poniedziałek, 7 maja 2018

Kolejnej wiosny łyk


Wkroczyłam wczoraj w ryzykowny wiek 27 lat. Wprawdzie znam jakieś milion dwieście chwytów gitarowych mniej niż Jimi Hendrix (który – nawiasem pisząc – patrzy się teraz na mnie kątem oka z plakatu nad głową), a skala mojego głosu to jakieś 0,000025% tego, co Janis Joplin (ja praktycznie nie śpiewam), ale jednak ryzyko utraty życia i zdrowia w tym roku wydaje się być podwyższone nie tylko ze względu na starzenie się ciała. Tym bardziej, że w burrito day całkiem blisko mi do stylówek Kurta Cobaina.

Z tej chwalebnej okazji – poza wychyleniem kilku trunków, wtrynieniem dwóch kiełbas z grilla i urodzinowym wypadem w góry, który ma sobie poradzić z nadprogramowymi majówkowymi kilokaloriami – postanowiłam wykorzystać radosny format 27 faktów na mój temat z okazji 27. rocznicy mojego pojawienia się na świecie.

1. Mam urodziny tego samego dnia, co mój ojciec chrzestny. Moja matka chrzestna ma urodziny dzień później.

2. Miałam mieć na imię Łukasz.

3. W dzieciństwie raz na pytanie, jak mam na imię, odpowiedziałam (ponoć z wyjątkowo wzorcowym jak na mój wiek „r”): „Karrrrramba!”

4. Mój pierwszy rower był czerwony i dostałam go od dziadka.

5. W podstawówce byłam drugą najwyższą osobą w klasie i przez to musiałam siedzieć w ławce z chłopakiem.

6. Mój brat i moja siostra mają i urodziny, i imieniny tego samego dnia.

7. W dzieciństwie chciałam być jedynaczką. Teraz chciałabym mieć więcej rodzeństwa niż mam.

8. Bałam się Zulu-Guli.

9. Nauczycielka w podstawówce nie wzięła mnie na konkurs recytatorski, bo za szybko mówiłam. Więc sama zaczęłam pisać wiersze.

10. Aż do gimnazjum nigdy nie dostałam jedynki. Za to pierwszą i drugą dostałam tego samego dnia.

11. Spotkałam się kiedyś z urzędującym prezydentem (nie tym obecnym), z jednym przyszłym prezydentem i z jednym byłym premierem.

12. Nie umiem zdecydować, czy bardziej wolę morze czy góry.

13. Co roku rozliczam PIT-y całej rodzinie.

14. Moje ulubione słowo to „żółć”. Bo składa się z samych polskich liter!

15. Jestem mistrzem jednej melodii – „Panie Janie” - na klawiszach (i jak się kiedyś okazało – na cymbałkach). Poza tym umiem po szesnastu próbach zagrać jednym palcem „Przybieżeli do Betlejem” – a zdarzyło się, że z akompaniamentem klarnetu! :O

16. Moja była współlokatorka gra na klarnecie. Jej brat gra na klarnecie. Brat mojej obecnej współlokatorki gra na klarnecie. Mój Chłopak z Gitarą gra na klarnecie. Ja mam jedynie mętne pojęcie na temat tego, w który koniec klarnetu dmuchnąć.

17. Nie cierpię drogi do Morskiego Oka.

18. Dopiero w wieku 25 lat miałam swój, niedzielony z nikim pokój.

19. Mój ulubiony drink to gin z tonikiem i mrożonymi malinami (mmmm!).

20. Ostatnio w przychodni, do której przyszłam na wizytę u lekarza, okazało się, że jest pacjentka, która nazywa się dokładnie jak ja.

21. Z kwiatów najbardziej lubię stokrotki, z drzew – jabłonie i magnolie, a z owoców – winogrona, bo można je jeść bez obierania :)

22. Wolę Pepsi niż Coca-Colę.

23. Lubię, jak mi się pobiera krew.

24. Gdyby ktoś na pierwszą randkę zaprosił mnie na frytki – byłabym gotowa wyjść za niego następnego dnia. Niestety, Chłopak z Gitarą zaprzepaścił swoją szansę i musi się jeszcze trochę natrudzić.

