I pozbycie się strachu, że będę miała powtórkę z rozrywki/rozgrywki. Więc no trudno - będę kiedyś 30-letnią panną młodą i matką geriatryczną.

O ile w ogóle. Wszak niektórym ludziom się to zwyczajnie nie zdarza. Więc i mi może się nie przydarzyć. To nic, moje życie nie będzie wtedy gorsze (choć wszystkie moje koleżanki-mamy usilnie będą mnie przekonywać, że dopiero jak przez otwór wielkości cytryny przedarł im się stwór wielkości arbuza poczuły, co to tak naprawdę sens życia, mają dla kogo żyć i już wszystko wiedzą).

Może powinnam być ostrożniejsza i ostrożniej się angażować. Ale nie chcę - tak właśnie robiłam. Wszystko miałam przemyślane i nie byłam szczęśliwa. Spróbowałam, jak jest inaczej. Wolę tak, wolę nie analizować i żyć chwilą. Nawet jeśli po upojeniu i radości będę miesiąc płakać i znów nie jeść. Trudno, chyba tak warto żyć.

Tyle, że może się okazać, że mam ograniczoną liczbę żyć i kiedyś powiem "game over" po kolejnym rozczarowaniu.

Zaiste, annus horriblis. Następny rok z 7 w "imieniu", więc może będzie lepiej.

Happy End

Chodzę ostatnio na rosyjski w ramach aktywizacji po rozstaniu z Panem M. Przyszłam kiedyś na zajęcia po zjedzeniu pączka, który po drodze mi się trochę rozciapciał na rękach, na kurtce, wszędzie generalnie. No, to pierwsze dwie minuty rosyjskiego siedziałam z marmoladą... na nosie. Nim coś mnie podkusiło by sprawdzić, czy wszystko na mej facjacie ok. Powiedzcie, że zdarza się to nawet porządnym ludziom...

wtorek, 11 października 2016

Seems you're the only one who knows / What it's like to be me

Moja Willa. Mimo czyhających po kątach smutków, tarzających się jak kłębki kurzu spod łóżka, to piękne i ciepłe miejsce (nie tylko dlatego, że kaloryfera w Mojej Komnacie nie dało się zakręcić skutecznie - do dziś!).

Gdzie na westchnięcie z pokoju "Och, życie..." znane głosy wtórują z innego "No, ciężkie..."

Gdzie mieszka po szafkach więcej blenderów niż ludzi.

Gdzie Czarnulka nieśmiało przychodzi o 22 do Mojej Komnaty, która jest jednocześnie główną suszarnią, bo zostawiła na suszarce swoje gacie od piżamy.

Gdzie w łazience na kaloryferze z braku miejsca gdzie indziej przycupła różowa szczotka do włosów jak mały jeżyk.

Gdzie w holu na dole stoi wielki, brzydki fotel, a obok niego mały stoliczek jakby chwilę temu wstała z ów fotela jakaś starsza pani i poszła podcinać róże.

Gdzie tylko Czarnulka zna sekretny kod naszej domowej Enigmy - kombinację przyciskania guzików na kuchence, gdy zablokuje nam się piekarnik.

Gdzie Ruda co Tańczy jak Szalona zawstydza mnie niezmiennie, jedząc same zdrowe posiłki z jej wspaniałego parowaru, a ja mam nadzieję, że w swojej komnacie podjada czekoladę, bo to nie jest normalne.

Gdzie zawsze znajdzie się miejsce na przetestowanie piwa z Żabki, którego jeszcze nie piłyśmy.

Gdzie w naszych trzech naprawdę pięknie urządzonych komnatach wspaniale sprawdza się styl PRL-Ikea.

Gdzie zyskał nowe życie mój nieodłączny towarzysz pierwszych dwóch lat studiów w starej kamienicy w centrum - żółty szlafrok jak mój płaszcz bitewny na wojnie ze smutkami i chłodem.

Gdzie raz w tygodniu ktoś robi zupę dyniową.

Gdzie zabronione jest wspólne pranie i suszenie czarnych skarpetek, bo czarne skarpetki bardzo słabo rozpoznają swoją właścicielkę (a właściwie właścicielki słabo rozpoznają je ;)).

Gdzie dwie moje zacne współlokatorki - Czarnulka i Ruda, co Tańczy jak Szalona, codziennie empirycznie i naocznie się przekonują, jak to jest być mną...

Od zarania mojego przebywania w Królewskim Mieście osoby, z którymi mieszkałam, zwykle zupełnie przypadkiem, tworzyły taką śmieszną, paczworkową rodzinę :)

Happy End

Gdy Czarnulka naprawia zakleszczony całkiem zupełnie bez przyczyny piekarnik, Ja bez Imienia przez trzy kolejne dni je frytki w myśl... myśli, że "Mój syn był umarły, a ożył. Zaginął - a odnalazł się" :)

poniedziałek, 10 października 2016

Zgubionych dni nie znajdziesz już

Mama dzwoniła i zapowiedziała się na wizytę z Papą na niedzielę.

Brzmi pięknie, prawda? Ja bez Imienia będzie przyjmować na niedzielny obiad rodziców. Pokaże swoją nową przestrzeń życiową, z której jest tak dumna, mimo, że z kranu w kuchni cieknie (podkładam gąbkę, żeby nie słyszeć stukotu kropli o zlew), a kaloryfer wali gorącem mimo zakręcenia (ale nauczyłam się nie przywiązywać wagi do rzeczy, jak nie wiem co z nimi zrobić lub mi się nie chce z nimi nic robić).

Pięknie. Dorośle.

Płaczę.

To wszystko miało być inaczej. Miałam przyjmować na niedzielny obiad jako szczęśliwa nielegalna żona z Panem M. u boku.

Dumna jestem z ułożenia mojej przestrzeni życiowej, lampy Malwinki i nowego biurka, ale nie do końca o to mi chodziło i tęsknię za tym, jak musiałam się mieścić z rzeczami w połowie meblościanki, choć trwało to miesiąc.

Radzę sobie, wystawiam kosz na śmieci, gdy ma przyjechać śmieciarka i nie opuściłam terminu śmieciarki ani razu, bałagan koncentruję w Mojej Komnacie tylko na fotelu i nakrywam kapą z Ikei łóżko co rano, ale tak naprawdę tęsknię za moim marzeniem bycia tu z kimś, bycia dla kogoś i dzielenia wszystkich obowiązków na pół, choć tak naprawdę nigdy to się nie wydarzyło.

Próbuję różnych rzeczy, wodzę oczami za brodami na ulicach, trochę się jaram możliwością chodzenia na herbatę z kimś nowym i ciekawym, ale tak naprawdę nadal chyba tęsknię za tym jednym, konkretnym zestawem cech i linii papilarnych.

I płaczę, bo czuję się też taka przegrana w tym wszystkim. Przed Mamą i Papą też trochę. Że jeszcze długo nie będą mieli wesela i wnuków (i to nie tylko dlatego, że Mama kupiła mi wielkie, aseksualne skarpety).

Jeszcze długo chyba minie, nim na serio, naprawdę, bez robienia komuś drugiemu krzywdy będę umiała skupić się na nowym zestawie cech i linii papilarnych. Na razie chyba jeszcze mi nie wolno.

Happy End

Po storczyku Janku umarła mięta Marta w kuchni. Mało happy to, ja wiem.

czwartek, 6 października 2016

The moment I wake up / Before I put on my make-up

Odkryłam ostatnio - i znów mam wrażenie, że ostatnia w Internetach (podobne miałam wrażenie z "Friendsami") - działalność na YouTube niejakiego K. Gonciarza.

Trochę się zafascynowałam, choć nie na tyle, by dołączać do tłumów, szturmujących każdy kąt, gdzie rzeczony jegomość się pojawi. Zafascynowałam się tak, jak kiedyś na prześwietlonej porannym słońcem wystawie Beksińskiego w Królewskim Mieście, na której poza fascynującymi obrazami umieszczono do dodatkowego fascynowania się kącik, gdzie puszczano filmiki, które Beksiński nagrywał z codziennego życia rodziny. Myślę sobie dziś - Beksiński to pierwszy daily vloger Rzeczpospolitej!

No bo fascynują mnie takie daily vlogi. Niby nic, czasem to się w nich nic nie dzieje, a jednak człowieka fascynuje, co robi drugi człowiek.

Przesadzam dziś z fascynacją chyba :D

Dla mnie taki vlog - jakbym umiała nagrywać filmy, a nie umiem albo jeszcze nie wiem, że umiem (ale zakładam, że nie umiem, bo jak na kobietę mam słaby zmysł do sztuk wizualnych), to byłby raczej taki pamiętnik. Co robiłam, jak wyglądałam i gdzie byłam, jak miałam te ćwierć wieku.

I z drugiej strony może zmuszałby mnie taki vlog do takiej aktywności. Bym miała co światu pokazać, a nie kolejne 8 h przy biurku, a potem męczenie przegrubej drugiej części z serii książek "Gry o tron" (sama sobie nałożyłam chomąto, że muszę to przeczytać -.-).

