piątek, 21 września 2018

W Muminków się przenieście świat

Z dość znacznym opóźnieniem pora na trzeci przystanek w moim pierwszym (bo nie ostatnim) eurotripie po krajach bałtyckich (wstęp i szczegóły - tutaj) - Tallin!

Do Tallina dotarłyśmy o 21:25 i musiałyśmy się pospieszyć, bo recepcja w naszym hostelu była czynna do 22:00. Skorzystałyśmy więc - ja po raz pierwszy w życiu - z Ubera, wykorzystując pierwszy darmowy przejazd z dworca (który jest w oddaleniu od centrum miasta) do naszego hostelu. Samochód prowadził zdaje się, że Rosjanin (po raz kolejny przydała mi się znajomość rosyjskiego), który na pytanie, czy zdążymy, odpowiedział: "A widziałyście film Szybcy i wściekli"? Poprosiłyśmy o jednak standardowy przejazd ;)

Miasto spodobało nam się od razu. Już przy wjeździe spodobały nam się śliczne, pastelowe domki, przywołujące klimat skandynawski, a które nazwałyśmy domkami Muminków ;) Okolice dworca wydawały się bardzo nowoczesne, a centrum - mega klimatyczne.

Tym bardziej mogłyśmy się nim zachwycić od samego początku, bo nasz hostel znajdował się w samym, samiutkim centrum! Był to hostel Hideway. Dostałyśmy bardzo duży pokój, który wyglądał jak komnata z małą łazienką i widokiem na brukowaną, uroczą uliczkę.



Od rana rozpoczęłyśmy zwiedzanie! Jako, że pierwszy cel naszej wycieczki znajdował się daleko od centrum - skorzystałyśmy z tramwaju. Przyjechał nowoczesny pojazd, którym za 1 euro (pomyliłam się z poście o Wilnie - przejazd starym, miejskim autobusem kosztował 0,5 euro - w poście już to poprawiłam :)) dostałyśmy się w planowane miejsce. Ciekawostka - bilet wydrukowany przez panią (!) motorniczynię (?) wyglądał jak paragon :)



Celem naszej wyprawy był Park Kadriorg (w nawiasach adresy - A. Weizenbergi 37). Pałac, który tam się znajduje jest obecnie zamieszkiwany przez prezydenta Estonii. Park jest naprawdę przepiękny i bardzo zadbany. Warto pojechać - tym bardziej, że w jego okolicach nie kryje się tylko bardzo ładny pałac...



Na końcu jednej z alei parku widać rzeźbę Rusałki (Pirita tee 1).



...a za nią mój ulubiony widok...



Bałtyk <3 Jeszcze zimniejszy niż w Polsce! ;) Uwielbiam morze (choć tak samo uwielbiam góry!) i właśnie dla tego widoku warto, warto bardzo!, pojechać do Tallina oraz do oddalonego od centrum parku Kadriorg.

Gdy już się pozachwycałyśmy - a zajęło to trochę ;) - wróciłyśmy po raz kolejny tramwajem jadącym wśród domków Muminków do centrum.



Powróciłyśmy do centrum i - jak się okazuje - powróciłyśmy do średniowiecza. Trafiłyśmy do Ogrodu Duńskiego Króla (Lühike jalg 9B) (w okolicy znajduje się także Kiek in de Kök i tunele baszt - Komandandi tee 2; te można zwiedzać za opłatą). Miałam poczucie, że znalazłyśmy się tam trochę przypadkiem, idąc z kościoła św. Mikołaja (Niguliste 3), który nie pełni już funkcji sakralnych, a wykorzystywany jest jako sala koncertowa do cerkwi, o której potem. Szłyśmy tam uroczym zakątkiem po schodkach, by naprawdę znaleźć się w średniowieczu w otoczeniu zakapturzonych zakonników.


Dalej w otoczeniu kamiennych baszt i murów dotarłyśmy do Soboru Aleksandra Newskiego (Lossi plats 10) - głównego prawosławnego kościoła Estonii. Ja przyznaję - mam słabość do cerkwi, więc i tę chciałam koniecznie zobaczyć.