25. Według osób, które ze mną pracowały, mam ponadprzeciętne zdolności do strukturyzowania oraz ładnie piszę maile.

26. Zawsze chciałam mieć rude włosy. Albo czarne.

27. Chcę, by moja córka miała na imię Anna. Tak też mam na trzecie imię.

I to by było na tyle. Kolejne fakty – tym razem 28 – za rok! Chyba, że dołączę do tego Klubu 27 – ale nie planuję ;)

I z każdym rokiem będzie mi trudniej pisać… Za to Wam ciekawiej czytać :)

Happy End

Dostałam na urodziny najpiękniejszy na świecie bukiet kwiatów!

czwartek, 19 kwietnia 2018

I always had the wings but was too scared to fly


Skoro już zakończyłam z przytupem swój projekt dla mojej byłej firmy* (jeszcze do mnie wrócicie, robaczki, jak zobaczycie moją statistical analysis and data reconfiguration – piszę jako fan Friendsów i osoba mogąca się opisać jako mentally dating Chandler Bing), wstępnie zadomowiłam się w nowej firmie* (bo już przyniosłam tam swój kubek i znam kod dostępu do drzwi wejściowych) oraz zrobiłam trzy dodatkowe oddechy w międzyczasie (i jakieś piętnaście prań – lubię robić pranie!), mogę się podzielić tym, czym moim zdaniem warto się dzielić i nieść świadomości kaganek! 

W styczniu zakończyłam moją trwającą 3,5 roku przygodę pod tytułem terapia z psychologiem, zwanym dalej Panią Wspomożycielką :)))))

Było to dla mnie takie małe święto, taki mój dzień, taki trochę jak moje urodziny. 

3,5 roku zajęło mi - osobie o dość praktycznym podejściu do życia i niewierzącej w psychologię (teraz jestem nadal średnio wierząca, ale praktykująca ;)) – zobaczenie, nauczenie się i dowiedzenie się tylu nowych rzeczy!

Na ten przykład przykładowo takie przykłady:

  • Można się złościć, płakać i być smutnym. To nie są najfajniejsze rzeczy na świecie, ale takie rzeczy też są i wolno takie rzeczy mieć. Brzydka ryba pod nazwą psychrolutes marcidus (nie googlujcie) też jest i wolno jej być. I wszystkie obowiązki domowe (poza praniem, bo pranie jest spoko!) też są i niestety wolno im być i trzeba je robić -.- Tak jak czasem trzeba robić złość, płacz i smutek. Dla oczyszczenia #metaforamilion
  • Jak już się złoszczę, płaczę i jestem smutna, to nie znaczy od razu, że od tego momentu wszyscy, którzy byli świadkiem tych skandalicznych sytuacji nie będą mnie lubić. Odkrycie tego było – słowo daję – jak odkrycie nowej planety! Albo dowiedzenie się, że można gotować parówki bez tych śmiesznych folijek i się nie parzyć przed jedzeniem!
  • Co więcej – jak już się zrobi złość, płacz i smutek w obecności – kiedyś o zgrozo! – innego człowieka to jakoś tak bliżej się jest do tego człowieka. I jest się prawdziwym. Mam na myśli to, że zezłoszczony i spłakany człowiek jest prawdziwszy od zaciskającego zęby w optymistycznym uśmiechu „Ależ skąd, nie wkurza mnie to, że przejechałeś jak pomylony przez to rondo w Limanowej i byłam pewna, że zaraz uderzymy w znak i moja buźka będzie brzydsza o nieco więcej niż tylko ten pryszcz na czole, który mi nie schodzi”.
  • Ludzie się na mnie nie patrzą i nie oceniają. Nie jest tak, że wszystkie obecne trzy pary oczu patrzyły się na mnie ostatnio w biurze, gdy źle włożyłam baterie do myszki i na zarządzie w poniedziałek właściciele tych oczu komisyjnie stwierdzą, że „no, idiotkę zatrudniliśmy, nie warta tych pieniędzy, lepiej zatrudnijmy sobie jakąś małpę albo studentkę socjologii” (nie chcę niniejszym nikogo urazić!). W autobusie, na ulicy i na dworcu ludzie też się na mnie nie patrzą i nie oceniają.
  • A nawet jak się patrzą i oceniają – to co z tego. Bo wiem, że czasem patrzą i oceniają – sama tak robię. Jak ja ostatnio, gdy w autobusie jechała kobieta z włosami uformowanymi w kształt kapelusza (przysięgam...). No patrzyłam się. No i co z tego? Jej się widocznie podobała jej kapeluszofryzura. A mi się podoba chodzenie w dresie do Żabki i wymyślanie historii po drodze w głowie i – mam takie podejrzenie – robienie do nich min w realu.
  • A jeśli nawet już się popatrzyli i ocenili, że nie umiem wkładać baterii do myszki – to nie jest tak, że mnie wyśmiali i kolegialnie stwierdzili moją niepojętność. Znakomita większość ludzi nie tylko fizycznie, ale i mentalnie wyszła z gimnazjum i jej ulubioną rozrywką nie jest wyśmiewanie wpadek innych ludzi.
  • No i są wpadki. I błędy, i gafy. Śmieszna sprawa, bo samą siebie oceniam jako osobę wyrozumiałą dla innych. A dla siebie nie umiałam być wyrozumiała i biczowałam się (ok, czasem nadal to robię) za najmniejsze potknięcia. Jak wtedy, gdy pomyliłam się w pracy i niechcąco rozwaliłam całe spotkanie z partnerami projektu moim kolegom. No zdarzyło się. A przecież mogłam być bardziej uważna itd. Ale nie byłam. Stało się. Co więcej - każdemu się zdarza! I potem to anegdoty są, o których można pisać na blogu :)
  • Trzeba rzeczy przeżywać, a nie je zakopywać. Moja traumą z dzieciństwa była historia, w której to nawet nie ja byłam winna. Jakieś chłopaki (znaczy – ja wiem kto!) śmiały się ze mnie na turnieju gry w unihokeja w podstawówce, ja się rozpłakałam, a oni musieli mnie przepraszać na forum, przy wszystkich. Pierwszy raz od tego czasu opowiedziałam tę historię dopiero mojej Pani Wspomożycielce w wieku dwudziestukilku lat. I płakałam że hej. Ktoś mi powiedział (znaczy – ja wiem kto!) – po co rozdrapywać stare rany na tej terapii. Może po to, żeby je zobaczyć, zbadać, oczyścić i zagoić?
  • Można się przyznać, że się nie wie. I poprosić o pomoc. Można się przyznać, że jest się zawstydzonym. Że się czuje się (o.O) zagubionym. Że potrzebuje się więcej informacji, żeby czuć się pewniej. Kiedyś w przedszkolu malowaliśmy farbami i z mojego pędzelka po kolei wylatywały włoski tak, że prawie żaden już nie został. A mi było się tak wstyd to tego przyznać, że uparcie byłam gotowa malować samym tym patyczkiem. Tak się bałam poprosić o pomoc. A to nic strasznego!
  • Porównywanie się z innymi jest bolesne i bez sensu, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto lepiej śpiewa, pisze bloga i dzierga pokrowce z muliny na telefony (chyba nie ma takich rzeczy...). I bywa niewymierne, bo ktoś może moim zdaniem lepiej pisać bloga, bo mi się bardziej podoba jego styl, a ktoś inny może stwierdzić, że w ogóle nie rozumie co ten koleś pisze i bardziej przemawiają do niego moje metafory z praniem i gotowaniem parówek w tych śmiesznych folijkach (a raczej bez).
  • I porównywanie się jest... łatwe. Bo to bardzo prosty sposób określenia swojej wartości – na podstawie tego, jak wypadam w relacji z innymi. I koniecznie z dodatkiem informacji o sobie od innych – co ktoś inny o mnie mówi! Budowanie poczucia własnej wartości na podstawie własnych przekonać jest trudne as hell! Ja czasem nadal nie umiem – mimo 3,5-rocznego szkolenia!
  • No bo to, co inni mówią o nas i o innych obiektach we wszechświecie nie jest wyznacznikiem. Warto i trzeba mieć własne przekonania. To też trudne – jak to piekło (żeby już nie stosować zapożyczeń ;)).
  • Nie można wszystkiego zaplanować i przywiązywać się do tych planów. Warto być elastycznym, bo jeśli coś nie pójdzie zgodnie z planem – to nie znaczy, że będzie źle. Będzie tylko inaczej :)
  • Nie zawsze trzeba robić tylko praktyczne rzeczy, które koniecznie muszą się przydać i z których się coś konkretnego ma. Można robić rzeczy, które się lubi – na przykład pisać bloga bez większego celu albo pójść na kurs czeskiego, bo to śmieszny język. (A ostatecznie i tak nie wiadomo, co się komu w życiu przyda – na przykład można spotkać lektorkę czeskiego, która umówi cię na spotkanie biznesowe – sprawdzone info!)
  • W ogóle trzeba robić rzeczy, które się lubi. I trzeba robić rzeczy, które się chce. I nie robić rzeczy, których się nie chce. I bardzo się cieszę, że zaczęłam tak robić! Zatem jeżdżę na rowerze - gdy chcę, gotuję dobre rzeczy - gdy lubię, nie gotuję wcale - gdy nie mam ochoty, kupuję sobie ładne rzeczy - gdy mi się podobają, nie robię nic – gdy chcę właśnie robić nic. Trochę mnie to gubi, bo lubię pracować, kiedy chcę, a powrót do biura w pewnym wymiarze czasu odczuwam jako zagonienie mnie w jakiś nienormalny kierat, którego symbolem ucisku jest budzik nastawiony na 6:07. Ale mam swoje bezpieczniki swobody nawet w pracy ;)
  • Trzeba upominać się o swoje. Nawet o czas przy kasie w supermarkecie (mogę pakować zakupy tak długo jak trzeba – nie muszę swoich dwóch pękatych toreb pakować szybciej niż paniusia przede mną dwóch batoników i portfela w panterkę), o 5 złotych komuś pożyczone (a niby nie pieniądze), o wypite bez pytania przez koleżankę kilka kropel najlepszego na świecie soku malinowego (i zostawienie pustego słoika...), o uwagę, o należne mi informacje, o prawdę.  Bo nie ma granicy ważności, od której sprawy są na tyle ważne, by o nie się ubiegać.
  • I zasługuję na wszystko, co dobre. Zasługuję na to, żeby nie być okłamywaną, poniżaną i lekceważoną, a na to, żeby być ważną, dostrzeżoną, zaopiekowaną i kochaną.
  • Aczkolwiek osobą, dla której mam być najważniejsza, która ma mnie dostrzegać, się mną opiekować i kochać jestem na sama :) Nauczyłam się by nie szukać akceptacji, uwagi i miłości nie tylko w innych, ale przede wszystkim w sobie :) To ja muszę ze sobą wytrzymać całe życie :)