Ale ale! Nagrywać nie umiem. Ale piszę! To może taki... daily blog? :D

Jest takie coś? Bo nie wiem, czy mam zgłaszać się do Naczelnego Urzędu Patentowego Internetów o zarezerwowanie wyniku mojej zmyślności.

To taka mała próbka z wczoraj (i przedwczoraj - nie umiem kłamać nawet w Internetach -.-).

8:31

Nieopatrznie prawie weskrobałam się na górę z kuchni do Mojej Komnaty bez widelca! W porę się wróciłam! Nie ma co tracić energii - tyle energochłonnych rzeczy mnie dziś czeka. M.in. siedzenie 8 h przy biurku.

Nowe biurko mam. Może pokażę kiedyś. I ma ładny biały blat, można ładne zdjęcia robić. Niektóre blogerki to sobie specjalnie kupują meble by mieć gdzie ładne zdjęcia robić (SERIO!).

Czwarty dzień z rzędu placuszki owsiane. Zgodnie z prawem malejącej użyteczności krańcowej - mniej smaczne niż wczoraj, bardziej smaczne niż jutro.

13:08

Ok, mam na biurku 3 kubki. A to jest tylko moje biurko.

Czwarty kubek stoi po drugiej stronie pokoju na stoliku. A to jest tylko mój pokój.

To wynik ulokowania przestrzeni życiowej na więcej niż jednym piętrze.

Lenistwo. Kuchnia jest o zbyt dużo schodów na nisko.

20:07

To już drugi raz, gdy wracam do domu, a naprzeciwko Mojej Willi, pod płotem boiska sportowego, na którym dorastają przyszłe Lewandowskie... sika pan. Proceder się rozszerzył od wczoraj jednak, bo kiedyś pan (Pan?? Facet zwyczajny -.-) był jeden, a dziś dwóch.

Postuluję o więcej panów, a mniej facetów pod Moją Willą.

I jak taki daily blog? Spoko? Mnie bawi, ale ja toto pisałam :D

Happy End

Stan na dzisiejszy poranek - mam już pół naczyń z kuchni w Mojej Komnacie. Proceder się rozszerza.

wtorek, 4 października 2016

Yes, I've been black

Każdy ma post o czarnym poniedziałku! Mam i ja!

Znaczy, na ten moment mogę powiedzieć, że będę miała i ja, ale jak już to będziecie czytać, to będzie prawdziwe to pierwsze.

Nieważne, ja nadal jestem - jak to powiedziała moja współlokatorka Czarnulka - pociągająca (nie wiem, czy żart jest jasny, ale to wytłumaczę jak lamus - nadal mam katar). I nadal wióry mam w głowie (więcej niż zwykle),  więc się muszę trochę przez nie przekopywać, żeby jakieś sensowne zdania kleić.

O czarnym poniedziałku będzie, ale inaczej. Nie będę się pastwić nad samym tematem. Ten projekt ustawy, o jaki się rozchodzi bądź nie rozchodzi (zależy, czy ktoś chodzi... na marsz) musi być napisany jakimś magicznym atramentem. "Ja czytałam ten projekt!" mówią ci, co im się rozchodzi właśnie i drepczą w deszczu i krzyczą w deszczu. A dla odmiany ci, którym się nie rozchodzi i siedzą i krzyczą w domu też mówią "Ja czytałam ten projekt!".

Ja mam trochę przekory w sobie i na złość nie czytałam tego projektu. Jak będę miała kiedyś ochotę to się wypowiem, o co mi by chodziło, jakby mnie się ktoś zapytał o coś w tej sprawie.

Tak na marginesie - jeśli ktokolwiek chciał mnie zamęczyć tą sprawą i mnogością wniosków z tych ponoć dwóch stron tekstu, udało mu się. Drogi Panie bądź Pani w garniturze bądź garsonce tudzież w czym innym - gratuluję, nic już nie wiem i przez to zamykam mordę w temacie. Moje wrodzone pragnienie obiektywizmu, zniechęcenie mojego wewnętrznego homo politicusa oraz zawirowania prywatne (a nade wszytko katar i wióry w głowie) to idealnie środowisko dla siania nicniewiedzeniawiecsieniewypowiadania.

Mój wewnętrzny jeszcze do niedawna dość żwawy, a obecnie bardzo wątły homo politicus w głowie drgnął jednak w spichlerzu wiórowym na okoliczność.

Jak pan w garniturze bądź pani w garsonce albo oboje naraz tak po prostu zlekceważyli sobie te tysiące rozkrzyczanych pań i panów w deszczu. Jako jakieś tam nadpobudliwe, nadgorliwe krzykaczki. Albo co gorsza - potencjalne masowe zabójczynie dzieci nienarodzonych, spłodzonych w jakichś lewackich orgiach (ja mam potencjał na prawicowego publicystę, nie mówcie, że nie xD). No, i że jedna połowa to przyszła gnana batogiem feministycznej propagandy, a druga połowa to nawet nie wie, po co przyszła, ale zabawa jest przednia, transparenty kreatywne, a profilowe w odcieniach szarości dodaje klasy.

No ludzie.

Będzie przypowieść.

Był sobie pewien pasterz. W przypowieściach zawsze są pasterze. Albo ogrodnicy :) Pasterz miał stado owiec na pastwisku. Pewnego dnia pasterz pomyślał - przydałby mi się taki pies pasterski! I wziął pasterz fundusze unijne na innowacje w gospodarstwie rolnym i kupił psa pasterskiego. Wziął go wrzucił do zagrody i wszystkie owce wzięły się przestraszyły, bo im się jęło wydawać, że ten pies to ich zeżre i zaczęły forsować wrota od zagrody w pogoni. Ale mądry pasterz nie łypał na owce i nie mówił, że one głupie, bo się psa (za unijne pieniądze!) boją. Tylko wziął i wytłumaczył im (załóżmy, że to rozumne owce - już tak dużo napisałam i to taka ładna obrazowa historia, że taka mała nieścisłość jak to, że owce nie są aż tak rozumne, by rozumieć ludzki język nie może mi tego zepsuć), że to jest taki pies pasterski, on nie ma za zadanie robić im krzywdy, ma takie i takie parametry (zgodne z normami unijnymi!) i ma służyć temu i temu.

Ja to widzę tak.

Ja to bym chciała, żeby pan i pani w garniturze bądź garsonce nie łypali na mnie, bo się przestraszyłam, że coś mi chce zrobić krzywdę. Ale niech mi wytłumaczą, że to mi krzywdy nie zrobi.

No, chyba, że ten pies to tak serio jest gruby wilczur, co mnie będzie jednak kąsał. To wtedy wyjdę i ja. Na deszcz nawet.

Happy End

Robimy tak:
- bierzemy płatki owsiane, jajko i banana,
- blendujemy,
- smażymy na patelence,
- wyciągamy na talerz,
- delektujemy się najlepszym śniadaniem na świecie... <3

poniedziałek, 3 października 2016

Jesień u nas koronę ma tego roku jakby cierniową

Mam katar. Czyli w skali dla mężczyzn - za dwie minuty wyzionę ducha (choć przez zatkany nos mój rozbuchany duch nie przejdzie). W skali dla kobiet - jeszcze dam radę przebiec maraton i uratować dziecko z płonącego domu.

Mam katar. Mam go w nosie. Mam szczecinę w gardle. I łzy w oczach (i sztuczne katarowe i trochę te prawdziwe niekatarowe też). Mam wióry w głowie. Więcej niż zwykle :D

Zatem dużo rzeczy mam. Ale ja dziękuję za taki dostatek. Z przekąsem.

Mam też dużo do opowiedzenia. Wydmucham nos i wióry z głowy i opowiem, co było, gdy mnie tu nie było.

Teraz pociągnę nosem i z kubka herbaty.

Przyjdą zaś!

Happy End

Mam nowe butki-botki! W tym roku jesień na obcasach! :)

sobota, 1 października 2016

Nie bój się bać / Gdy chcesz to płacz

Tak, nie było mnie tu długo. Ale nie obiecywałam, że będę. Nieładnie trochę tak się właściwie z kimś przyjaźnić (bo trochę się z Wami tu przyjaźnię ;)), a potem się długo nie odzywać, ale właściwie, gdy kogoś się bardzo lubi to nawet po miesiącach rozłąki można usiąść i nie można się nagadać :) A ja umiem gadać, to wiecie.

Wprawdzie wpadłam tu raz, kilka dni temu, ale właściwie nie do Was. Nawet nie do siebie za bardzo. To złe pobudki były, należy się tego wystrzegać. Dlatego marny post, który może ktoś z Was uchwycił, przepadł w niepamięć i nawet nie mam po nim kopii w archiwach. Chyba, że ktoś z Was zrobił screena ;)

Nie było mnie tu, bo jakoś tak upychałam swoje słowa po innych szafach. Ja to mam taką teorię, że mam pewną ilość słów do wypisania codziennie. Muszę je gdzieś po prostu nadać i ostatnio bardziej nadawałam listem poleconym niż tutaj w streamingu.