Okolice wspomnianego soboru wraz z murami i innymi ważnymi budynkami umiejscowione są na Wzgórzu Toompea, gdzie kiedyś królował zamek. Obecnie po zamku pozostały grube mury oraz jedna z wież zwana Pikk Herman. Wokół murów rozciąga się malowniczy park, w którym wolny czas spędzało sporo tallińczyków. My także pod koniec naszej wędrówki przysiadłyśmy tam trochę odpocząć. 


Po przejściu dołem parkiem - zapewne dawną fosą - znalazłyśmy wejście na górę po schodach przy murze, by skorzystać z darmowego tarasu widokowego Patkuli. Widok z niego jest naprawdę wyjątkowo piękny. Patrzymy nad kolorowymi dachami miasta, a w oddali... ponownie widać morze :) Fantastyczny widok! I moja uwaga - to, co nazwane jest platformą, jest zwykłym tarasem, bez specjalnego wejścia. Ja i Moja Idealna Towarzyszka Podróży M. nie zaczaiłyśmy tego za bardzo i potem szukałyśmy jeszcze raz platformy widokowej, bo przecież to nie było to, skąd oglądałyśmy panoramę miasta -.- Do zdjęć na platformie pozują mewy - chyba są tam zatrudnione na etat, bo widziałam na instagramie wiele zdjęć, na których znajdują się właśnie w tym miejscu.



Postanowiłyśmy z Moją Idealną Towarzyszką Podróży M. coś przekąsić. Przeszłyśmy więc brukowanymi uliczkami wzgórza w stronę starego miasta, zahaczając jeszcze o pocztę. Kolejny mój fail - dostając znaczek miałam problem z jego przyklejeniem. Z zapałem śliniłam spodnią część znaczka, po czym pani przy okienku powiedziała mi, że... to działa  naklejka i trzeba tę spodnią część oderwać... Po drodze do jedzonka miałyśmy takie widoczki :)


Poszłyśmy na drugie śniadanie/wczesny obiad to chyba kultowej w Tallinie naleśnikarni Kompressor. Zamówiłyśmy dwa naleśniki - jeden na słono, drugi na słodko i podzieliłyśmy się jak na dobre koleżanki przystało, by każda mogła spróbować i jednego, i drugiego. Naleśniki były bardzo dobre, a co szczególnie je wyróżniało - ogromne! I w dość przystępnej cenie.


Z nowymi siłami poszłyśmy turlać się (po takim posiłku to tylko tak można...) po starówce. Jest naprawdę urokliwa. Jak na każdej starówce w każdym starym mieście sporo tam kościołów - na przykład kościół Ducha Świętego (Pühavaimu 2) z najstarszym w Tallinie publicznym zegarem, a także pięknych kamieniczek. Najbardziej znane z nich to Trzy Siostry (Pikk71/Tolli 2) uznawane za jedne z najstarszych budynków w mieście. A pamiętacie, jakie były najbardziej znane kamienice w Rydze? Trzej Bracia - nazwane przez analogię właśnie do tych w Tallinie.


Zaraz obok Trzech Sióstr znajduje się inna ze znanych baszt Tallina, tzw. Gruba Małgorzata (Pikk 70). To w istocie gruba, ale i gruboskórna (mury dochodzące do 5 m) baszta obronna, która swoją nazwę wzięła - być może - od imienia kucharki (Margareeta), która tu kiedyś pracowała lub nazwy jednego z dział, umieszczonych kiedyś w wieży.


Korzystając z tego, że Gruba Małgorzata znajduje się na północy miasta, poszłyśmy jeszcze raz zobaczyć morze. Można bowiem z tego miejsca dojść do portu i zobaczyć promy. Miałyśmy ochotę zanurzyć jeszcze raz rękę w lodowatym Bałtyku, ale mimo prób i przejścia szmatu drogi, w tym po jakichś szalonych bezdrożach - nie udało nam się tego zrobić.