Mimo, że nadal nie tykam książek i poradników psychologicznych i często przewracam oczami na motywujące teksty, bardzo uważnie pochylam się nad tą psychologiczną częścią mnie i staram się używać tych wszystkich narzędzi, w które zaopatrzyłam się podczas terapii. Bo wiem, że koniec mojej terapii to nie koniec mojej przygody z radzeniem sobie z moimi myślami, emocjami, potrzebami itd. 

Ja to się myślę, że każdy powinien sobie czasem pójść do Pani Wspomożycielki albo Pana Wspomożyciela. Ja też myślałam, że ja tego nie potrzebuję, bo w sumie jestem całkiem normalna, a inni to w ogóle mają większe problemy (porównywanie!). Ale wydaje mi się, że jeżeli komuś w głowie choć trochę świta myśl, że coś jest nie tak – niechże idzie po pomoc. 

Widzę to teraz trochę tak, że człowiek składa się z dwóch kawałków – tego fizycznego i tego psychicznego. 

Jak kogoś boli ząb to nie mówi „A, to taka mała drobnostka! Nie pójdę do lekarza, bo inni to mają raka – co tam mój ząb! A w ogóle to się boję i nie chcę cierpieć leczenia na fotelu”. 

To czemu jak kogoś boli mały kawałek duszy to mówi: „A, to taka mała drobnostka! Nie pójdę do psychologa, bo inni to mają depresję albo byli bici i gwałceni w dzieciństwie – co tam mój smutek! A w ogóle to się boję i nie będę cierpieć wałkowania mojego życia na kozetce”. (tak serio to nigdy nie byłam na kozetce).

To tyle (aż tyle!) na dziś. 

Wszystkie zdarzenia przedstawione w niniejszym tekście są prawdziwe ;)

*firma – mam na myśli cały czas przedsiębiorstwo!

Happy End

Chciałam ostatnio zacząć swoją przygodę z eyelinerem. Chyba jednak moja ambicja mnie – podświadomie – przerosła, bo przez przypadek kupiłam... fioletowy. A to chyba wyższy level mejkapowania -.-

czwartek, 5 kwietnia 2018

Niech no tylko zakwitną jabłonie

Niniejszym należy się wszystkim, którzy tu przycupują przy mnie czasem, mały upgrade, co się wydarzyło od ostatniego posta, który był - omatkoicórko - w październiku!