Ja to mam też taką teorię, że w związku z "when all the evil II happend" (przypominam, że jest jeszcze bardziej enigmatyczne "when all the evil I happend" - kolejność nieprzypadkowa!) mam też pewną ilość (choć może tutaj nie ilość, a objętość) łez do wypłakania.

I to takich, co to się siada na podłodze i po prostu płacze. I nie ma nic, żadnej wzniosłej myśli, żadnych rozważań, nic nie ma. Próżnia - tylko łzy nie są takie spektakularne, jak na statkach kosmicznych, a zwyczajne, obklejające facjatę. Nabrzmiała maska z zawiesiny pustki, broczący preparat oczyszczająco-złuszczający.

I nie ma nic. Nie ma planów, nie ma prognoz - nawet tych złych, nie ma nadziei, nie ma nade wszystko żadnych aktywizujących bajerów na horyzoncie. Ja jestem.

Ktoś by powiedział, że to bezproduktywne, że trzeba się wziąć w garść, dużo chodzić, najlepiej w szpilkach, głośno się śmiać, mieć zajęte ręce, zagniatać ciasto i biegać po mieście krokiem w stylu Sarah Jessica Parker z Seksu w wielkim mieście (nigdy tego nie oglądałam oczywiście xD)

Ja mam taką teorię, że muszę odsiedzieć trochę w próżni. Napisałabym, że złapać oddech, ale w próżni mnie ma powietrza :D I pozwalam sobie czasem na to, choć to jest wyzwanie. Trudno odgruzowić wszystko na odległość pięciu kilometrów od głowy, zaugorować tę całą wielką przestrzeń i pozwolić sobie wystartować w ten zimny, bezkresny kosmos. Wejść w stan nieważności i tak sobie w nim trwać, nie określając, gdzie jest góra, a gdzie dół i w którą stronę teraz popłynąć.

Pozwalam sobie płakać. Jestem dla siebie widocznie coraz mniej surowa.

Happy End

Dlaczego właściwie nie odcedza się ziemniaków w durszlaku?...

czwartek, 25 sierpnia 2016

I've got so much love to give

Mam za dużą patelnię (tak, tę super hiper wyrąbaną w kosmos bajerancką turbo-patelnię). Mam za duże łóżko. Mam za ładne nogi. Mam wszystkiego za dużo i za bardzo.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozłożyłam łóżko, bo jest tak przykrze wielkie. Śpię jak na kanapie. Dodając do tego to, że nie mam jeszcze mojego wymarzonego biurka (z Ikei) i pracuję na łóżku (kanapie :/) używając podkładki pod komputer (z Ikei), nie lubimy się ostatnio z moim kręgosłupem.

Ale wróciłam do lubienia jedzenia! Zaczęło się od... jarmużu. Tak, to ta hipsterska roślina, która rośnie chyba na nasłonecznionych zboczach lewobrzeżnej Warszawy, a te jej części są dorodniejsze, które wzrastały majestatycznie bliżej wegańskiej lodziarni lub lokalu serwującego sushi.

Dziś po raz pierwszy od "when all the evil II happend" (jest jeszcze "evil I", numeracja raczej nieprzypadkowa) zjadłam obiad tak, że można było zobaczyć dno talerza. A był to właśnie jarmuż przysmażony z cebulką i serkiem Piątnica "Twój smak"  (albo "Naturalny smak", "Dobry smak", "Jakiśnapewnopozytywny smak"). To, że w daniu był czosnek to nie dodaję nawet - czosnek jest zawsze. Możnaby mi stjuningiwać moją super hiper wyrąbaną w kosmos bajerancką turbo-patelnię dodając do niej automatyczny dozownik czosnku (wtedy to by była super hiper mega extra wyrąbana w zaświaty przebajerancka turbo-patelnia z dozownikiem!).  I to wszystko z makaronem.

Zjadłam. Było pyszne. Jutro zjem to samo.

Nie mogę się doczekać! XD

Mam za dużo wszystkiego. Za dużo dobroci nawet. I ładności wkoło. Pogoda jest za ładna. Za dużo chcenia. Chcę dać. Ale i zabrać. Żeby ktoś mi chciał dać.  I żeby ktoś chciał.

Oddam w dobre ręce swe ręce. I nogi. A mam ładne.

Happy End

Robiłyśmy dziś z mą koleżanką zza ściany Czarnulką... Nie wiem czy mogę napisać, bo to trochę nielegalne chyba. W każdym razie - 1,5 kg aronii, 2 kg cukru, pół łyżeczki kwasku cytrynowego i 400 liści z wiśni (obliczone!). Jeszcze jeden sekretny składnik i... mamy swojską atrakcję na parapetówkę! Prosto z naszego ogrodu!

niedziela, 21 sierpnia 2016

We’re gonna start the volley

W planach (a ja lubię planować) miałam dziś spanie do oporu. Mój opór okazał się być godziną ósmą. I wstałam, i ubrałam się, i żyłam całkiem nieźle dziś.

Jakaś taka się dziś czułam... kobieca. Aż żal, że nikt mnie nie widział, żaden brodacz. No, poza księdzem w kościele. Niby brodatym, no ale... Żadnego użytku z jego brody i tak nie ma :D

Umalowałam się totalnie dla siebie. Niby - jak wspomniałam - byłam u ludzi, w kościele, ale tam jakoś makijaż nigdy nie wydaje mi się konieczny (choć przecież jedną z funkcji katolickiej mszy jest zapewnienie sąsiadów, że w tym tygodniu jest się nie mniej atrakcyjnym niż 7 dni wcześniej).

I siedzę taka umalowana, pośpiesznie zachwycam się porządkiem w Mojej Pieczarze (spieszę się zachwycać, bo to niezmiennie zaskakująco ulotne zjawisko), czytam, udaję, że śpiewam brytyjską angielszczyzną, a Mamcia i Papa mówią "Niezmarnowane pieniądze!", martwię się, bo mi prąd miga i nadzoruję suszenie prania. Jestem widać okrutnie zajęta, robiąc okrutnie nic.

Rano dziś pomyślałam, co ja takiego robiłam przez wakacje, gdy byłam dzieckiem. Trzy miesiące! Połowę z tego przespałam - potrafiłam budzić się o jedenastej. "Zmarnowane godziny!".

Z rozrzewnieniem wspomnę sobie (i tak nie mam nic lepszego do roboty), co robiłam na przykład.

Wieczór w wieczór tłukliśmy ze znajomymi w wiosce Hen-Hen w siatkówkę. Dopóki piłkę było widać lub póki komary nas nie zjadały za dużymi kęsami. Najpierw boisko było u mojej koleżanki, a potem u nas - i to były czasy udoskanalania technologii plecenia siatki ze sznurków od prasy. I ustalania dodatkowych zasad gry, czyli:
- kto liczy punkty (Stalin by pewno rzekł, że nie ważne kto gra, ważne kto liczy punkty, ale uważane to było za zadanie nieprzyjemne, stąd musiała iść kolejka, a zaczynał ten, kto ostatni powiedział "Ja nie liczę!"),
- jak ustala się składy drużyn (Korzystaliśmy głównie z metody pn. "Numerki". Wybieraliśmy kapitanów, reszcie nadawano cichaczem numerki i kapitanowie wybierali),
- kto biegnie po piłkę, która wyleciała w pole/w pokrzywy/do rowu (czy też do rowy - w moich stronach rów jest kobietą i mamy rowę)/w zboże/za płot/za siatkę sąsiadki, a piłka wpadała wtedy ZAWSZE w to miejsce, gdzie między budynkiem a siatką było tyle miejsca, co obwód piłki i... oczywiście, gdzie rosły pokrzywy (Ogólna zasada: idzie ten, kto ostatni odbił. Chyba, że miejsce odznacza się wyjątkowym hardcorem - a nieformalny katalog tych miejsc był znany - to idzie chłopak. W pokrzywy idzie z kolei ten, kto ma długie spodnie. Chyba, że nie ma takiej osoby. To wtedy działa zasada ogólna).

Raz reprezentowaliśmy nawet naszą wioskę Hen-Hen w rozgrywkach turnieju wsi, jaki wówczas rozgrywany był w naszej gminie (Siatkówka była jedyną grą zespołową, w jakiej mieliśmy reprezentację. Populacja wioski Hen-Hen jest tak mała, że do piłki nożnej nie udałoby nam się zebrać 11 sensownych, niekulawych i dopuszczalne trzeźwych zawodników). Na turniej wsi inne wioski wystawiły dorosłych lub prawie dorosłych dryblasów, podczas gdy średnia wzrostu naszej drużyny wynosiła jakieś 165 cm, z tym, że była mocno zawyżona przez litościwy występ Papy. Jeden nasz kolega niemal przychodził na baczność pod siatką, a kibice naszych rywali widząc go na boisku zawołali do swoich nawet "Uważajcie na blok!" :D Nasz występ był jednak całkiem, a dla przeciwników zaskakująco udany, a na pewno - uroczy :)

Dostaliśmy potem nawet bardziej profesjonalny kawałek boiska za remizą i już totalnie profesjonalną siatkę!

Piękne czasy.