Wreszcie na sam koniec zwiedzania dotarłyśmy do chyba najważniejszego symbolu miasta - bramy Viru. Przez nią przeszłyśmy na Plac Ratuszowy ze śmiesznym, wąskim ratuszem (Raekoja plats 1). Wokół niego rozciągał się bardzo tłoczny plac pełen restauracji i innych knajpek, z reguły stylizowanych na średniowieczne. To bardzo popularny motyw w Tallinie, którzy rzeczywiście ma bardzo średniowieczny klimat. Ale gdy widzi się kolejną knajpkę z rycerzem w drzwiach - to trochę przestaje się to podobać.


Pokręciłyśmy się jeszcze po okolicy, zahaczając o Pasaż św. Katarzyny (Vene 12). To wąska uliczka z warsztatami artystycznymi - bardzo urokliwa i oczywiście - przenosząca w czasie do średniowiecza :)


Udałyśmy się następnie na poszukiwania właściwego obiadu, który miałby nas nasycić na niekończącą się drogę do domu. Chciałyśmy spróbować czegoś miejscowego, ale troszkę odstraszały nas ceny. Zaszłyśmy do III Drakoon przy rynku, gdzie zjadłyśmy za jakieś małe pieniążki... zupę z łosia. A potem... poszłyśmy na pizzę :D



Na koniec naszej wyprawy jeszcze raz udałyśmy się do parku przy murach zamkowych, odpocząć przez prawdziwie męczącą podróżą do domu. O 22:30 czekał nas autobus do Wilna, skąd następnie jechałyśmy do Warszawy, a następnie - do Królewskiego Miasta. Do dworca w Tallinie tym razem jechałyśmy autobusem. Usilnie próbowałam kupić bilety po angielsku, po czym zrezygnowana powiedziałam na wpół po polsku, na wpół po rosyjsku ("dwa bilety" brzmi niemalże tak samo), na co pan kierowca zawołał po rosyjsku, że trzeba było tak od razu :D W Tallinie, jak i w Rydze całkiem spora część mieszkańców to Rosjanie, co mnie bardzo ucieszyło, bo okazało się, że moje pieniądze na kurs rosyjskiego się nie zmarnowały :D



Jest przynajmniej jedna atrakcja Tallina, której nie udało nam się zobaczyć podczas naszej wycieczki. To Baza Wodnosamolotów (Vesilennuki 6). Jest ona po pierwsze dość oddalona od centrum, a po drugie - bilety są dość drogie (14 euro). Nie udało mi się namówić mojej towarzyszki podróży na zwiedzanie tego miejsca, ale przez to mam powód, by powrócić do Tallina :)

Podsumowując - w turnieju trzech miast, jakim był ten eurotrip, Tallin zdecydowanie wygrał. Ale... był na dopingu, mając morze :) Trzeba przyznać, że to przepiękne, klimatyczne miasto. Bardzo zadbane, czyste, z mnóstwem atrakcji. Miasto ma niekłamanie średniowieczny klimat, zamknięty w grubych, kamiennych murach, których pozostałości jest bardzo dużo. Ale jest to miasto dość turystyczne. Sporo było przybyszów z różnych stron świata, z czego wyróżniali się szczególnie Japończycy i... Polacy. Polaków słyszałyśmy prawie tak często jak w Wilnie - może to kwestia tego, że był to weekend majowy i Polacy rozpanoszyli się po świecie. I stolica Estonii okazała się też być najdroższym z odwiedzonych przez nas miast. Ale nadal nie tak drogim jak miasta Europy Zachodniej.

I między innymi z tego powodu polecałabym kraje bałtyckie. Są tańsze niż te zachodnie, a teraz także bezpieczniejsze. Można do nich z łatwością dojechać i nie kosztuje to majątek (a jedynie czas - choć nie tak znowu długi). Są naprawdę urokliwe i potrafią mieć wiele do zaoferowania. Z całego mojego blogerskiego serduszka - polecam :)

Happy End

Widziałam dziś w internetach - nie żeby w jakichś odmętach, całkiem blisko, u kogoś znajomego - zdanie "Trzas stanol w miejscu". Hiperpoprawność level "przekąbinowanie".