W sumie nic spektakularnego się nie wydarzyło... Zaczęłam tylko: pracować w nowym miejscu (nawet dwa razy!), uczyć się czeskiego (to jak kupić sobie karnet na kabaret dwa razy w tygodniu! <3), chodzić na fitness (i nie jest to aż tak bardzo olaboga!), opiekować się pewną rudą brodą (if you know what I mean), mieszkać w nowym miejscu (pożegnawszy Moją Willę, a powitawszy Komórkę pod Schodami) oraz... mieć kontrolę nad swoim nie takim znowu nędznym żywotem.

Sponsorem mentalnym dzisiejszego posta jest Hania Es - jedna z moich ulubionych youtuberek, która nagrała ostatnio filmik pt. "Do tego, kto myśli o samobójstwie" (klik!)

Spokojnie, spokojnie - ja nigdy nie miałam ambicji zostać samobójczynią. Jednakże opowieść Hani na temat tego, w jakim stanie była ona w trakcie swojego procesu (de)rekrutacyjnego na stanowisko umarłej z własnej woli przypomniało mi mnie - Ja bez Imienia - nawet niecały rok temu.

Przedstawię mały rys historyczny. Ten niecały rok temu zostałam zwolniona z pracy nie ze swojej winy, nie mogłam długo znaleźć nowego źródła dochodu na chleb i ciastka, rok wcześniej długoletni Pan M. postanowił być niedojrzały gdzie indziej, po drodze wpadłam w przepaść nieodpowiedniego spojrzenia na trochę zbyt długo i ostatecznie skończyłam na siedzeniu całymi dnia w nie-swojej komnacie z poczuciem, że "nie mam za co chwycić, nie mam o co oprzeć stóp" (to z tej piosenki - klik!).

Najgorzej, najgorzej, po trzykroć najgorzej jest odkleić się od nadziei. Nie da się pójść spać - choć bardzo się chce - w poczuciu, że jutrzejszy dzień będzie taki sam i tak do skończenia świata. Oczywiście, będę sobie zapewniać atrakcje w stylu nowej sukienki, kursu językowego czy książki do przeczytania, bo warto i trzeba sobie słodzić. Ale to raczej taki słodzik na ogólną gorzkość niespełnienia. No i będę próbować - chodzić na rozmowy te i tamte, mniej i bardziej formalne, które - wiadomo - skończą się niepowodzeniem.

Jakoś w tym przetrwałam. Uzbrojona w ironię, umiejętność cieszenia się z małych rzeczy i doskonalącą się kompetencję potocznie zwaną "wyjebaniem" (o pardon!).

Przetrwałam. No i... zakwitły jabłonie (to jest metafora - tak naprawdę to czasowo bliżej temu było to pierwszego śniegu).

Wysłałam CV tam, gdzie nikogo nie szukali i dostałam pracę. A także z umiarkowanym entuzjazmem poszłam z kimś na ciastko i... teraz czasem muszę Mu gotować.

Tak najogólniej to myślę sobie, że to kwestia szczęścia. Fart chciał, że wysłałam CV do tej firmy* i zdecydowali się powierzyć mi jakiś projekt. Co za zrządzenie losu. No i już totalny fart z tym Chłopakiem z Gitarą. Żeśmy się jakoś znaleźli w tych odmętach internetu, że akurat On był wolny i ja niespecjalnie zajęta, no i że to jakoś się potoczyło. Mam poczucie, że to wszystko spadło mi z nieba.

Jednakże.

To ja - mimo swojego wielkiego zrezygnowania i siedzenia w dziurze w ziemi przytulając swoje poczucie beznadziei - byłam na tyle arogancka by wysłać CV do firmy*, która nikogo nie poszukuje i to ja siedziałam do nocy (bo mając miesiąc na zrobienie czegoś, pierwsze dwa tygodnie uprawiam totalne bamboleo, by kolejne dwa tygodnie ślęczeć po nocach) nad pierwszym projektem by stworzyć prezentację idealną na temat umywalek i kibli (serio) by wzięli i dali mi kolejny projekt. A teraz jak stwierdzili, że w sumie średnio jest tam dla mnie miejsce w ich firmie* to w dwa tygodnie ogarnęłam się tak, że wybierałam między trzema podobnie wartościowymi propozycjami pracy -.-

I to ja - mimo trudnego do odrzucenia irracjonalnego poczucia, że nie zasługuję na coś tak fajnego i normalnego i strachu przed kolejnym zawałem serca - zaangażowałam się na tyle w nową relację, pokazałam i tworzyłam swoje serduszko by nawet i On stwierdził: "W sumie nie planowałem niczego poważnego z tego, ale tak mnie przekonałaś...". I tu mi przychodzi na myśl "Cause I'm scrappy" (tak bardzo jestem Monicą...)