Fajnie być już dostatecznie starym by móc wspominać sobie rzeczy z nostalgią.

Happy End

Tak miło mi się zakończył dzień ze współlokatorką :) Obmyślamy plany podbicia globu! A w krótkim okresie - przynajmniej parapetówki ;)


sobota, 20 sierpnia 2016

I try to say goodbye and I choke

Zwiększenie powierzchni życiowej ma swoje mniej różowe (choć mniej różowe to dla mnie akurat lepsze, jako że uważam, że akurat kolor różowy się Panu Bogu nie udał) strony. Sprzątałam dziś cały dzień Moją Willę. Ruszyłam nawet czarny kurz i stragan bibelotów w spiżarni, przystosowując ów zakątek do aktywnego użytkowania.

Byłam także w hipermarkecie, skąd znów przytargałam "skład przedmiotów" (to z Dżemu - choć raz pamiętam, z kogo cytuję :D). Chyba wybieram całkiem ładne rzeczy w Oszołomie. Ostatnio jakaś pani podeszła do mnie, gdy płynęłam galerią na żaglu z suszarki do prania i spytała, po ile takie i skąd. Dziś znów podeszła do mnie jakaś inna pani, by spytać o duży kosz, jaki sobie wymarzyłam i wynalazłam do spiżarni. W ogóle w Oszołomie są ładne takie koszyki plastikowe. Polecam. Ja bez Imienia.

Zakupiłam także 3 baby (czytaj: bejbi) kaktusy. Oto i one: Maju, Kaju i Baju lub inaczej Me, Myself and I.


Ogólnie zaczynam się wkręcać w kwiatki! Jeszcze do niedawna kaktus Włodzimierz był smutnym i mizernym (bo przeżył już śmierć kliniczną i rozczłonkowanie) jedynakiem. Teraz ma już ładne grono przyjaciół: miętę Martę, która już raz prawie umarła (ale odrodziła się cholera, przeklęte pnącze), kwiatczycę Józefinę o Czerwonym Kwieciu (prezent od koleżanek), mini-storczyka Jaśka (z pochodzenia Ikeańczyk) i teraz trojaczki kaktusy :)

I wszystko się robi całkiem ładne. A niektóre zakątki Mojej Willi, a szczególnie Mojej Pieczary, są prawie blogerskie. Upatrzyłam sobie jeszcze stoliczek i biurko w Ikei. Będzie pięknie.

Nie wiem, czy to dobrze, że tak trochę leczę się przedmiotami.

Założyłam dziś sukienkę. Trochę się przymusiłam. Nie mam za bardzo ochoty na sukienki. Najpierw się prawie rozpłakałam (ogólnie w kwestii płaczu jestem na takim stand-baju - jak się przestanę ruszać,  a zacznę ruszać głową to się ze mnie wylewa), bo nie zobaczyłam wcale nikogo ładnego w tej sukience. Ale potem nawet mi się spodobało. Musiałam w ogóle wyglądać bardzo dzielnie, kierując tym wielkim wózkiem w takiej sukience i sandałkach. A dziś dostrzegłam, jaka jestem drobna.

Wczoraj się pomalowałam trochę. Też się zmusiłam.

A dziś zjadłam dobry zdrowy obiad (makaron ze szpinakiem ze szpinakiem - w sensie, makaron był o smaku szpinaku i zjadłam go ze szpinakiem xD). Też się zmusiłam. To okropnie dziwne, bo wiem doskonale, że muszę jeść i zdrowo jeść, a nie ma żadnej rzeczy, na którą miałabym ochotę. Poza frytkami. I swojską kiełbasą z pomidorem xD

Muszę też gotować, bo kupiłam sobie super hiper wyrąbaną w kosmos bajerancką turbo-patelnię. Była zbyt droga by jej nie używać.

Pragmatyczna część mnie stawia mnie do pionu. Jednakże tak cudownie z respektem odnosi się do tej uczuciowej części. Wie, że jest taka słaba i obolała, że musi czasem usiąść na podłodze, bo się załamuje. Dzielnie jednak ciągnie ją do życia za nogę.

Happy End

Zrobiłam sobie peeling o zapachu czekolady. Znalazłam ostatnio przy kasie w Biedrze. Z Perfecty. Pachnę czekoladką :)

niedziela, 14 sierpnia 2016

I choć bardzo się staram / Potrzebuję by ktoś czasem mnie, czasem mnie znalazł

Wydałam moją koleżankę, Moją Małą Blondyneczkę za mąż. Wprawdzie nie w wymarzonej sukience, w zbyt krótkich włosach i bez partnera u boku, ale... udało się!

To była tak zwyczajnie... dobra impreza! Mimo, że poza panną młodą nie znałam zupełnie nikogo, można powiedzieć, że się wytańczyłam. Został mi nienormalnie przyporządkowany partner - kolega pana młodego, który także przyszedł sam i nikogo nie znał. Bałam się osaczenia przez ów osobnika, który wyglądał i zachowywał się jak gwiazda disco polo Tomasz Niecik (to ten od piosenki "Cztery osiemnastki" - kto nie zna, niech sprawdzi w Internetach. Przed użyciem jednak proszę zapoznać się z opinią na temat tego dzieła - jest wybitnie zapadające w pamięć - minimum na tydzień - a nie jest to sztuka najwyższych lotów). Mierziły mnie gigantyczne poduszki na ramionach w jego oldschoolowym garniturze, niesubtelne monotematyczne (tylko o jednym!) żarty i niezmącona pewność siebie, ale w tańcu nie wygrywał mi rąk, podawał mi talerzyki, polewał wina i nie próbował wedrzeć się siłą w moje łaski. Skorzystałam zatem z jego uzbrojonego w puchowy pagon ramienia z początku, nim impreza rozkręciła się tak, że już wszyscy byli przyjaciółmi wszystkich :)

Moja Mała Blondyneczka wyglądała bajecznie. Prześlicznie. I była nie do zdarcia na parkiecie. Jakże niewiele się zmieniło od czasów, gdy świętowałyśmy te kilka lat temu studenckie środy w każdy dzień tygodnia jako współlokatorki :)

A ja dałam radę. W kościele rozpłakałabym się 15 razy i potem jeszcze ze 3 na imprezie, ale się nie rozpłakałam. Ogólnie nawet przesiadując czasem sama przy stole, czułam się dobrze. Komfortowo tylko ze sobą. To też dobre towarzystwo - taka ja sama dla siebie. Może nie zawsze się rozumiemy, ale mamy wiele tematów do dyskusji. I nic mi nie trzeba już. Niczyjego ramienia, by zatwierdzić moje istnienie. Nie patrzę wkoło, czy inni patrzą na mnie jak na loosera, za jakiego się miałam siedząc taka sama. Bo nie czułam się looserem. Rozkoszowałam się towarzystwem najważniejszej osoby w moim życiu - siebie.

Rozpłakałam się dopiero otworzywszy drzwi do Mojej Willi.

Dałam radę. Poradziłam sobie. Zestawiłam niemal sama sukienkę i buty, odważyłam się pomalować usta na czerwono bez potwierdzenia, czy to ok, poradziłam sobie z pociągiem (dla mnie to zawsze wielkie przeżycie taki pociąg), zataszczyłam sama walizkę, dałam radę jednocześnie dać prezent, kopertę i złożyć życzenia mając tylko dwie ręce, torebkę i będąc na szpilkach, złożyłam sama dar pieniążka orkiestrze za marsza powitalnego (piękna tradycja) i pożegnalnego (piękna tradycja, której w moich stronach nie ma), które były grane tylko dla mnie, wybierałam co chcę robić, a czego nie chcę, DAŁAM RADĘ. Samodzielnie.

Jestem z siebie dumna.

Ale rozpłakałam się mimo tego.

Bo nie chcę być czasem dumna z mojej samodzielności. Nie chce być samodzielna. Chcę nie musieć sobie radzić. Nie musieć stawiać czoła kolejnym wyzwaniom. Nie musieć znów być dzielną.

Wiem, że ze wszystkim sobie poradzę. Jestem silniejsza niż sama się sobie wydaję. Ale chciałabym czasem pobyć słaba. I żeby ktoś się mną zaopiekował. I nie zostawiał.

I żeby nie spotykały mnie nieszczęścia i te wyzwania. I żeby nikt mi nie robił już krzywdy.

Teraz bardziej będę zwracać uwagę na życzenia szczęścia. Zawsze traktowałam to w wymiarze wygranej w totka. A to może chodzi o szczęśliwe rzeczy. I zwłaszcza bycie omijanym przez te nieszczęśliwe.

Happy End

Zanotowałam w lekko "zawinionej" pamięci imprezowej ciekawe pytanie (zadanie przez "Tomasza Niecika" :D): "Skąd ty mieszkasz?".  Haha! Będę używać! :D

środa, 10 sierpnia 2016

I niechby nie był wśród ludzi najgorszy

Mam nową suszarkę (jak wspomniałam wczoraj), lampę (która przyjechała dzisiaj i ma na imię Malwinka) i fryzurę.

Odnośnie fryzury - przykozaczyłam trochę z moją pewnością, że w mojej koncepcji ścinania na prosto nie może być za krótko. Trochę jest. W lustrze widzę Ja bez Imienia z szóstej klasy podstawówki z dodatkowym, zlokalizowanym niesymetrycznie na czole pryszczem, który nie chce zejść. Choć teraz, gdy zrobiłam sobie pierwszą próbę ułożenia tej szczeciny w obliczu sobotniego wydawania mojej koleżanki za mąż, stwierdzam, że czyste, wysuszone i nawet nieporadnie polakierowane wyglądają całkiem-całkiem. Wniosek jest zatrważający. Istnieje niebezpieczeństwo, że by pozbyć się Ja bez Imienia z podstawówki z mojego lustra będę musiała myć włosy codziennie, a na wielkie wyjścia (czyli dalej niż do Biedry) układać je przy pomocy jakichś specyfików, których na pewno używam nieporadnie i niepoprawnie. Sama samej zgotowałam ten los -.-

Więc mam nową suszarkę, nową lampę Malwinkę i nową fryzurę.

Dziś się zastanawiałam, jakby to było mieć nowego chłopaka.

Ja w moim zamiłowaniu do planowania oczywiście najchętniej skonstruowałabym własnego, idealnego robocika z brodą, ciemnymi włosami i wielkimi niebieskimi oczami, z związku z którym z niewiadomych przyczyn urodziłaby mi się albo ruda córka, albo córka Azjatka. Używałby on tych wszystkich kwestii, które wymyślam nocą dla dialogów, które nigdy się nie wydarzą, tańczyłby i jeździł ze mną bez szemrania nawet do najbardziej nieturystycznych miejsc (jak kiedyś Pan M. - nie bez szemrania jednak, bo był źle zaprogramowany - pojechał ze mną do Łodzi).

Zakładając jednak, że jestem w stanie zaakceptować, że nie mam uprawnień do takiego programowania, pomyślałam sobie o minimalnych wymaganiach sprzętowych, które powinny zapewnić mi satysfakcjonującą grywalność (nie mam pojęcia, co ja piszę -.-).

Mój przyszły "Mój" musi:
- lubić czosnek,
- mówić "wziąć",
- chodzić na wybory,
- pisać poprawnie i używać znaków przestankowych (przecinki są dodatkowo punktowane!),
- umieć skręcić szafkę z Ikei,
- uśmiechać się.

Dodatkowo w przypadku osobnika rocznik 1991 i niżej - mieć zdaną maturę podstawową z matematyki (to taki test na inteligencję finansowany z Ministerstwa Edukacji Narodowej).

Heh.

Happy End

Nadal nie mam mojej wymarzonej sukienki... :(

wtorek, 9 sierpnia 2016

Mówię tak. Mówię nie.

Lubię swoje decyzje!

I "moja mała głowa" nie miała zdanie wcześniej na myśli treści tych decyzji.

Dwa zdania wcześniej miała na myśli ta "moja mała głowa" sam fakt podjęcia decyzji.

Bo nie wiem, czy powinnam lubić treść decyzji o przeprowadzce do Mej (już tylko mej) Willi, podjętej te kilka miesięcy temu. Ale lubię samą tę decyzję.

To była moja pierwsza, wielkokalibrowa, niezgodna z przepisami książki (a właściwie - najpopularniejszej książki świata pt. "Biblia", dzieło zbiorowe) decyzja, o której paplałam wszystkim z buntowniczą dumą i pewnością. Bo podjęłam własną decyzję. Ja! Ja bez Imienia!

Lubię moje decyzje. A zwłaszcza te dla mnie takie buntownicze. Jak kupienie dużej lampy, nie najbardziej niezbędnego przedmiotu. Zwłaszcza teraz, gdy Pan M. zabrał swoją wyrąbaną w kosmos bajerancką turbo-patelnię, durszlak, żelazko i okrutnie drogą suszarkę na pranie, o czym zorientowałam się, jak nastawiłam swoje pranie (tym samym byłam zmuszona przytaszczyć do hacjendy własnoręcznie nową, najtańszą w Oszołomie suszarkę i dałam radę jeszcze złapać po drodze kilka pokemonów :)).

Lubię moje decyzje. A praktykuję je tak na całego od niedawna. I robię to szaleńczo.

Choć może dla widzów to chyba wcale nie takie spektakularne. Ot, tylko taka lampa, trochę więcej "chcę",  mniej "to obojętne". Ale główne aktorki - dwie małe komórki "w mojej małej głowie" - trzymają się za mitochondria (łee...) i tańcują zapamiętale w szaleństwie.

Lubię moje decyzje.

Happy End

Jak to w przypadku mebli - a suszarka na ubrania to taki chuderlawy, ale chyba mebel - opakowanie zawierało części, których nie użyłam w równie mizernym co sama konstrukcja suszarki procesie montażu. Położyłam na półeczce. Może kiedyś dojdę, gdzie to ustrojstwo może pasować :D

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Life is a game and love is a riddle

Pojechał Pan M. I jako okrutnie pedantyczny człowiek zabrał niemal wszystko. Został tylko kot zdechlak breloczek, co mu go kupiłam za 2 złote i mały obrazek Matki Boskiej, którego miejsce z niewiadomych przyczyn zawsze było przy telewizorze, nawet jeśli ten nie działał i ekran miał zaklejony świątecznym papierem (z takich samych niewiadomych powodów co lokalizacja Matki Boskiej). Czyli pojechał bez Boga. A powinien z Bogiem.

A ja nie płaczę. Nawet z przyzwoitości bym chciała zapłakać i przypominam sobie wszystkie najsmutniejsze rozważania i autobiograficzne prognozy na najbliższe 30 lat i nie płaczę.

A płakałam. Gdy zeszłam dziś rano na dół  i zobaczyłam efekt mrówczych wieczornych prac Pana M. złożony ze sterty pakunków. Jakiś bardziej płaczogenny był niż teraz pusta połowa meblościanki w stylu późnego Gierka.

I wczoraj płakałam, gdy Pan M. napomknął, że pisze ze swoim kolegą o biurze ich firmy, które jest za daleko by móc dojeżdżać do Królewskiego Miasta na lody na Starowiślną, a gdzie on tak strasznie chciałby być, a ja mniej. I pomyślałam, że pewnie tam pojedzie. I nie ma już nadziei na nas dwoje. Moja koleżanka - była i przyszła współlokatorka - Czarnulka mówi, że taka nadzieja mija i jest miejsce na siebie samą i na kogoś innego, kto ma zupełnie inny zestaw linii papilarnych i cech.

I płakałam, gdy zniszczyłam małą niewinną poduszkę z R2D2, którą od niego dostałam, a z którą jakiegokolwiek czulszego obcowania (czulszego niż wyrzucanie jej na drugi koniec pokoju) odmawiałam od jakiegoś czasu, a "Przecież to Twój R2D2, Twój ulubiony... ". R2D2 miał miękki plusz w środku. I jak to zobaczyłam, ten okrutny obraz niewinnego R2D2 takiego krwawiącego pluszem to... Ojejku, jakie to było dziwne. Jakby mi dziecko umarło, bo nie przypilnowałam. I że zginął już bezpowrotnie i nie da się go naprawić. Przedziwnie tak.

A teraz nie płaczę. Pan M. płakał i przeżywał zauważalnie, a to rzadkie u osobników z szerokimi barkami i brodami. Jeszcze sporo później czułam jego pot w mojej (już teraz tylko mojej) pieczarze. Zanim zaczęłam czuć spaleniznę (już dwa razy obeszłam całe obejście jako pani sama na włościach by sprawdzić, czy hacjenda mi się nie fajczy -.-)

Może nie płaczę, bo widzę, że on płacze i znów mam tę nadzieję?... Takie mam podejrzenie, że to źródło mojego niepłaczu.

Rzekł, że jestem ważna. I że chciałby ze mną łapać pokemony i pić sok z wielkich i ciężkich dwóch kartonów, które mi kupił wczoraj po tym jak zniszczyłam R2D2 i po dwóch dniach moich wieczornych próśb, by w drodze z pracy kupił mi soczek jabłkowy. Ale że jak to będzie dla mnie bolesne to nie będzie pisał, dzwonił i pił mojego soku.

Muszę robić to co chcę. I nie robić tego, czego nie chcę. Kupiłam lampę i czerwone buty. I będę miała radosną sobotę, bo muszę wydać koleżankę za mąż mimo wszystko, bo mówi, że beze mnie to się nie liczy. Same wyzwania dla samej mnie.

Happy End

Upatrzyłam sobie w internecie u pewnej dziewczyny sukienkę, której ona już nie chce. I ja ją chcę tak okrutnie! Tylko chcę ją natychmiast w tym tygodniu by móc godnie wydać koleżankę za mąż. A dziewczyna ów się na nie odzywa. Więc niniejszym chciałabym wykorzystać swoją pulę życzeń na ten miesiąc (wiem, dopiero się zaczął) i prosić o oświecenie ów dziewczyny, bo ja tak chcę tę sukienkę...

czwartek, 4 sierpnia 2016

Gdy wyzwanie rzuci los

Kto przeczytał tytuł posta i ma już właściwą piosenkę w głowie - HIGH FIVE! :)

Pokemon!