I teraz aż się boję ucieszyć.

Trochę jak z tą wiosną teraz. Szaleję wewnętrznie jak wychodzę na pole (bo ja tam wychodzę), że jest taka ładna pogoda. Ale boję się, że zaraz znów będzie śnieg.

I teraz też się trochę boję, że coś się wydarzy i znów będzie mi źle. Tyle, że teraz mam więcej poczucia, że mam kontrolę nad tą całą moją piaskownicą i odzyskałam poczucie, że zasługuję na te wszystkie dobre rzeczy. Boję się bardziej, gdy sobie wyobrażę, że tracę to bez mojej kontroli nad tym. I wpadam w panikę - bo nie chcę znów tam być, w otchłani beznadziei.

Wiem, że nie zawsze będzie słonecznie i ciepło, ale przynajmniej niech już zawsze będzie wiosna :)

Czego sobie i Państwu życzę :)

*firma to nazwa, chodzi mi oczywiście o przedsiębiorstwo - jako dyplomowana ekonomistka muszę sprostować :)

Happy End

Chciałabym złożyć hołd mojej długoletniej przyjaciółce - kurtce zimowej - która po latach wysłuchiwania ode mnie, że wymienię ją na lepszy model (ale zawsze szkoda mi było na to pieniędzy :/), sama zebrała się na emeryturę. W ostatnim dniu zimy (oby!) zepsuł się w niej zamek!

wtorek, 3 października 2017

Niepozorna tak

Przybywam z kolejną dawką zdjęć, opisów i wspomnień z mojego pierwszego (bo nie ostatniego!) eurotripu po krajach bałtyckich (ogólne informacje o nim - tutaj). Dzisiaj - Ryga!

Do Rygi dojechałyśmy w niedzielę o 18:15. Już pierwsza rzecz, którą się zachwyciłyśmy z Moją Najlepszą Towarzyszą Podróży M. jeszcze jadąc autobusem, to widok ogromnej, błękitnej rzeki Dźwiny. Przy przepięknej pogodzie, która przyszła wraz z majem, rzeka mieniła się błękitnie i wyglądała jak morze! :)


Zainstalowałyśmy się w hostelu Marija - blisko dworca, blisko centrum (w Rydze to właściwie wszystko blisko centrum :)), naprzeciwko - duże centrum handlowe. Tej znajomo wyglądający budynek to Akademia Nauk Łotwy (w nawiasach - podobnie jak w poście o Wilnie - adresy, tym razem -







Następnie udałyśmy się pod chyba najbardziej charakterystyczny budynek w Rydze - Dom Bractwa Czarnogłowych (Rātslaukums 7). Nie zostawię Was z niezaspokojoną ciekawością - bo ja sama się zastanawiałam, kto to ci Czarnogłowi :) To stowarzyszenie, skupiające kiedyś bogatych i wolnych (nieżonatych) kupców pochodzenia niemieckiego i mające znaczne wpływy na dzieje miasta. Nazwa pochodziła od patrona stowarzyszenia - św. Maurycego, którego w ikonografii przedstawiano jako postać o ciemnej karnacji. Budynek istotnie jest bogato zdobiony i bardzo reprezentacyjny.
 

Zagłębiłyśmy się jeszcze bardziej w urocze centrum Rygi. Mijałyśmy przepiękne kamienice i śliczne, zadbane uliczki. Jednym ze szczególnych budynków w centrum Rygi jest Dom kotów (Meistaru 10) z charakterystycznymi kotami wygiętymi w koci grzbiet na dachu. Obiecywałam ostatnio, że będzie więcej "kotoników" ;)


Niedaleko od Domu kotów znajdują się także dwa inne słynne ryskie budynki - Mała Gildia (Amatu iela 3) i Wielka Gildia (Amatu iela 6). Najbardziej znanymi kamienicami w Rydze są w kolei Trzej Bracia (Mazā Pils iela 17)- średniowieczne domy mieszkalne. Zapamiętajcie tę nazwę - w dalszej części mojej opowieści o mojej bałtyckiej przygodzie jeszcze się pojawi coś w związku z nimi ;) Pod Trzema Braćmi koncert dawało trio grające na instrumentach dętych, które zbierało tam tłumy, a którego muzykę słychać było na pół starówki. Drepcząc po jej uliczkach w pewnym momencie usłyszałyśmy z Moją Najlepszą Towarzyszką Podróży M. znajomą melodię. Jako, że słychać było słabo, przystanęłyśmy, skupiłyśmy się i się okazało, że to... Mazurek Dąbrowskiego.