Musimy ocalić świat! :D

Tak, przez następne 3 dni będziecie mieli tę piosenkę w głowie #pureevil

Plan był (a ja lubię plany) by Pan M. zainstalował tę grę na swoim telefonie, a ja będę chodzić i zbierać pokemony razem z nim.

Wykonanie z kolei było takie, że po 10 minutach moje telefono (a jednocześnie bliźniak telefono Pana M. - bo to model Taki Sam jak Pana M. Tylko Czarny) już miało zeżarte ileś tam kilo pamięci (nie znam tych jednostek - więc może to nie było kilo, a giga lub mega, niewiadomo) i ileś tam PUNKTÓW PROCENTOWYCH (element misji edukacyjnej bloga) baterii. Jeden z niewielu planów, którego niewykonanie mnie nie zezłościło.

Gram w to! Kto gra też?? HIGH FIVE!

Moja niekompetenta recenzja jest następująca.

Pokemon Go jest jak Frugo. A nawet lepsze. To - tak jak Frugo - powrót dawnych czasów. Ale w niemal dokładnie takiej samej aurze jak wtedy. Bo jak już kto dorósł to nie prosi już mamy o pieniążka na Frugo, a sam idzie i kupuje, i ile chce, i choćby pracował na kasie w Biedrze ma więcej pieniążka niż wtedy, gdy miał 10 lat. A w Pokemon Go - aura podobna co wtedy hen-dawno. Kupuję kolejne chipsy, ale nie wiem, czy będzie w nich i jaki będzie pokemon. Idę na kolejne łowy ze swoim smartem i nie wiem, jakie pokemony spotkam na swojej drodze - o ile w ogóle. Wciąga. Jak jedzenie chipsów wtedy (choć mnie wciąga jedzenie chipsów i bez pokemonów :D)

I tyle emocji! Takich, że aż wstyd jak sobie człowiek przypomni, że w biurku leży umowa o pracę Poważnego Człowieka na Poważnym Stanowisku, a na dowodzie wbite 1991 i nie chce być inaczej.

I pięknie! Bo Pokemony to moje czasy! I nie wstydzę się teraz tego, choć może mało edukacyjna i patriotyczna była to bajka. A nawet jestem dumna! Kiedyś na łowach spotkaliśmy z Panem M. takich wyrostków 15 lat i jeden do kolegów wolał, że ma Pikachu. I myślę sobie wtedy z politowaniem - bo mogę!  - "Chłopcze, co Ty wiesz o Pokemonach..." ;)

Ogólnie jednak spotkanie innych Poważnych Ludzi z Poważnych Stanowisk i innych dorosłych podczas pokemonowych łowów jest dziwne. Zatrzymujecie się w tym samym miejscu ze smartem w dłoni, oboje wiecie, że robicie dokładnie to samo, nawet ukradkiem się patrzycie na siebie, ale cicho cicho ;)

We mnie Pokemon Go nawet fizycznie budzi dziecko. Kiedyś po wykluciu się jajka (bo pokemony są też z jajek, które się... wychadza :D Aplikacja liczy kilometry, które przebywa łowca i - w zależności od zajebistości jajka - po 2, 5 czy 10 kilometrach wykluwa się nowe pokemoniątko :)) zawołałam na cały głos na ulicy: "PSYDUCK!!!".

Skąd ja wiedziałam, że się tak nazywa? Jakim cudem pamiętam większość tych nazw? I CAŁĄ tę piosenkę z tytułu? (Śmiało, wróć do tytułu, niech Ci się utrwali na kolejne 3 dni! #evenpurerevil)

Ostatnio znów idąc zupełnie sama uśmiechnęłam się do telefonu, bo wykluł mi się pokemon z cutest attest zwany Jigglipuff :)))))

Innym razem debatowaliśmy na noże z Panem M., czy pokemon Meow (ten kot z brygady R., co działa "By uchronić świat od dewastacji!" - nie wiem skąd, znam to na pamięć całe...) ewoluuje. Jak dzieci.

Oczywiście, Pokemon Go spotyka się z krytyką osób, które nazwałabym Hipsterami Typu B lub Wtórnym Hipsterami. No, bo Hipsterzy Typu A jako pierwsi pomykali za pokemonami. Hipsterzy Typu B poczytują sobie za powód do dumy to, że nie robią tego, co za Hipsterami Typu A robią tłumy. Ach więc wyznacznikiem ich wysokiej wartości jest stronienie od siłowni, jarmużu i właśnie pomykania za pokemonami.

Hipsterzy Typu A i tłum (i Ja bez Imienia) odpowiedzą: "Czy to nie wspaniałe, że sprytna aplikacja wyciąga ludzi z domów i zachęca do ruchu?" (sama już wychodziłam dwa 10-kilometrowe jajka - i kilka innych o mniejszej zajebistości).

Hipsterzy Typu B (z których wielu ma na imię Janusz) odchrząkną: "I łażą po drogach, nie paczą, bo w tych smartfonach siedzą!"

I co? I Ja bez Imienia krzyknie za nimi niespodziewanie "Zgoda!".

Natchnął mnie bowiem ostatnio komentarz na którejś ze stron dostarczających mi codzienne porcje heheszków i obserwacji zachowań internetowych, którego ducha chciałabym tu oddać.

Bo na równi postawiłabym tych, co siedzą i w ramach rozrywki układają opery z pierdów w kanapę i tych, którzy bezmyślnie lampią się w telefony, nie zwracając uwagi na to, że w świecie pozapokemonowym są samochody, mosty, małe dzieci, własność prywatna i poczucie przyzwoitości.

To tyle :)

A nie!

Tooo przyjaciel Twój! Ramię w ramię w wielki bój! #thepurestevil

Happy End

Dokładnie 7 lat temu o godzinie 13 po raz ostatni wsiadłam do samochodu egzaminacyjnego (którego zapach śnił mi się po nocach...), by po kilkudziesięciu minutach wysiąść z niego pijana bez alkoholu jako licencjonowany kierowca kategorii B! A było to w Mieście Wielkiej C, w dniu urodzin mojej koleżanki z ławki i wyjścia ze wspomnianego miasta pieszej pielgrzymki do Częstochowy, kilka godzin po tym jak czarny kot przeszedł mi drogę. Taki... powód do świętowania na dziś :)

wtorek, 2 sierpnia 2016

Księga życia kart ma sto

Miałam taki plan (bo ja uwielbiam mieć plany i uwielbiam się złościć, gdy mi nie wychodzą), coby napisać post o książkach, które przeczytałam! A że poza planowaniem uwielbiam okrągłe daty i okrągłe przedziały czasowe, to wymyśliłam dziś sobie, że będzie to rok od założenia konta na lubimyczytac.pl. I co? Czas gna, niech to szlag!, jak szalony i już dawno minął rok. To będę się złościć podwójnie, że mi plan nie wyszedł i że przedział czasowy nie jest okrągły.

Ale wszystko jest do uratowania! Zapisuję w moim ukochanym telefonie (przypominam model: Taki Sam jak Ma Pan M. - Tylko Czarny) przypomnienie, by za rok zrobić post książkowy, który będzie dokładnie rok po tym, jak napisałam pierwszy tego typu post.

No, i pełnia zadowolenia teraz.

Książki posortowałam według subiektywnych katalogów książek, które lubię. A obok subiektywna ilość gwiazdek, jakie im przyznałam :) Pod każdym tytułem - link do strony książki z portalu lubimyczytac.pl :)

By the way (jak mawiają starożytni Rosjanie), ostatnio tak mnie jarają rzeczy, które mam tak jak chcę! :D (och, uwielbiam to wyrzyganie ciuchów na moim krześle, spełniające poza funkcją "Mam jak chcę" funkcję "Robię ci na złość, Panie M.")

Klasyki i chyba klasyki

Co gryzie Gilberta Grape'a. P. Hedges
*********
Uwielbiam tę książkę! Mój ulubiony styl pisania! Jedna z moich TOP. A wczoraj obejrzałam film. Johnny Depp wygląda w nim zupełnie jak nie on (Jak właściwie wygląda Johnny Depp, skoro w każdym filmie wygląda totalnie inaczej?), a Leo DiCaprio cudownie gra niepełnosprawnego brata głównego bohatera. Już wtedy mógł dostać Oscara, biedaczek... :D

Diabeł ubiera się u Prady. L. Wieberger
*****
Tooo chyba totalna klasyka. Kojarzy mi się z Bieszczadami, bo tam ją czytałam :) Teraz pora na film! Jak widać, lubię też czytać książki, które potem zekranizowano. Chcę więcej w tym temacie! Ktoś coś??

Ojciec chrzestny. M. Puzo
********
Znów jeszcze czeka na mnie film do obejrzenia - także klasyka! Lubię tę książkę, choć strasznie ciężko mi się czytało. Taki dość ciężki styl.

Śniadanie u Tiffany'ego. T. Capote
******
Ja trochę chyba nie wiem, o co chodzi w tej książce :D Nie zorientowałam się, jak się skończyła i gdzie była puenta :D Chyba muszę obejrzeć film :)

Wielki Gatsby. F. S. Fitzgerald
********
Zaczynało się tak dobrze! Chodzi mi o styl. Przypominał mi Co gryzie Gilberta Grape'a. Potem się trochę jednak zepsuło. Ale ocenę zostawiłam za ten początek :) No i muszę obejrzeć film :)

Biografie
...bo ja bardzo bardzo lubię biografie! Zwłaszcza kobiet. A szczególnie żyjących tak dawno, że nikt nie kusił się o opisanie ich życia w tydzień po ich śmierci.

Audrey Hepburn. Uosobienie elegancji. S. Hepburn Ferrer
***
Szukałam prawdziwej biografii, zamawiając tę książkę w bibliotece. Jest to tymczasem przepięknie ilustrowany album z dość ubogą treścią od syna bohaterki. Audrey była istotnie ujmująco piękna. Ale miała także bardzo interesujące życie, co powyższa książka zarysowuje. Chcę więcej w tym temacie! Ktoś coś??

Diana: umarła, bo nie mogła żyć bez miłości. B. Cartland
*******
Księżna Diana to jedna z moich ulubionych bohaterek biografii. Jej postać i tragiczna śmierć jest jedną z pierwszych rzeczy, jakie pamiętam z telewizji z dzieciństwa. I zawsze także interesowała Mamcię, oglądającą o niej filmy.

Elżbieta II. Ostatnia królowa. M. Roche
********
Jak widać, lubię angielską rodzinę królewską, a zwłaszcza jej piękniejszą część :) Czekam teraz na książkę o Kate, a potem o Charlotte i tak dalej :)

Katarzyna Wielka. Gra o władzę. E. Stachniak
*****
Kolejna postać, która mnie ciekawi, znów monarchini. Ale ta książka akurat była słaba. Chcę więcej w tym temacie! Ktoś coś??

Kobiety, które igrały z bogami. praca zbiorowa
******
Książka o kobietach ciekawych kobiet ciekawych mężczyzn. Pamiętam, że strasznie ją męczyłam. I właściwie tylko tyle z niej pamiętam :D

Marzenia i tajemnice. D. Wałęsa, P. Adamowicz
******
Gdy zaczęłam czytać - od razu styl, w jakim została napisana (a zatem styl mówienia pani Danuty) skojarzył mi się z kobietami z mojej wioski Hen-Hen. Taki swojski i prosty. Jest w tej książce istotnie wiele docinków, żalu, smutku, zawziętości w złości. Ale we mnie pozostał podziw dla kobiety, która wychowała 8 dzieci jak umiała w cieniu trudnej historii tamtego czasu.

Maud z Wyspy Księcia Edwarda: Biografia L. M. Montgomery. M. Gillen
**
Oj, strasznie się nastawiałam na tę książkę. Biografia autorki moich ukochanych książek! I taka klapa... Nawet nie pamiętam, czy dokończyłam tę książkę.

Moi Rodzice. M. Kaczyńska
*******
Bardzo podobała mi się ta książka. Rysowała z takim ciepłem parę prezydencką. Pozwoliła mi także na zapoznanie się z punktem widzenia Lecha Kaczyńskiego, a teraz jego córki. To było ciekawe doświadczenie zwłaszcza, że nie jestem sympatyczką ich obozu politycznego. Widać, że Marta Kaczyńska bardzo podziwiała rodziców. Aż czasem miałam wrażenie, że do przesady i w pewnym momencie, gdy czytałam o kolejnej nadzwyczajnej umiejętności, którą miał jej ojciec, zaśmiałam się do siebie, że "Ach, i jeszcze to!" :)

Przegrane życie Ewy Braun. A. Lambert
*********
Ta książka nie powinna się tu znaleźć, bo czytałam ją już baaaardzo dawno temu. Ale zawarłam ją tu, bo to ona rozpoczęła moją fascynację biografiami. To jedna z książek, które specjalnie czytałam wolno, krótkimi fragmentami by starczyła mi na dłużej.

Tajemny dziennik Marii Antoniny. C. Erickson
******
Mniej sprawnie fabularyzowana niż wspomniane później książki serii o Marii Antoninie historia.

Towarzyszka Panienka. M. Jaruzelska
****
Oczekiwałam więcej po tej książce. Więcej informacji o przebiegu historii, a mniej chyba o samej Monice Jaruzelskiej. Niemniej jednak książka ma kilka ciekawych fragmentów. Mój ulubiony to tekst jakiejś żony dygnitarza do młodej Jaruzelskiej: "Jaka podobna do taty! A mama taka przystojna...".

Zielone drzwi. K. Grochola
******
Po raz kolejny zapoznałam się w tej książce z historią, gdy dziewczynka dowiaduje się w szkole, że nie ma na imię tak, jak mówią na nią w domu. Katarzyna Grochola nie jest Katarzyną, a Anną dla urzędów. Podobnie jak - uwaga! - Danuta Wałęsa nie jest Danutą, a Mirosławą! <szok i niedowierzanie> Dużo w tej książce i humoru, i smutku. Mam wrażenie, że jednak więcej jakiegoś takiego smutku. Ale w stylu Grocholi.

Książki o innych krajach i kulturach
...czyli zaspokajające moją ciekawość, jak się żyje - najlepiej tak na co dzień - gdzieś indziej :)

Córka nomadów, W. Dirie, J. D'Haem
*******
Książka, którą można nazwać kontynuacją historii z osławionego "Kwiatu pustyni". To naprawdę przepiękne, że sławna modelka ma taką świadomość swoich korzeni. W tej książce powraca bowiem do swojej ojczyzny - Somalii - i odnajduje matkę. Całość jest zapisem faktycznych, czasem naprawdę niesamowitych wydarzeń.

Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit. S. Kim
*******
Jako żywo zainteresowana życiem w Korei Północnej, liczyłam na sporo więcej od tej książki. Którą w ogóle dostałam za darmo w konkursie. A każdy dostawał inną książkę. I byłam tak zachwycona, że dostałam właśnie ją! Bardzo ciekawa dla osób, które się interesują tym tematem. A ja... chcę więcej w tym temacie! Ktoś coś??

Książki o najbliższym nam wschodzie
...czyli Rosja, Ukraina, te sprawy. Można powiedzieć, że podkategoria poprzedniej kategorii. Od bardzo dawna uczę się rosyjskiego (i nadal jestem na tym samym poziomie :D), a jak będę stara i bogata, i będę miała mnóstwo czasu - pojadę koleją transsyberyjską z Moskwy do Władywostoku (taki plan! - lubię plany ;))

Czarnobyl - zapis faktów. P. P. Read
******
Momentami bardzo techniczna książka, ale baaardzo dogłębnie wyczerpująca temat. Co ciekawe, czytałam ją zaraz przed tegoroczną okrągłą rocznicą wydarzeń w Czarnobylu i... żadne informacje medialne mnie nie zaskakiwały, bo wszystko wiedziałam z tej książki :D

Dzienniki kołymskie. J. Hugo-Bader
*******
Bohater książki - jak sam policzył - przez większość swojego przejazdu przez Rosję był pijany ;) Ciekawy reportaż :)

Transsyberyjska. Drogą żelazną przez Rosję i dalej. P. Milewski
******
To musiałam przeczytać! To bowiem reportaż z mojej przyszłej wyprawy do Rosji! Chcę więcej w tym temacie! Ktoś coś??

Książki o historii poza biografiami

Ocalałem z Treblinki. J. Rajchman
*******
Właściwie to też jest biografia. Ale czytałam ją z myślą raczej o czytaniu o historii. Bardzo krótka to była historia. No i smutna, wiadomo.

Rodzina Borgiów. M. Puzo
***
Hmm, dlaczego nie lubiłam tej książki?...

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety. S. Aleksijewicz
*********
Właściwie to tej trochę książka o Rosji. Bardzo ciekawa. Czekam w długich kolejkach w bibliotece na kolejne książki tej noblistki. Świetny i bardzo obszerny reportaż.

Tajemnica Titanica. I. Barwiński
*****
To była bardziej broszurka niż książka. Strasznie bym chciała przeczytać coś dobrego osadzonego w tej historii. Chcę coś więcej w tym temacie! Ktoś coś??

Książki o życiu w stanie zakonnym
...czyli coś, czego chyba nigdy nie doświadczę, a chciałabym - obok jednego dnia jako motorniczy tramwaju i jednego dnia jako kierowca maszyny do czyszczenia podłóg w supermarkecie - pobyć jeden dzień zakonnicą. Już nawet wymyśliłam, że najchętniej w Łagiewnikach, bo tam mają ładne habity :)

Klauzura. Wstęp wzbroniony! C. M. Lakotta 
********
Bardzo fajny opis właśnie życia zakonnego jako tło całkiem spoko historii. Chcę więcej w tym temacie! Ktoś coś??