Na naszym planie włóczenia się po Rydze była także protestancka katedra, zwana Doma Baznica (Herdera laukums 6), która jest ponoć największym kościołem w krajach nadbałtyckich i stanowi centrum ogromnego placu z kawiarenkami.


W ramach podsumowania i przekonania, że ryskie stare miasto jest naprawdę przepiękne, zadbane i urocze, załączam więcej zdjęć z jego urokliwych uliczek.

W dalszej kolejności wróciłyśmy nad rzekę-morze, która zaprowadzić nas miała do zamku ryskiego. Zamek jest jednocześnie rezydencją prezydenta Łotwy, a to moje must-see w każdej stolicy (każdy chyba ma jakiś zwyczaj podróżniczy ;)). Sam zamek nie jest specjalnie okazały i zdobiony, powiedziałabym, że jest dosyć surowy. Ale na pewno warty zobaczenia :)

Jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc w Rydze jest Pomnik Wolności. Prowadzi do niego długi, szeroki deptak (na którym akurat z momencie, gdy się tam znalazłyśmy, defilowała jakaś parada - trudno powiedzieć, w jakim celu, może jakimś związanym z 1. maja), na którego prawo i lewo rozciąga się przeuroczy park Bastejkalns -jeden z najładniejszych, jakie widziałam. Park jest bardzo urozmaicony - są i jeziorka, i łódeczki, i kwiatki, i rzeźby, i fontanny, ale wszystko wygląda bardzo spójnie. To chyba było moje ulubione miejsce w Rydze!


Za Pomnikiem Wolności mogłam zaznać preludium do jednego z moich największych podróżniczych marzeń, czyli zwiedzania cerkwi w Rosji. Znaleźć tam można bowiem Sobór Narodzenia Pańskiego (Brīvības bulvāris 23) - katedrę Łotewskiej Cerkwi Prawosławnej, która jest największą cerkwią prawosławną w krajach bałtyckich. Jest przepiękna - i wewnątrz, i z zewnątrz. I ponownie trudna do objęcia fotografią!


W tamtych okolicach znajdowało się także centrum handlowe, w którym miał być udostępniony taras, umożliwiający zobaczenie panoramy miasta zupełnie za darmo. My niestety nie miałyśmy szczęścia i taras był zamknięty.

Na koniec wycieczki po Rydze i na dalszą drogę należało się posilić. Udało nam się wybrać świetne, klimatyczne (rozległe, ciemne piwnice oświetlone świecami) i przystępne cenowo miejsce - Folkklubs Ala Pagrabs, gdzie piłyśmy dodatkowo najlepsze miodowe piwo ever - Medalus.


Chciałyśmy znaleźć je później w jakimś sklepie, ale nie miałyśmy szczęścia. Ostatecznie w ramach jedzeniowej pamiątki z Rygi kupiłam cukierki z balsamem ryskim oraz łotewską czekoladę Laima.

Przed samym wyjazdem wstąpiłyśmy jeszcze do hal targowych Centraltirgus, znajdujących się niedaleko dworca, gdzie atakowały nas zapachy i widoki przedziwnych ryb, owoców i mięs. Do budowy hal wykorzystano hangary niemieckich sterowców, przeniesione spod Lipawy.


Podsumowując - Ryga mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Nie ma tak bogatej oferty turystycznej jak przykładowo Paryż, ale jest tak urokliwa i zadbana, że naprawdę warto pojechać! Choć wydaje mi się, że wycieczkę na dłużej niż dzień czy półtora dnia byłoby trudniej zapełnić.

Zostawiam link do mapy z zaznaczonymi miejscami, które odwiedziłam - może komuś się przyda :) - klik! 

Link do wstępu o bałtyckim eurotripie: klik!

Link do opowieści o Wilnie: klik!

Happy End

Już skreśliłam jeden z punktów z mojej Bucket list ;)