Serie książek

SERIA: KANE I ABEL
Kane i Abel. J. Archer
********
Córka marnotrawna. J. Archer
********
Hmm, jest jeszcze część trzecia, nieoznaczona, że przeczytałam, więc chyba nie przeczytałam :D Bardzo lubię takie serie, gdzie w kolejnych książkach są perypetie kolejnych pokoleń bohaterów. Chcę więcej w tym temacie! Ktoś coś??

SERIA: KRONIKI RODZINY CLIFTONÓW
Czas pokaże. J. Archer
********
Za grzechy ojca. J. Archer
********
Sekret najpilniej strzeżony. J. Archer
*****
Ostrożnie z marzeniami. J. Archer
****
Podobnie jak w przypadku poprzedzającej serii - perypetie bohaterów i ich potomstwa. Lubię, choć strasznie mi się ciągnęło czytanie. I z tego powodu czytając byłam pewna, że nie sięgnę po następną. Ale kończyły się tak... jak odcinki Mody na Sukces. Musisz obejrzeć kolejny odcinek :D (nie wiem, kto tu się od kogo uczył takich chwytów marketingowych ;)). Zostały mi jeszcze do przeczytania 3 książki z tej serii. Swoją drogą - Archer strasznie płodny autor ;)

SERIA: NIEZGODNA
Cztery. V. Roth
*****
Jak podaje lubimyczytac.pl - tom 0,5. Taki wstęp do serii. Zainteresował mnie po obejrzeniu przypadkiem filmu ze współlokatorami w naszej Wesołej Chatce. Mam wrażenie, że to mocno zerżnięte z Igrzysk śmierci. Ale jak przeczytam resztę książek, dam znać ;)

SERIA: MILLENIUM
Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, S. Larsson
********
Dziewczyna, która igrała z ogniem. S. Larsson
********
Zamek z piasku, który runął
*********
To są wyjątkowe książki, które chyba przejdą po latach do działu "Klasyka". Polecam, kto nie czytał, a lubi niebanalne kryminały.

SERIA: PIEŚŃ LODU I OGNIA
Gra o tron. G. R. R. Martin
*******
Postanowiłam przynajmniej kuknąć, o co to całe wariactwo :D Serialu nadal nie oglądam, bo się boję. Podobno nad tym się spędza całe wieczory, a ja po pierwsze - nie mam czasu, po drugie - lubię spać :D Dlatego unikam ewentualnego wciągnięcia w nałóg. Książkę strasznie długo się czyta i zaiste - jest w niej sporo bohaterów. Ale podobno szybko ubywają ;)

SERIA: IGRZYSKA ŚMIERCI
Igrzyska śmierci. S. Collins
********
W pierścieniu ognia. S. Collins
********
Kosogłos. S. Collins
********
Podobno to raczej dla młodzieży (przynajmniej z tej części biblioteki je wypożyczałam :D), ale bardzo mi się podobały te książki. Potem obejrzałam film i uwielbiam z niego tę piosenkę Hanging tree. Nie wiedziałam, że J. Lawrence pięknie śpiewa :)

SERIA: ROBERT LANGDON
Anioły i demony. D. Brown
********
Kod Leonarda da Vinci. D. Brown
*******
Zaginiony symbol. D. Brown
******
Inferno. D. Brown
*******
Nie wszystkie te książki przeczytałam w ostatnim czasie, w tym jedną z nich - chyba Kod..., przeczytałam po angielsku. Strasznie dużo u Browna zawsze jakichś dziwnych zbiegów okoliczności, przypadków i tego, że główni bohaterowie domyślają się właśnie tego, czego trzeba. I to po setkach lat rozkmin setek innych osób.

SERIA: K-PAX
K-PAX. G. Brewer
*****
Obejrzane po filmie z K. Spacey. Film świetny, książka mniej. Ale chyba poczytam dalej tę serię ;)

SERIA: MARIA ANTONINA
Maria Antonina. Z Wiednia do Wersalu. J. Grey
********
Kolejna z moich ulubionych kobiecych postaci - Maria Antonina. Kiedyś przeczytałam o niej pół wikipedii (w pociągu, bo akurat skończyła mi się książka :D). I ta książka była naprawdę dobra! Dziś właśnie przytargałam do domu kolejne jej części! :)

SERIA: PRAWDZIWE HISTORIE
Pierwsze damy II Rzeczpospolitej. K. Janicki
******
Żelazne damy. Kobiety, które zbudowały Polskę. K. Janicki
*******
To seria książek, głównie o kobietach. Mają przepiękne okładki (tu musicie wejść w link! ;)). Pierwsza z wymienionych nie podobała mi się jakość szczególnie (dwudziestolecie międzywojenne to ogólnie moja historyczna pięta Achillesa - nie wiem, gdzie ja wtedy byłam, jak przerabialiśmy to na historii). Druga mnie wciągnęła - bardzo ciekawe opisy żon pierwszych władców Polski, na czele oczywiście z Dobrawą.

Inne, inne, inne
...czyli takie bez mojej subiektywnej kategorii :)

Człowiek Nietoperz. Jo Nesbo
******
To jest pierwsza część serii o detektywie nazwiskiem Harry Hole. Ale, że mnie nie porwała - nie będę chyba czytać reszty książek z serii, stąd wpadła do kategorii Inne, inne, inne :) Pan M. się zachwycał.

Dwanaście. M. Świetlicki
****
Omatkoicórko, jak to mi się nie podobało. Chciałam przeczytać coś, czego akcja dzieje się w Królewskim Mieście. Nawet nie pamiętam, czy to dokończyłam. Chcę więcej o Królewskim Mieście! Ktoś coś??

Lekarka z powołania. D. Laudan
*****
Sięgnęłam po tę książkę, bo... lubię serial Doktor Quinn! (tak, nadal jest aktualne to, że mam 25 lat :D) Kojarzy mi się z dzieciństwem i z Mamcią. Tak, wiem, ma tysiąc lat i żadnej porywającej historii :D Ale ma klimat :) I pięknie zarysowanych bohaterów. Książka jest próbą dodania do serialowych dialogów nieudolnych opisów. Podobnie jak Człowiek Nietoperz ma dalsze części, ale nie zamierzam ich czytać, stąd - jest w tej kategorii :)

Marsjanin. A. Weir
********
Odnośnie tej książki - jestem prawdziwą hipserką. Znałam bowiem Marsjanina nim było to modne! Zanim książka stała się znana i powstał film z M. Damonem! Dostałam ją bez okazji od Pana M. Książka o gościu, który przez przypadek został zostawiony na Marsie. Wydaje się super realistyczna i pełna humoru, którego tylko część można zobaczyć w filmie. Polecam! I chcę więcej w temacie kosmicznym! Ktoś coś??

Poradnik pozytywnego myślenia. M. Quick
*******
Czy ta książka jest tak bardzo różna od filmu? Albo ja filmu w ogóle nie pamiętam :D Bo tu kolejność była inna niż zwykle, bo sporo wcześniej był film - stąd główna bohaterka kobieca miała twarz J. Lawrence :)

Ścieżki chwały. J. Archer
****
Ta książka wydała mi się dziwna. Miałam do niej sporo zastrzeżeń - choć teraz nie pamiętam jakich. W każdym razie pamiętam, że mocno o niej deliberowałam z kimś, kto ją czytał, przekonując, że jest be :D

Ślad życia, ślad śmierci. P. L. Maier
********
Ta książka także nie powinna się tu znaleźć, bo czytałam ją bardzo bardzo dawno. Ale wiąże się z nią ciekawa historia! Akcja książki rozgrywa się w niedalekiej przyszłości i pewną rolę odgrywa w niej papież. Autor założył, że papieża Jana Pawła II już nie będzie, ale pisząc książkę, nie znał imienia kolejnego papieża. I... dał mu imię Benedykt! Wspólnie z Panem M. zastanawialiśmy się, czy to przypadek, czy może książka została jakoś poprawiona po jakimś czasie, może przy okazji wydania w Polsce. Dotarliśmy do informacji, że autor jest naukowcem i pracuje na jednej z amerykańskich uczelni więc... postanowiliśmy go zapytać, pisząc do niego maila! I... odpisał! Przyznał, że to totalny przypadek (wow!) i pochwalił nasz angielski ;)

Śmierć w Breslau. M. Krajewski
********
Omatkoicórko, w ogóle nie pamiętam tej książki... Ale musiała być dobra, skoro dałam taką wysoką ocenę :)

Sycylijczyk. Mario Puzo
********
To właściwie dalsza część Ojca chrzestnego. Bardzo ciekawa historia, choć napisana męczącym do czytania stylem.

Zwodniczy punkt. D. Brown
*****
Brown z daleka od starożytnych malowideł i symboliki ;) Umiarkowanie dobry.

To by chyba było na tyle :) Kolejny raport z mojego poziomu czytelnictwa - za równy rok! (jak będzie pięknie wtedy :))

Będę wdzięczna za wszystkie podpowiedzi nowych książek do czytania! Coś dobrego, coś fajnego, coś w tematyce, którą lubię! Będę mega wdzięczna za wszystkie propozycje!

Happy End

Wysiedziałam 10-kilometrowe jajko. If you know what I mean ;)